Recenzja filmu Kapitan Marvel (2019)
Waldemar Modestowicz
Anna Boden

Supermenka

Jak wiadomo, film Anny Boden i Ryana Flecka to pierwsza produkcja studia Marvel z kobietą w roli głównej. Pionierski wymiar przedsięwzięcia sprawił, że twórcy poczuli się w obowiązku, by nie ...
Filmweb sp. z o.o.
Jest w "Kapitan Marvel" scena, w której tytułowa bohaterka zalicza przymusowe kolizyjne lądowanie w wypożyczalni kaset wideo. Z lekka oszołomiona dostrzega w mroku podejrzaną postać i, niewiele myśląc, strzela w nią wiązką energii. Rzekomy napastnik okazuje się jednak standem reklamowym z podobiznami Arnolda Schwarzeneggera i Jamie Lee Curtis – gwiazdami komedii szpiegowskiej "Prawdziwe kłamstwa" (1994). W efekcie tam, gdzie jeszcze chwilę temu znajdowała się głowa aktora, straszy teraz wypalona dziura. Symboliczna egzekucja legendy kina akcji odbywa się w nowej produkcji Marvela nieprzypadkowo. Filmografia Austriaka wydaje się przecież uosobieniem wszystkiego, przeciwko czemu występują twórcy "Kapitan": maczyzmu, uprzedmiotowienia kobiet, kultu przemocy. Jeśli więc należycie do grona kinomanów, którzy lubią ponarzekać w Internecie na "hollywoodzkie lewactwo" i "przeklętą polityczną poprawność", mam dla Was dobrą radę. Przed seansem nie zapomnijcie napić się naparu z melisy. Reszta widzów może rozsiąść się wygodnie w fotelu i obejrzeć kolejny udany odcinek superbohaterskiego serialu.

photo.title

Ekranizacja komiksu Roya Thomasa i Gene'a Colana to przede wszystkim opowieść o emancypacji młodej kobiety. Carol Danvers od dzieciństwa musiała stawiać czoła facetom wmawiającym jej, że się do czegoś nie nadaje. Nieważne, czy chodziło o wyścigi gokartów, służbę wojskową bądź operowanie mocami godnymi Supermana – jej kompetencje i poczucie wartości były wciąż podkopywane. W efekcie nigdy nie miała okazji w pełni wykorzystać swojego potencjału. Wątek galaktycznej wojny wydaje się zajmować twórców w mniejszym stopniu niż pytanie, czy cierpiąca na amnezję dzielna pani Kapitan zdoła odnaleźć siebie i zrozumie, że jedyną oceną, z jaką powinna się liczyć, jest samoocena.

Jak wiadomo, film Anny Boden i Ryana Flecka to pierwsza produkcja studia Marvel z kobietą w roli głównej. Pionierski wymiar przedsięwzięcia sprawił, że twórcy poczuli się w obowiązku, by nie tylko bawić, ale również edukować widownię. Dać milionom dziewczynek wzór do naśladowania, napiętnować negatywne zjawiska, wskazać światło w tunelu. Ceną za to stał się niestety nadprogramowy patos: ujęcia w slow motion, pompatyczna muzyka, wzniosłe linijki dialogu. To, że dydaktyczny smrodek mimo wszystko nie przeszkadza zbyt mocno, stanowi w dużej mierze zasługę odtwórczyni tytułowej roli. Obdarzona filuternym uśmiechem Brie Larson jest charyzmatyczna, ale nie pomnikowa, waleczna, lecz niepozbawiona słabości, pewna siebie, a zarazem zagubiona. Mówiąc krótko: superdziewczyna z sąsiedztwa.

photo.title

Pomijając silnie zaakcentowany wątek "girl power", w arsenale "Kapitan Marveldominują atrakcje znane z poprzednich produkcji komiksowego studia. Wizyty na obcych planetach i kosmiczne pościgi? Były i to w lepszym wydaniu zarówno w "Strażnikach Galaktyki", jak i "Thorze: Ragnaroku". Walki wręcz? Pas mistrzowski wciąż należy do "Zimowego żołnierza". Efekty specjalne? Przyzwoite, ale nie oszałamiające. Widowisko Boden i Flecka wypada za to ciekawie jako superbohaterskie origin story: Danvers od samego początku dysponuje tu nadludzkimi zdolnościami, ale dopiero w miarę rozwoju intrygi odkrywa, w jaki sposób je zdobyła. Trochę jak w klasycznym sensacyjniaku "Długi pocałunek na dobranoc" z 1996 roku. Widowisko Marvela z dziełem Renny'ego Harlina łączy także Samuel L. Jackson wcielający się nawet w podobną postać: towarzysza głównej bohaterki, który dostaje od scenarzystów najzabawniejsze kwestie dialogowe. Odmłodzony (fenomenalnie!) przez speców od performance capture aktor tworzy na ekranie zaskakujący duet z rudym kotem Goose'em. Wszędobylski czworonóg, który imię odziedziczył najpewniej po pilocie z "Top Gun", okazuje się złodziejem scen. Dobre wrażenie robi także Ben Mendelsohn. Tu muszę, niestety, postawić kropkę – im mniej wiecie o granym przez niego Kellerze, tym większą frajdę będziecie mieć w trakcie seansu.

photo.title

Sporo radości dostarcza także pomysł, by osadzić akcję utworu w latach 90. Cofnięcie się w czasie pozwoliło twórcom nie tylko odpowiedzieć na kilka dręczących fanów cyklu pytań, ale również pobawić się ikonografią epoki. Grunge'owe ciuchy bohaterki, komentujące zdarzenia piosenki Nirvany, Garbage i No Doubt czy nawiązania do kultowych filmów i seriali z tamtego okresu są nostalgicznymi smaczkami zgrabnie wplecionymi w karuzelę akcji. To m.in. dzięki nim film, który w wielu miejscach może wydawać się powtórką z rozrywki, ostatecznie wnosi coś świeżego do uniwersum Iron Mana i spółki. Niby marvelowski chleb powszedni, ale wciąż smaczny.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 57% uznało tę recenzję za pomocną (216 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)