Recenzja filmu Kler (2018)
Wojciech Smarzowski

Zło w dom

Smarzowski zachowuje ludzką skalę, nie daje się ponieść metaforze. Zamiast walić po oczach, przedstawia wielowymiarowych, skonfliktowanych bohaterów. Braciak daje skoncentrowany, mrożący krew w ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Kler (2018)
Niech odetchnie ten, kto w zwiastunie "Kleru" zobaczył więcej Patryka Vegi niż Wojtka Smarzowskiego. Niech śpi spokojnie ten, kto usłyszawszy zapowiadające film pijackie "Hej, sokoły", skulił się w oczekiwaniu na toporne jasełka. Bo nawet jeśli przy wszystkich różnicach stylu, rzemiosła i artystycznej subtelności wciąż może kusić porównanie Smarzowskiego do Vegi, to niech lepiej przestanie kusić. Nawet jeśli wydaje się, że panowie rywalizują o to, który dokona bardziej dosadnej rewizji krajowych instytucji, to wciąż więcej ich dzieli, niż łączy. Vega zadowala się bowiem zainscenizowaniem szopki, płytkim zagraniem na stereotypach, śmieciowym kinem niskiej refleksji i wysokiego przychodu. U Smarzowskiego szopka kończy się zaś na zwiastunie i pierwszych piętnastu minutach filmu. Potem rusza kino może i typowo Smarzowskie, może i zwyczajowo czarnowidcze, ale nie nienawistne, nie zaślepione. Żeby było jasne: żaden ateista nie wyjdzie z seansu "Kleru" nawrócony. Ale nie spodziewałbym się też linczów i palenia kościołów.


Smarzowski rozpoczyna film od stereotypu, by potem poskrobać głębiej. Oto trzech zaprzyjaźnionych księży oddaje się popijawie. Jeden prosto z libacji wyrusza udzielić ostatniego namaszczenia, dwaj pozostali odchodzą chwiejnym krokiem do swoich samochodów, siadają za kółkami i beztrosko rozjeżdżają się do domów. Sacrum ni widu, ni słychu, profanum na całego. Grubo? Ano grubo, ale podobna satyra na grzechy Kościóła to przecież żadne novum, żaden skandal. Raczej klasyczny topos literacki. Już Krasicki pisał, że "cnota, nie odzież, czyni zakonnika", a nie był pierwszym w historii, który ośmielił się rzucić kamieniem. Przejaskrawienie służy zresztą reżyserowi zaledwie do wyostrzenia perspektywy. Kabaret potykających się o własne nogi zapijaczonych duchownych to tylko wstęp do typowo "Smarzowskiego" moralitetu.

Jak w poprzednich filmach reżysera ten moralitet jest jednak przetrącony, ma przesunięty punkt ciężkości. Złu pisanemu wielką literą przeciwstawić można tu co najwyżej mniejsze zło. Czystego dobra ze świecą by szukać, żaden z księży nie jest nieskazitelny. Mniejsza o pijaństwo – ksiądz Kukuła (Arkadiusz Jakubik) zostaje oskarżony o molestowanie chłopca, ksiądz Trybus (Robert Więckiewicz) ma romans z gospodynią, ksiądz Lisowski (Jacek Braciak) "ustawia" kościelne przetargi. Pedofil, cudzołożnik i gangster? Być może, ale Smarzowski nie zatrzymuje się na samych gębach. Oczywiście, "Kler" jest litanią kościelnych nadużyć, skupionych w postaci arcybiskupa Mordowicza. Grający go Janusz Gajos kreuje postać przerysowaną, adekwatnie do "znaczącego" nazwiska. To zacierający rączki, liczący pieniądze i zepsuty do szpiku kości klecha, figura rodem z paszkwilu. Ale taka jest logika moralitetu: Mordowicz uosabia po prostu skrajność, jeden z końców moralnej skali. Dla tkwiących wewnątrz takiego układu współrzędnych księży reżyser ma więcej współczucia i zrozumienia. 


Smarzowski pokazuje ludzi Kościoła uwięzionych na małomiasteczkowych plebaniach, wśród siermiężnych kuchenek gazowych i firanek albo w sieci wielkomiejskich układów władzy, między instytucjonalnym młotem a kowadłem. Ludzi mających przewodzić, ale często zagubionych, funkcjonujących siłą bezwładu, pozbawionych wsparcia. "W kłopocie nie ma do kogo gęby otworzyć", lamentuje młody duchowny, idealista przeżywający pierwszy kryzys wiary.

