Recenzja filmu Spider-Man Uniwersum (2018)
Bob Persichetti
Peter Ramsey

Pająk też człowiek

Wystarczy wspomnieć "Spider-Mana 3" Sama Raimiego, by udowodnić, że samo logo pająka nie załatwia sprawy, nie gwarantuje świetnego kina. W "Uniwersum" tymczasem wszystko działa nad wyraz ...
Filmweb sp. z o.o.
"Z wielką mocą wiąże się wielka…", zaczyna jeden Spider-Man, "ani mi się waż kończyć", przerywa mu drugi Spider-Man. Coś jest na rzeczy. W ciągu ostatnich piętnastu lat mieliśmy trzech kinowych i czterech telewizyjnych Człowieków-Pająków. Kiedy wujek Ben z twarzą Martina Sheena wypowiadał swoją klasyczną maksymę w "Niesamowitym Spider-Manie" (2012) Marca Webba, czuć było, że scenarzyści szukają na siłę synonimów "mocy" i "odpowiedzialności", byle tylko uniknąć powtórzenia. W "Spider-Manie: Homecoming" (2017) dano już za wygraną i z wujka po prostu zrezygnowano. Cóż, taki los najpopularniejszego z superbohaterów: z wielką sławą wiąże się wielka… medialna nadobecność? Faktycznie, rozdarty między studiem Sony a Disneyem, między Tobeyem Maguire’em, Andrew Garfieldem a Tomem Hollandem, nasz Pajączek już od jakiegoś czasu wydawał się cierpieć na nadmiar oczu i odnóży. Tymczasem do kin wkracza właśnie kolejna wersja, by jeszcze bardziej namieszać w głowach widzom. A jednak "Spider-Man Uniwersum" jakimś cudem przekuwa tę konfuzję na swoją zaletę. Powiem więcej: w kinie lepszego Spider-Mana nie było.

photo.title

Jest w komiksach takie coś, co nie do końca poddaje się transferowi do kina aktorskiego. Nieprzypadkowo jednym z najbardziej udanych filmów o Batmanie jest animowany "Lego Batman: Film", a rysunkowy serial "Batman: The Animated Series" uznaje się w ogóle za jedną z lepszych interpretacji postaci Mrocznego Rycerza. Może chodzi o to, że animowana umowność pozwala łatwiej przełknąć niektóre skróty myślowe konwencji. Może o to, że komiks i kreskówka mają wspólnego przodka: rysunek. "Spider-Man Uniwersum" idzie właśnie tym tropem. Film został zrealizowany w technice, która przerzuca pomost między współczesnymi gładkimi standardami CGI a chropowatością ołówkowa oraz tuszu. W efekcie wygląda więc tak "realistycznie", jak tylko komputerowa animacja dziś potrafi. Ale też wygląda po prostu jak… komiks.

Zaiste, od czasu "Scott Pilgrim kontra świat" żaden "komiksowy" film nie był chyba aż TAK komiksowy. Trio reżyserów (Bob Persichetti, Peter Ramsey, Rodney Rothman) pożycza przecież z rysunkowego pierwowzoru, co tylko się da: ekran wypełniają ramki z narracją, dymki, kreskowanie czy tzw. kropki Ben-Day. Przede wszystkim jednak twórcy biorą w cudzysłów "zeszytowe" narracyjne klisze; z ciepłym dystansem, ale i fanowskim szacunkiem. Bo "Uniwersum" jest tyleż filmem o Spider-Manie-bohaterze, co o samej idei Spider-Mana. Mamy tu niby wzorcową genezę bohatera: nastolatek Miles Morales odkrywa w sobie pajęcze zdolności i staje przed klasycznym dylematem "mocy i odpowiedzialności". Ale równocześnie mamy opowieść o "wiecznym powrocie" komiksowych tropów. O tym, że koncept superbohatera jest konserwatywny i liberalny zarazem, że herosi w rajtuzach mnożą się w nieskończoność. Pozornie wciąż tacy sami, a jednak za każdym razem inni.

photo.title

Anegdotę o radioaktywnym pająku każdy przecież zna, ale i tak trzeba ją powtórzyć. PersichettiRamsey i Rothman biorą to za dobrą monetę. Intryga"Uniwersum" kręci się wokół machiny do podróży między światami równoległymi, dzięki czemu motyw "genezy" zostaje zmultiplikowany i wyrasta na leitmotiv filmu. Spider-herosi z alternatywnych rzeczywistości dwoją się i troją, każdy przedstawia się nam, opowiadając swój origin, a twórcy wyciskają z tego całkiem niezłe podsumowanie szerokiej palety komiksowych możliwości. Jest parodiujący Millerowskich twardzieli Spider-Man Noir, jest Spider-Man-obibok w stylu Hawkeye’a z komiksów Matta Fractiona, jest Spider-Man jako postać z kreskówki, jako hipsterka czy jako anime-nastolatka z obowiązkowym robotem-maskotką. Hardkorowi fani będą mieli pełne ręce roboty, próbując wyłapać wszystkie aluzje: tu miga numer telefonu Briana Bendisa, tam rysunek Marka Bagleya, jeszcze gdzie indziej obowiązkowo pojawia się Stan Lee. Nie jest to jednak film hermetyczny; nie wyalienuje widza, który spadł z Księżyca i nigdy o Spider-Manie nie słyszał. W końcu anegdota o radioaktywnym pająku zostaje powtórzona x razy.

Co najważniejsze, owo powtórzenie nie męczy. Wręcz przeciwnie - dowodzi niezwykłej witalności komiksowej formy. Wiem, wiem: jakiś cynik powie zapewne zaraz, że "Uniwersum" to tautologiczny marketingowy wywód pod przykrywką filmu. Że oto potężna marka uzasadnia swoją dominację na zasadzie: "Człowiek-Pająk jest fajny, kupujcie więcej Człowieka-Pająka". Ale wystarczy wspomnieć "Spider-Mana 3" Sama Raimiego, by udowodnić, że samo logo pająka nie załatwia sprawy, nie gwarantuje świetnego kina. W "Uniwersum" tymczasem wszystko działa nad wyraz sprawnie: od wdzięcznego głównego bohatera przez zaskakująco zniuansowane figury czarnych charakterów po największą zagwozdkę serii, czyli postać cioci May. Jest tempo, jest humor, jest urzekająca animacja, są poważne emocje, niepoważne atrakcje i cały zastęp Spider-Manów. Dla każdego coś miłego.

photo.title

"Spider-Man Uniwersum"? Podtytuł równie dobrze mógłby brzmieć "Uniwersalny". Bo film Persichettiego, Ramseya i Rothmana - jak żaden poprzedni - dokopuje się do sedna Spider-Mana i pozwala zrozumieć, dlaczego to on jest najpopularniejszym superbohaterem (okej, mamy jeszcze faceta z Gotham). Kolejne wersje herosa przeglądają się tu w sobie nawzajem: każda ze swoją indywidualną historią, ze swoim odpowiednikiem wujka Bena, Gwen Stacy, Doktora Octopusa. W ten sposób twórcy sprowadzają Spider-Mana do esencji, do tego, co wspólne. Zarazem jednak podkreślą różnice, mówiąc, że i one są okej. Bo Spider-Man to - jak żaden inny superbohater - ja, ty, my. Pod maską Człowieka-Pająka może kryć się facet z brzuszkiem albo dziewczyna albo zakochany w hip-hopie i grafitti latyno-afroamerykański nastolatek w niezawiązanych butach. Mniejsza o to, kto. Nie trzeba nazwiska Parker w dowodzie, by poczuć się wyrzutkiem, by nieszczęśliwie się zakochać, by zawieść czyjąś nadzieję i zmagać się ze zbalansowaniem mocy oraz odpowiedzialności. Innymi słowy: głowa do góry, nie jesteśmy sami. Pozostaje tylko dać się ukąsić przez tego cholernego radioaktywnego pająka.    
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 96% uznało tę recenzję za pomocną (122 głosy).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry