Recenzja filmu M jak morderca (2017)
Johnny Martin

Sprawa zamknięta

Gatunkowo to w ogóle jest film z Nicolasem Cage'em, którego dla niepoznaki zastępuje Al Pacino. Obaj znajdują się na podobnym etapie kariery – albo spłacają długi, albo uwielbiają swój fach na ...
Filmweb sp. z o.o.
Twórcy "M jak Morderca" sprawiają wrażenie, jakby ostatnie ćwierć wieku spędzili przy obsłudze radaru na Kamczatce. Nie może być inaczej, skoro ten budżetowy thriller nawiedza ekrany po "Zodiakach", "Chopperach" i innych "Mindhunterach"; słowem – opowieściach o tym, że psychika seryjnych morderców jest nieco bardziej skomplikowana niż paczka gwoździ. Polski tytuł, nawiązujący przypadkowo do arcydzieła Fritza Langa, również filmowi nie służy – już w latach trzydziestych ubiegłego wieku było jasne, że atmosfera grozy to coś więcej niż ciemny pokój i posępna mina.    


Ponieważ trudno znaleźć oryginalniejszą motywację dla seryjnych mordów niż siedem grzechów głównych, zakapturzony psychopata grający z detektywami w wisielca wypada cokolwiek odtwórczo. Niezbyt inspirująco jest również po drugiej stronie prawa. Jeden detektyw z traumą jak stąd do wieczności, martwa żona, sprawca nieodnaleziony, klasyka. Drugi na emeryturze, stary wiarus, który widział o klika trupów za dużo, a teraz powraca wywołany do tablicy przez seryjnego dusiciela. Jest jeszcze tzw. "pierwiastek kobiecy", czyli w gorącej wodzie kąpana dziennikarka śledcza. Kiedy wiarus traktuje ją protekcjonalnie, ta wypala z dumą: byłam nominowana do Nagrody Pulitzera. Choć trudno w to uwierzyć, na tym kończy się jej psychologiczny portret. M jak masakra. 

I tak, tercet bohaterów o skumulowanych trzech cechach charakteru rusza tropem przebiegłego zbrodniarza. Ciała się mnożą, patolog ma pełne ręce roboty, zaś kolejne literki zbliżają śledczych do rozwiązania zagadki. Scenarzyści dwoją się i troją, by nas dobudzić, tu podrzucą pościg samochodowy, tam pieszą gonitwę. Nie robią jednak nic, by jakoś przełamać archaiczną konwencję: zaskoczyć widza, chociaż raz zaprowadzić go w ślepą uliczkę i walnąć obuchem po głowie, albo dla odmiany poczęstować humorem czarnym jak smoła. W "Siedem" Brad Pitt żartował z modus operandi psychopaty ("Głosy kazały mu to zrobić, pies mu kazał, Jodie Foster kazała"), ze swojego partnera i ze świata pozbawionego nadziei. W "M jak morderca" to bohaterowie i świat wydają się niezłym żartem.


Gatunkowo to w ogóle jest film z Nicolasem Cage'em, którego dla niepoznaki zastępuje Al Pacino. Obaj znajdują się na podobnym etapie kariery – albo spłacają długi, albo uwielbiają swój fach na tyle, by sprzedawać talent bez wyboru. Legendarny aktor miota się po ekranie, gestykuluje jak nawiedzony, z emfazą wypluwa słowa, które mógłby napisać Chandler, gdyby wypił o jedną szkocką za dużo. O wiele lepszy – nie wierzę, że do tego doszło – jest Karl Urban: nie zagrywa się, próbuje jakoś uwypuklić tekturową postać, nie wygląda na zblazowanego i rozleniwionego. Zaś na Oscara w ich własnej lidze zasługuje Sarah Shahi w roli przykutej do wózka pani kapitan policji. Jeśli z jednej strony mamy okrutną ironię, a z drugiej śmiertelną powagę, jej występ jest złotym środkiem.  

Postać grana przez Shahi uświadamia zresztą, że jest gdzieś w tym wszystkim o niebo lepszy film. Pomost pomiędzy krainą epigonów Davida Finchera a światem, w którym powaga nie musi równać się kliszom, a ironia – infantylizacji. Istnieją gatunki, od westernu po komedię kumpelską, które dzięki nostalgii wydają się owadem uwięzionym w bursztynie. Dreszczowiec o dwóch gościach z weltschmerzem raczej do nich nie należy. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 82% uznało tę recenzję za pomocną (57 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)