Bergman przeciwstawiał kiedyś wątpiącego księdza potwornemu milczeniu Boga. Smarzowski pokazuje sytuację jeszcze bardziej rozpaczliwą: księdza mierzącemu się z milczeniem drugiego człowieka, milczeniem stojącej za tym człowiekiem instytucji. "Kler" nie pyta bowiem, skąd bierze się zło. Pokazuje tylko, jak kwitnie ono w atmosferze wszechobecnych układzików, tajemnic poliszynela i zmów – właśnie – milczenia. Czyli w atmosferze produkowanej przez kościelną machinę. Takiej, która łamie kręgosłupy idealistów, a nagradza tych, co płyną z nurtem. Ni mniej, ni więcej: oto kolejna opowieść o "domu złym". 

Smarzowski zachowuje jednak ludzką skalę, nie daje się ponieść metaforze. Zamiast walić po oczach, przedstawia wielowymiarowych, skonfliktowanych bohaterów. Braciak daje skoncentrowany, mrożący krew w żyłach występ, Więckiewicz odsłania rzadko pokazywaną wrażliwą stronę, ale najciekawszą postać kreuje chyba Jakubik. Jego Kukuła odczuwa na własnej skórze, jak rząd dusz wymyka się z rąk, jak zarządzana przez księdzowski autorytet energia społeczna obraca się przeciwko niemu, przepoczwarzając się w pęd wykluczenia, zemsty. W smutnych, ekspresyjnych oczach aktora rozgrywa się dramat mężczyzny zmuszonego do konfrontacji ze szczególną siłą wyższą: instytucjonalnym betonem i własną mroczną przeszłością. Na swój sposób każdy z trzech bohaterów poszukuje zresztą prawdy – czy jest to prawda o sobie samym, czy o grzechach Kościoła.
  
Smarzowski zmyślnie wykorzystuje tu formułę spowiedzi. Najpierw pokazuje nam odbębniających sakrament księży, którzy rozgrzeszają i nakazują pokutę rutynowo, na odwal się. Potem, gdy życiorysy bohaterów stają na głowie, księża muszą sami wejść w rolę spowiadających się. Wyznać własne, trudne, niekanoniczne prawdy.


Tak, "Kler" to film jawnie krytyczny. Ale Smarzowski oddaje sprawiedliwość swoim bohaterom, nie spuszcza całego chrześcijaństwa do kibla, niuansuje. Wychodzi z pozycji moralisty, a nie mąciwody. Jeśli miałbym coś "Klerowi" zarzucić, to byłby to brak wiary – ale nie tej, co myślicie. Chodzi mi o wiarę w widza. Wiarę w to, że odbiorca poradziłby sobie bez podanych ciężką ręką,  oczywistych retrospekcji, które konfrontują nas z horrorami przeszłości. Wystarczyłyby przecież typowo "Smarzowskie" montażowe przebłyski, rodem z pamiętnego finału "Róży". Myślę, że oskarżenie i tak wybrzmiałoby wówczas wystarczająco głośno. "Kler" przekonuje przecież raczej reżyserską konsekwencją niż aktami narracyjnej agresji. To film wyważony, skupiony, zręcznie balansujący między żartem, grozą a (nawet!) wzruszeniem, nie uciekający się do prostych odpowiedzi. 


Co ciekawe, w całym tym bagnie tli się nawet iskierka nadziei – choć jest to jedynie promyczek pragmatyzmu, pokornego spuszczenia głowy i robienia swojego. Bez zmian: idealistyczne gesty w świecie Smarzowskiego wciąż pozostają gestami fatalistycznymi, skazanymi na porażkę. Paradoksalnie! Bo przecież o co, jak nie o ideały walczy swoim kinem reżyser. A że ideały bywają różne? To zupełnie inna para kaloszy. Ktoś zakrzyknie zapewne (już krzyczą), że Smarzowski "widzi tylko to, co chce", że "to nie cała prawda o Kościele". Ale to tak jakby powiedzieć, że "Wesele" to nie cała prawda o weselach, "Drogówka" to nie cała prawda o policji, a "Dom zły" to nie cała prawda o Polsce. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 91% uznało tę recenzję za pomocną (869 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (5)

zobacz wszystkie