Recenzja filmu W samym sercu morza (2015)
Ron Howard

Atencja, jaką Howard darzy "prawdę", dziwi o tyle, że twórca podaje nam ją pod płaszczykiem hollywoodzkiego mitu. Zgoda: już książkowy "Moby Dick" Melville'a stanowił specyficzne połączenie ...
Filmweb sp. z o.o.
Owen Chase, pierwszy oficer statku wielorybniczego Essex, przed wyruszeniem w morze składa swoim armatorom obietnicę, że przywiezie im dwa tysiące beczek wielorybiego oleju. Nie ma powodu, by mu nie wierzyć: Chase, obdarzony tubalnym głosem, mocarną sylwetką i zawadiackim urokiem Chrisa Hemswortha, to ewidentnie facet, który nie rzuca słów na wiatr. Inna sprawa, że widz już od pierwszych minut "W samym sercu morza" wie, że wyprawa nie pójdzie po myśli marynarza. Doświadczenie doświadczeniem, charyzma charyzmą, a ironia dramatyczna rządzi się swoimi prawami: Ron Howard musi najpierw posadzić swojego bohatera na wysokim koniu, by tym efektowniej móc go z niego zrzucić. Żart polega na tym, że losy Chase’a i Howarda są w tym wypadku nieco zbyt zbieżne.

photo.title

Howard, kapitan statku pod tytułem "Wysokobudżetowa produkcja dużego studia filmowego", również wydaje się przecież właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. I też chyba naobiecywał swoim mocodawcom – a w dalszej perspektywie również widzom – nieco za dużo. Nie ma jednak sensu wyliczanie wszystkich "beczek", jakie miał "dostarczyć" reżyser. To nie w ich liczbie tkwi problem (zresztą za dużo to czasem w sam raz, o czym uczy nas przykład zainspirowanego tragedią Essex "Moby Dicka" Hermana Melville’a). Problem w tym, że cele, jakie postawił przed sobą Howard, są sprzeczne. Bo "W samym sercu morza" ma być zarazem imponującym widowiskiem 3D i opowieścią o horrorze, którego doświadczyli załoganci pechowego okrętu Essex. A kinowy spektakularyzm nie idzie raczej w parze z kinowym turpizmem. Howard chce jednocześnie uwznioślać oraz obnażać, a w efekcie gubi się na morzu razem ze swoimi bohaterami.

Naczelnym tematem "W samym sercu morza" jest motyw testowania granic i docierania do prawdy o człowieku. W ramie narracyjnej pisarz Herman Melville (Ben Whishaw) odwiedza ostatniego członka załogi Essex, Thomasa Nickersona (Brendan Gleeson), i prosi go, by ten rozwiał wątpliwości narosłe wokół felernego rejsu. Prawda nie wyszła bowiem na jaw, a sam Nickerson dławi w sobie wspomnienia piekła, które przeżył. Jego spowiedź będzie miała charakter terapeutyczny. Melville znajdzie w niej zaś inspirację dla swojego opus magnum.

photo.title

Ta atencja, jaką Howard darzy "prawdę", dziwi o tyle, że twórca podaje nam ją pod płaszczykiem hollywoodzkiego mitu. Zgoda: już książkowy "Moby Dick" Melville'a stanowił specyficzne połączenie niemal encyklopedycznego zapału do faktografii z iście romantyczną emfazą. Tyle że "romantyzm" Howarda to raczej romantyzm widowiska sprzed pół wieku niż jakiś współczesny odpowiednik kina kręconego z sercem i rozmachem. Nie kojarzy się z czymkolwiek, co uznajemy za filmowy odpowiednik "prawdy". Bliżej tu do "Buntu na Bounty" (tego z lat 60.) niż – dajmy na to – "Pana i władcy: Na krańcu świata". Jest nawet podobny wątek konfliktu między pierwszym oficerem, "naszym człowiekiem" (Hemsworth), a arystokratycznie aroganckim kapitanem (Benjamin Walker).

Rodem z kina "z epoki" jest jednak przede wszystkim "studyjna" wizualna otoczka. Cała ta machineria X muzy – filtry barwne, efekty specjalne, ewidentny green-screen – nie tworzy przekonującej iluzji rzeczywistości. Hemsworth i jego załoga wydają się żeglować po planie filmowym, a nie po bezkresach oceanu. Dlatego jeśli miałbym pokusić się o stylistyczne porównanie z jakąś współczesną produkcją, to stawiałbym na… "Piratów z Karaibów". Czyli film, który nie ma absolutnie żadnych pretensji do "prawdy", o pozarozrywkowych ambicjach nawet nie wspominając. W przeciwieństwie do "W samym sercu morza".

photo.title

O tych ambicjach filmu Howarda świadczy choćby obecność wzniosłego cytatu z Hawthorne'a w napisach końcowych. Świadczy o nich też poświęcenie Hemswortha, który zrzucił do roli sporą część masy, jaką przybrał na potrzeby kolejnych części "Thora". Ładnie z jego strony – szkoda tylko, że ślad drakońskiej diety gwiazdora znajdziemy góra w pięciu minutach filmu. To zresztą tylko jeden z wielu zawodów, jakich dostarcza produkcja. Bo jeśli ktoś – skuszony zwiastunami – liczył na przykład, że dostanie emocjonującą opowieść o polowaniu na wieloryba-giganta, ten również się rozczaruje; kaszalota tu tyle, co kot napłakał. Jest za to – jak już wspomniałem – niewidowiskowe widowisko i nieprzekonujące świadectwo. Czyli kolejny dowód na to, że Ron Howard tylko raz na jakiś czas potrafi wznieść się ponad przeciętność (udało mu się we "Froście/Nixonie" i "Wyścigu"). Tym razem utrzymał jedynie hollywoodzką średnią, bo "W samym sercu morza" ani ziębi, ani grzeje. Ledwo, ledwo utrzymuje głowę nad powierzchnią wody.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 38% uznało tę recenzję za pomocną (183 głosy).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)