Recenzja filmu Przepraszam, że przeszkadzam (2018)
Boots Riley

Przepraszam, że żyję

Choć Boots Riley, znany do tej pory głównie jako raper, ale też aktywista o socjalistycznych poglądach, przedstawia swoje racje z subtelnością armii czerwonej, warto dać jego filmowi szansę. ...
Filmweb sp. z o.o.
Różnych rzeczy można się spodziewać po filmie, którego bohater pracuje jako telemarketer, ale na pewno nie tego, co dzieje się w "Przepraszam, że przeszkadzam". Jeśli więc planowaliście potraktować debiut Bootsa Rileya w podobny sposób jak konsultantów oferujących Wam zdrowie, prestiż i nową jakość życia pod postacią garnków ze stali nierdzewnej i hipoalergicznych kołder, lepiej zmieńcie swoje nastawienie i zgódźcie się przynajmniej wysłuchać jego propozycji. Wszystko wskazuje bowiem na to, że ambicją reżysera i autora scenariusza było stworzenie nowego "Podziemnego kręgu", który przy odrobinie szczęścia mógłby się stać dziełem formacyjnym dla pokolenia millenialsów. Dla współczesnych 20- i 30-latków, w tym chodzących jak koń w kieracie pracowników korporacji, głos nawołującego do anarchii Tylera Durdena (Brad Pitt) nie jest dziś tak atrakcyjny, jak mógł się wydawać zblazowanym japiszonom pod koniec XX wieku. Wiadomo, że nonkonformizm jest w cenie, ale czy zamiast wysadzać w powietrze skandynawskie meble, nie lepiej żyć wygodnie, czerpiąc wymierne zyski ze swojej pracy? 


Wizja uczciwej pracy i godnych wynagrodzeń jest oczywiście pokrzepiająca, jak jednak wiemy, w praktyce wychodzi różnie. Kapitalizm nie przewiduje bowiem równości w obdzielaniu jednostek pieniądzem – kiedy nieliczna mniejszość cieszy się dobrobytem, liczniejsza większość musi jakoś wiązać koniec z końcem. Historia błyskotliwej kariery Cassiusa "Casha" Greena (Lakeith Stanfield) służy więc Bootsowi Rileyowi za pretekst do krytyki gospodarki wolnorynkowej i społeczeństwa konsumpcyjnego. Choć mogłoby się wydawać, że z racji nazwiska ("cash green" to w wolnym tłumaczeniu "zielona forsa") bohater powinien opływać w luksusy, w punkcie wyjścia poznajemy go jako biedaka pomieszkującego z dziewczyną, ekscentryczną artystką Detroit (Tessa Thompson), w wynajmowanym od wuja garażu. Niestety rodzinnymi uczuciami nie da się spłacić kredytu hipotecznego, dlatego pewnego dnia bohater staje przed wyborem: albo zapłaci zaległy czynsz, albo może szukać innego lokum. Postawiony pod ścianą Cassius za radą przyjaciela zatrudnia się jako telemarketer w firmie o wiele obiecującej nazwie RegalView. 

Początki okazują się wprawdzie trudne, jednak już wkrótce Cassius wyrasta na czarnego konia zespołu. Wszystko za sprawą jednego dziwnego triku, jaki pokazuje mu kolega po fachu. Otóż dzwoniąc do klienta, należy używać swojego "białego głosu": osoba znajdująca się po drugiej stronie linii nie może wyczuć twojej desperacji; najlepiej, by nie traktowała cię jak natrętnego naganiacza, lecz przyjaciela, który z dobrego serca troszczy się o jej szczęście. Biały głos Cassiusa (dubbing Davida Crossa) okazuje się tak skuteczny, że bohater szybko awansuje do elitarnej jednostki Power Callerów, a następnie wzbudza zainteresowanie prezesa WorryFree, spółki o jeszcze więcej obiecującej nazwie, potężnego Steve'a Lifta (Armie Hammer). Kiedy składa mu on intratną, lecz wymagającą niebagatelnych wyrzeczeń propozycję, bohater musi zdecydować, co liczy się dla niego bardziej: fortuna, dzięki której do końca życia nie będzie musiał się martwić o tak przyziemne sprawy jak dach nad głową, czy możliwość spojrzenia w lustro bez wstydu i przerażenia. 


I choć Boots Riley, znany do tej pory głównie jako raper, ale też aktywista o socjalistycznych poglądach, przedstawia swoje racje z subtelnością armii czerwonej, warto dać jego filmowi szansę. Niezależnie od tego, czy zgadzamy się z reprezentowanymi przez niego przekonaniami czy nie, "Przepraszam, że przeszkadzam" jest jedną z najbardziej oryginalnych i zaskakujących produkcji ostatnich lat. Teledyskowy montaż i tłusty beat uprzyjemniają seans, a poza rozważaniami o walce klas znajdzie się też kilka celnych obserwacji dotyczących sztuki i mediów (jak choćby scena, w której bohater rapuje lub jego występ w popularnym telewizyjnym show). Mimo mieszanych uczuć, jakie żywię do tak nachalnej promocji swojej wizji świata, ostateczny rachunek wychodzi na plus. Gdyby Słońce miało nagle eksplodować, zmiatając naszą planetę z powierzchni wszechświata, nie żałowałabym, że ostatnim filmem, jaki widziałam, jest "Przepraszam, że przeszkadzam"
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (10 głosów).
Ewelina Leszczyńska
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry