Recenzja filmu To zmienia wszystko (2018)

Siła kobiet

Tytuł nie kłamie. Dostajemy opowieść o patriarchalnym modelu produkcji filmowej wpływającym na znikomą reprezentację kobiet na ekranie – co z kolei odbija się na codzienności chłonących to ...
Filmweb sp. z o.o.
Gdy Tom Donahue zaczynał zbierać wywiady o dyskryminacji kobiet w amerykańskim przemyśle filmowym, o poczynaniach Harveya Weinsteina tylko szeptano, inicjatywa Time's Up nawet nie ruszyła, a hashtagu #MeToo nikt jeszcze nie wymyślił. Po 6 latach harówy dokument trafia na festiwalowe ekrany. O spóźnionym zapłonie nie może być jednak mowy. "To zmienia wszystko" świetnie wpisuje się w wysiłki zmierzające do równouprawnienia, jakie (powoli, powoli) dokonuje właśnie środowisko filmowe – od Hollywood przez Cannes po samą Polskę.

Tytuł nie kłamie. Dostajemy opowieść o patriarchalnym modelu produkcji filmowej wpływającym na znikomą reprezentację kobiet na ekranie – co z kolei odbija się na codzienności chłonących to wszystko odbiorców. Zjawiska w rodzaju "efektu CSI" (kto nie wie, niech sprawdzi!) niezbicie dowodzą, że obrazkowa popkultura, pokazując, także uczy. Najczęściej niestety uczy tego, że kobieta należy do mniejszości, jej głos niewiele znaczy, że można ją marginalizować i uprzedmiotawiać. Filmowe stereotypy nierzadko utrwalają w nas myśl, że coś wypada posiadaczom penisa, a czegoś nie wypada tym, którzy go nie mają. Kiedy dany scenopisarz i operator opisują fizyczność bohaterki, pomijając jej charakter – obwinia się jednak pojedynczego twórcę. Gdy odtwórczynie narzekają na niedostatek ciekawych ról dla kobiet – tłumaczy się to większymi zyskami, jakie zapewnia męska gwiazda na pierwszym planie. Gdy na jaw wychodzą kolejne nadużycia reżyserów i producentów w kuluarowych relacjach z młodymi aktorkami – niektórzy bagatelizują zjawisko, spychając je na margines patologii. Tom Donahue przejrzyście i stanowczo tłumaczy dyskryminujące uwarunkowania całego hollywoodzkiego systemu. O dziwo, filmowy przemysł nie był taki zawsze. W pewnym momencie coś się w nim popsuło. "To zmienia wszystko" stanowi dokumentację, częściowo już realizowanej, próby jego wyleczenia.

Zestaw narzędzi i rozmach prowadzonego dochodzenia przyprawia o przyjemny zawrót głowy, a liczby padających w filmie słów nie przebiliby bohaterowie samego Tarantino. Dane liczbowe i opisy roli kobiet w fabułach, statystyki świadczące o zmaskulinizowanych mechanizmach rekrutacji, pracy nad filmami, metodach ich recenzowania, a nawet wręczania nagród. Do tego relacje z prowadzonych przez kobiety głośnych batalii prawnych wytaczanych przeciw studiom filmowym i związkom zawodowym w różnych historycznofilmowych epokach. Montaże składające się z seksualizujących kobiety i odbierających im głos scen filmowych, szablonowych ujęć i linii dialogowych. Wreszcie, liczone w dziesiątkach gadające głowy – kobiety znane kinomanom i zasłużone dla przemysłu i sztuki filmowej.

Donahue chce sprawić, by kobiety były słyszane. Fakt, że jest mężczyzną, wcale nie czyni tej sytuacji ironiczną – solidarność z grupą wykluczonych zawsze jest przecież w cenie. Tym większa szkoda, że dysponując ogromnym zbiorem twarzy, dokumentalista ujednolica ich komunikat. Korzystając z tak szerokich kontekstów w zaledwie pełnometrażowym filmie, nie chce zniuansować przemawiających dziwnie jednym głosem feministek. Tak, "To zmienia wszystko" jest jednym z tych filmów, w których głównym szwarccharakterem okazuje się prezydent Trump, a sprzeciw wobec nadużyć filmowców przemienia się w interwencję polityczną. Jako że o motywację do równouprawniającego aktywizmu dziś już nietrudno, odnoszę wrażenie, że finalizujące "To zmienia wszystko" okrzyki kobiet na ulicach amerykańskich miast są zbędne – co gorsza, powoli zamieniają się w kliszę. Patriarchat jako metafora wykluczeń wszystkich mniejszości, jakkolwiek trafna, spowszedniała. Zamiast tego chętnie przedyskutowałbym – chwalony tu pod niebiosa – test Bechdel. Nie trzeba być zawodowym logikiem, by doprowadzić go do absurdu i pokazać jego analityczną bezużyteczność. Być może dokumentalny serial na ten temat byłby w stanie pomieścić rozwiązania inne niż polecany tu parytet? Gdy feministki potrzebują tego typu apodyktycznych rozwiązań, merytokraci wznoszą ręce do nieba. Obie strony mają trochę racji.

Bezdyskusyjny pozostaje za to fakt, że X muza nadal pozostaje mężczyzną. Arcyciekawy dokument Toma Donahue rozbudza naszą ciekawość niezadanym wprost pytaniem: A co, gdyby było inaczej?
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (2 głosy).
Gabriel Krawczyk
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię