Recenzja filmu Przypływ wiary (2019)
Roxann Dawson

Potop łez

"Przypływ wiary" to film paradoksów. Opowiada historię, która wydarzyła się naprawdę, ale uwierzyć w nią będzie trudno nawet tym, którzy w kinie łykają większość fabularnych nieprawdopodobieństw. ...
Filmweb sp. z o.o.
"Przypływ wiary" to film paradoksów. Opowiada historię, która wydarzyła się naprawdę, ale uwierzyć w nią będzie trudno nawet tym, którzy w kinie łykają większość fabularnych nieprawdopodobieństw. Ma koszmarny scenariusz z topornymi dialogami, a mimo to niejedną osobę doprowadzi do odwodnienia spowodowanego wypłakanymi ze wzruszenia łzami. Jest słabo zagrany, ale ma jedną wspaniałą kreację, która przyćmiewa wszystko inne. Gdyby zważyć wszystkie "za" i "przeciw", okazałoby się, że szale są w idealnej równowadze.

photo.title

Fabuła bazuje na wydarzeniach, które miały miejsce zimą 2015 roku niedaleko Lake St. Louis. Trójka chłopców bawiła się na zamarzniętym jeziorze. Nagle załamał się pod nimi lód. Dwójce udało się utrzymać na powierzchni. Trzeci - John Smith, nastolatek z Gwatemali adaptowany przez amerykańską, głęboko wierzącą protestancką rodzinę - znalazł się pod lodem. Dopiero po kilkunastu minutach udało się wyłowić ciało chłopca, dramatycznie wychłodzone i bez oznak życia. To powinien być smutny koniec historii. Jest zaś początkiem, który serca wierzących w chrześcijańskiego Boga napełni nadzieją.

I to właśnie do wierzących w pierwszej kolejności jest skierowany "Przypływ wiary". Widać to już niestety w samej konstrukcji scenariusza. "Niestety", ponieważ został on napisany zgodnie z zasadami kazania. Obraz składa się więc z serii wyrazistych anegdot o prostych do uchwycenia przez odbiorców przesłaniach. Historia rodziny Smithów stanowi pretekst nie tylko do opowiedzenia o tym, że cuda się zdarzają, ale o ludzkiej kondycji w ogóle, o trudach bycia chrześcijaninem zmuszonym do zmagania się z cierpieniem i grzechem. Scenarzysta Grant Nieporte zadbał o to, by w filmie znalazły się sceny mówiące o pysze, gniewie, o konieczności zaufania boskiemu miłosierdziu, o potrzebie bycia dobrym i otwartym na innych właśnie w godzinie największej próby. Oczywiście podjęty zostaje wątek ewangelizacji - za sprawą postaci ratownika-ateisty, który musi skonfrontować się z faktami dla niego niemożliwymi do wyjaśnienia, a dla wierzących oczywistymi. Nie zaniedbano również problemu przypadkowości cudów i niezbadanych boskich wyroków. Wszystko to podane zostało w sposób kaznodziejski, który dla współwyznawców Boga będzie uznany za natchniony, dla przypadkowych ateistów na widowni - natrętnie dydaktyczny.

photo.title

W rękach sprawdzonego reżysera scenariusz Nieporte'a z łatwością dałoby się obronić tak, by nic nie stracił w oczach wierzących i nie alienował całej reszty. Niestety za kamerą stanęła Roxann Dawson, którą doskonale znają trekowcy, ponieważ swego czasu była jedną z gwiazd "Star Trek: Voyager". Aktorka od lat reżyseruje odcinki różnych seriali, jednak "Przypływ wiary" jest jej pełnometrażowy debiutem. I niestety czuć to w każdej minucie filmu. Dawson nie potrafiła oszlifować kanciastych dialogów, przez co wiele scen brzmi sztucznie, katechetycznie (jak na przykład podsłuchana przez matkę ratowanego chłopca rozmowy dwójki szpitalnych lekarzy). Reżyserka nie była też w stanie poprowadzić aktorów tak, by ich ekranowa niezdarność nie rzucała się w oczy. Przez to postacie drugiego planu w wielu miejscach wyglądają jak ożywione manekiny. Nawet grający Johna Smitha Marcel Ruiz nie potrafił wznieść się nawet na poziom minimum przyzwoitości.

Na szczęście dla Dawson rolę matki zagrała Chrissy Metz. Aktorka, znana przede wszystkim z roli Kate Pearson w serialu "Tacy jesteśmy", jest sercem i duszą całego filmu. Każdą emocję przedstawia z takim przekonaniem, że po prostu zapomina się o tym, że jest to tylko gra przed kamerą. Kiedy wścieka się na innych, zdaje się być sama przeciwko całemu światu, stajemy murem za nią. Na widok jej niezłomnej wiary niejeden niedowiarek zwątpi. Jej przekonania są zaraźliwe i nie trudno wyobrazić sobie, że mogłaby przenosić góry. Zaś gdy cierpi i modli się o łaskę dla syna, widzowie będą płakać jak bobry.

photo.title

To właśnie za sprawą Metz "Przypływ wiary" zmienia się w rasowy wyciskać łez, z którym nie mogą rywalizować nawet tuzin kucharzy szaleńczo siekający sterty cebul. Jeśli więc łatwo ulegacie wzruszeniom, przed seansem zaopatrzcie się w kilka opakowań chusteczek. Wierzcie mi, nie zmarnują się.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 45% uznało tę recenzję za pomocną (11 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni