W "Bucking Fastard" czuć bowiem to, co uczyniło z Herzoga-dokumentalisty tak lubianą personę, i to, co czyni go dziś tak "klikalnym" w social mediach. Mam na myśli jego sposób mówienia o Sprawach
Ja kontra świat – klasyczny konflikt z filmu Wernera Herzoga. Pomyślcie tylko o Fitzcarraldo transportującym statek parowy przez amazońską dżunglę. O Brunonie Stroszku, outsiderze zarówno w Niemczech, jak i w USA. O pingwinie ze "Spotkań na krańcach świata", który z niewyjaśnionych przyczyn pędzi ku nieosiągalnemu horyzontowi. Przypomnijcie sobie oryginalny niemiecki tytuł "Zagadki Kaspara Hausera": "Każdy sobie, a Bóg przeciw wszystkim".
Już na pierwszy rzut oka widać, że "Bucking Fastard" przynosi kolejną odsłonę odwiecznego Herzogowskiego konfliktu. Ale coś się zmieniło. Po pierwsze: reżyser pyta tym razem, czy walczące ze światem "ja" musi koniecznie istnieć w liczbie pojedynczej. Po drugie: robi to w dużo luźniejszym tonie, bez nuty samobójczej fiksacji. Dojrzał czy się zestarzał? Rozluźnił się czy przestało mu zależeć?
Bohaterkami "Bucking Fastard" są dwie mieszkające w Irlandii siostry, Jean i Joan Holbrooke. Kobiety żyją unisono: ubierają się tak samo, mówią jednym głosem i kochają tego samego mężczyznę. To podwojenie jest dodatkowo zdublowane w castingu: siostry Holbrooke grają siostry Mara, Kate i Rooney. Herzog przeciwstawia im zaś – po swojemu – cały świat. Ludzi i ich instytucje, florę i faunę, dobre i złe intencje, fakty i mity. Jean i Joan są dla nich lustrem, ale też lustrem dla siebie samych. W tytule filmu figlarnie zamieniono dwa słowa literkami i reżyser po prostu idzie za ciosem. Obserwuje, jak zacierają się granice między dwoma osobnymi bytami, ale szuka też momentów, gdzie wkrada się dysonans.
Na najbardziej podstawowym poziomie "Bucking Fastard" jest fascynującym eksperymentem aktorskim. Mara i Mara grają przecież to samo: wypowiadają równocześnie te same kwestie, wykonują te same ruchy, wyrażają te same emocje. Oglądając, trudno nie bawić się w "znajdź pięć różnic (albo więcej)". Muzyczna konotacja słów "unisono" czy "dysonans" jest tu bardzo na miejscu: na duet aktorek patrzy się jak na wykres fal dźwiękowych, które czasem się pięknie zgrywają, a czasem pięknie rozjeżdżają. Obserwując je, obserwujemy przecież dwa zestawy predyspozycji fizycznych i dwa zestawy aktorskich wyborów. Świadomość, że oglądamy siostry, tylko potęguje wrażenia.
Z tego, że film opiera się na "konflikcie", nie wyciągajcie jednak dalekosiężnych wniosków. Na pewno nie takich, że jest tu jakaś klasyczna fabuła oparta na generowaniu i rozwiązywaniu "konfliktów scenariuszowych". Nawet jeśli nominalnie dzieje się dużo: Herzog żongluje konwencjami i leci od komedii romantycznej przez dramat sądowy po oniryczną epopeję. Siostry wdają się w romans, procesują się, wyjeżdżają z przedmieść do miasta, potem na wieś, a w końcu postanawiają… przekopać się na Orkady. Na swej drodze spotykają jednak raczej typy (i typków) niż pełnoprawne postacie. Jest przystojny lowelas (Orlando Bloom), jest pomocny pracownik opieki społecznej (Domhnall Gleeson), są: życzliwy staruszek, śliski podglądacz i nadęty przedstawiciel leśnictwa. Jest jelonek, jest piesek i jest lisek.
Nie ma tu jednak klasycznej dramaturgii. Opowieść płynie w rytmie epizodycznym: "a potem, a potem, a potem…". Kolejne perypetie po prostu po sobie następują – a nie z siebie wynikają. Do tego wszystko toczy się raczej obok realizmu czy psychologii. Fabularny punkt wyjścia może kojarzyć się z "Silent Twins" (2022), inną opowieścią o siostrzanym azylu fantazji. Ale inaczej niż Agnieszka Smoczyńska, Herzog nie osadza akcji w społecznym konkrecie. Dużo śmielej odchodzi też od faktów z biografii bliźniaczek Grety i Fredy Chaplin, które posłużyły mu za inspirację. Historia sióstr Holbrooke nie zostaje nawet zgłębiona "wstecz", nigdy nie poznajemy ich "genezy". Jean i Joan po prostu sobie są.
W jednej ze scen bohaterki zostają przewiezione wózkiem widłowym. Unoszone kilka centymetrów nad ziemią mówią, że to ich własny "magiczny dywan". I cały film zdaje się leciutko lewitować za ich przykładem. To wrażenie potęguje jeszcze cudzysłów stylizacji: szerokokątny obiektyw kamery i "barokowa" ilustracja muzyczna, raz klasycyzująca, raz bliższa brzmieniom ludowym. Daje to efekt bliski baśni – a może raczej powiastki filozoficznej. Jean i Joan eksplorują świat i testują membranę społeczeństwa. Jak gdyby były bohaterkami oświeceniowej satyry.
Ale Jean i Joan są koniec końców bohaterkami filmu Wernera Herzoga. Ich odyseja ma jednak dużo mniej dramatyczny wymiar niż to zwykle bywa. Zwróćcie uwagę: szereg filmów reżysera opowiada o morderczej wspinaczce na jakąś niezdobywalną górę. "Fitzcarraldo" (1982), "Gasherbrum – lśniąca góra" (1984), "Krzyk kamienia" (1991). Jean i Joan tymczasem – zamiast górą – idą dołem. Zamiast się wspinać, postanawiają wydrążyć tunel. Niby też po herzogowsku (patrz: "Jaskinia zapomnianych snów", 2010). Grunt, że bez ofiar w ludziach. Powtórzę: lewitujemy tu kilka centymetrów nad ziemią.
W "Bucking Fastard" czuć bowiem to, co uczyniło z Herzoga-dokumentalisty tak lubianą personę, i to, co czyni go dziś tak "klikalnym" w social mediach. Mam na myśli jego sposób mówienia o Sprawach Najważniejszych. Choć są one zarazem Najpretensjonalniejsze, reżyser zabiera się za nie z rozbrajającym brakiem pretensji. Dyskretnie figlarna tonacja "Bucking Fastard" działa więc podobnie jak komicznie twardy niemiecki akcent Herzoga-narratora. Uruchamia zdrowy dystans.
W którejś ze scen Jean i Joan mówią, że drążąc w skale, szukają "lepszego świata", bo "ktoś musi kiedyś zacząć". I Herzog nie ukrywa przed nami, że to mrzonka, co najwyżej naiwne marzenie. Ale nie wykpiwa go, wręcz przeciwnie. Niczym stary mistrz zen, daje nam dyskretnie znać, że WIE: coś może być jednocześnie "głupie" i "mądre". Ważne i niepoważne na raz.
Jest taki odcinek animowanego serialu "Dwa głupie psy", niegdyś wyświetlanego na Cartoon Network. Oto dwaj tytułowi bohaterowie wchodzą do budynku muzeum, ale w wyniku pomyłki wydaje im się, że zostali na zewnątrz. Kiedy wreszcie udaje im się wyjść, myślą, że weszli do środka. Zgodnie z tytułem: głupawy żart o głupawych psiakach. Da się go jednak obejrzeć inaczej, jako filozoficzną rozprawkę o kwestiach egzystencjalno-epistemologicznych. Wystarczy odpowiednio zmrużyć oczy. Włączyć sobie w głowie "niemiecki akcent".
Wydaje mi się, że "Bucking Fastard" również zaprasza taki tryb odbioru. W finale pojawia się nawet podobna metafora "wnętrza-zewnętrza". Można przecież obejrzeć film Herzoga jako wiązankę fizycznych gagów ("a teraz siostry Mara spróbują na dwie ręce odkurzyć, otworzyć puszkę sardynek i napisać list"). Można obejrzeć go jako traktat filozoficzny o Wolności i Inności ("a w ramach dzisiejszych zajęć napiszemy esej o idei suwerenności człowieka w świecie"). Ale najlepiej obejrzeć go jednocześnie tak i tak. Już otwierająca film dedykacja dla Davida Lyncha powinna dać do myślenia sceptykom. A jeśli spytacie: no dobra, ale czy film jest zły czy dobry, i tutaj poradzę Wam wejść na poziom zen. "Bucking Fastard" to film poza tymi kategoriami. Na raz Dły i Zobry.
Rocznik 1985, absolwent filmoznawstwa UAM. Dziennikarz portalu Filmweb. Publikował lub publikuje również m.in. w "Przekroju", "Ekranach" i "Dwutygodniku". Współorganizował trzy edycje Festiwalu... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Udostępnij
Facebook
X
Udostępnij
Skopiuj link
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Dodaj Filmweb jako preferowane źródło w Google
Częściej zobaczysz nasze artykuły w wynikach wyszukiwania.