Recenzja filmu Dogman (2018)
Matteo Garrone

Rozmroź w sobie psa

"Dogman" jest przedłużeniem poprzednich filmów Garrone: zajęcie bohatera przypomina nieco fach taksydermisty z "L'Imbalsamatore", sceneria odsyła do pamiętnej "Gomorry": bloki na szarej plaży, ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Dogman (2018)
Asertywność – wyświechtane hasło, obecne na każdym seansie psychoterapii i szkoleniu w pracy. To przecież normalne, że nie umiemy odmawiać tym, na których nam zależy, czy których się boimy. A jednak brak umiejętności sympatycznego mówienia "nie" należy do chorób cywilizacyjnych. Rodzi mechanizm unikania (nie odbieramy telefonów, nie odpisujemy na mejle), a potem agresji, gdy nie kontrolujemy już gniewu wobec tego, komu nie potrafiliśmy odmówić. Bohater "Dogmana" byłby właśnie podręcznikowym przypadkiem skrajnie nieasertywnej osoby, która tak bardzo chce być fajna i lubiana, że za żadne skarby nie wyrazi najmniejszej negatywnej emocji.

Film Matteo Garrone zaczyna się wymowną sceną: oto drobny, mały człowiek polewa szlauchem wielkie psie bydlę przywiązane łańcuchem do metalowej wanny. Przemawia doń słodkim tonem, choć wściekła bestia chce go rozszarpać. Trudno uwierzyć, że jest w stanie ją namydlić i wysuszyć wielkim odkurzaczem, i wypada to niebywale śmieszne, gdy wreszcie zwierzę się poddaje, a fałdy pyska słodko falują od powiewu suszarki. Mamy więc do czynienia z zaklinaczem psów, dokładnie psim fryzjerem, który tapiruje pudle, przycina dredy kudłaczom i piłuje pazury czworonogom. Swojemu psu nie potrafi odmówić nawet własnego obiadu. Pewnie dlatego jest taki chudy.

To jednak nie jedyna jego profesja, bo oprócz prowadzenia zakładu, Marcello (Marcello Fonte) diluje także kokainą. Próbuje zbierać należność za towar wśród lokalnych łobuzów w miejscowym salonie gier, gdzie bokser Simoncino (jak przeobraził się do tej roli Edoardo Pesce!) wybija głową automat, wkurzony, że przegrał. Niestety, brak asertywności dotkliwie przeszkadza Marcellowi w tym zajęciu. Nie uczy się niczego od psów, które zamieszkują klatki w jego psim hostelu. Wybitnie nie potrafi bronić własnych granic.

Chwyta za serce scena, gdy złodzieje, nie dając mu całej doli, wyznają, że przy włamaniu musieli uciszyć psa, wsadzając chihuahua do zamrażarki. Oczywiście Marcello rusza na pomoc, rozmrażając w kuchennym zlewie sztywnego już kanapowca. Choćby dla samej tej chwili warto obejrzeć film Garrone. Oraz dla malowniczej, odrealnionej przemocy – krew skapuje z figur ogrodowych krasnali nie mniej niż ze zdeformowanej facjaty boksera Simoncino. Ta rola zresztą przywodzi na myśl Mickey'go Rourke'a z "Zapaśnika" czy Roberta De Niro z "Wściekłego byka". Zaś umęczony w końcu Simone ma na twarzy grymas podobny do Jokera Jacka Nicholsona.

"Dogman" jest przedłużeniem poprzednich filmów Garrone: zajęcie bohatera przypomina nieco fach taksydermisty z "L'Imbalsamatore", sceneria odsyła do pamiętnej "Gomorry": bloki na szarej plaży, kałuże i śmieci rozrzucone po płaskiej przestrzeni, a momenty krwawego, surrealistycznego humoru i forma scenariusza jako przypowieści żywcem wyjęte są z "Pentameronu". Tu jednak historia jest aż nazbyt prosta: słaby ktoś sięga takiego dna, że musi się zemści - w czym mu kibicujemy. I to właśnie jest największą wadą filmu: że jest boleśnie, skończenie przewidywalny. W pierwszej części dygresyjnych, zabawnych wątków jest więcej: Marcello startuje w konkursie psiej piękności z nad wiek poważną córką (Alida Baldari Calabria), planuje wakacje, gra w piłkę nożną. Wszystko to pokazuje jego próbę normalnego życia, które udaje, a w którym nawet psy go nie szanują. Malowniczy moment następuje wtedy, gdy Marcello ratuje postrzelonego Simone, wlokąc go do jego włoskiej mammy (Nunzia Schiano). Ta, widząc, że syn znów ćpa, bije boksera po zakrwawionej twarzy, podczas gdy Marcello zmiata rozsypany po podłodze towar. Gdyby takich pomysłów na sceny w drugiej części było więcej, "Dogman" byłby znacznie lepszy.

Druga część filmu skupia się na przemianie bohatera – widocznej najpierw na twarzy, gdy ten wychodzi z więzienia - ale nie bardzo w jego zachowaniu. Uwłacza inteligencji widza chwila, gdy bohater wpada na pomysł zemsty, siedząc na pokładzie łódki i długo kiwając do siebie głową. O tym, że trzeba to zrobić, widz wie przecież po kwadransie filmu.

Garrone jak zwykle kręcił film chronologicznie, chcąc uzyskać naturalny kierunek rozwoju postaci. Jednak rejestrując swój - jak zwykle: zdegenerowany - świat w przepalonych barwach, nie przekonuje, że walka o teren naprawdę zmienia dynamikę pod koniec filmu. Może to niedowierzanie jest też wpisane w historię Marcella? Scena, gdy niesie zwłoki na boisko, chcąc pochwalić się kolegom, brzmi już jak słaby żart. To obraz z nieśmiesznego niemego filmu (w najlepszych momentach filmu aktor gra właśnie jak Stan Laurel z duetu Flip i Flap). Garrone podsumowuje filmową przypowieść obrazem pustego placu zabaw. Ale chłopięce zabawy czy hierarchia samców byłyby zbyt płytką diagnozą. Reżyser pokazuje też swojego bohatera jako psychologiczny przypadek: kogoś, kto sądzi, że można być tylko albo katem, albo ofiarą. A wystarczyłoby grzecznie odmówić. Postawić swoje granice, by zyskać trochę szacunku. Jak to możliwe, że nie nauczył się wymuszania posłuszeństwa ktoś, kto zawodowo zajmuje się psami?
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 25% uznało tę recenzję za pomocną (4 głosy).
Adriana Prodeus
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły