Recenzja filmu

Czarny niedźwiedź (2020)
Lawrence Michael Levine

Film o filmie w ramach filmu

Sklasyfikowanie "Czarnego niedźwiedzia" jest nie lada zagwozdką dla lubiących szufladkować recenzentów. Dostajemy psychodramę, teoretyzowane i praktykowane ćwiczenie z aktorstwa, dekontrukcję ...
Film o filmie w ramach filmu
W "Czarnym niedźwiedziu" regularnie powraca obraz rozmyślającej na jeziornym molo kobiety. Choć to sceneria idealna na "Piątek trzynastego", to nie straszydła z wody, ale blokada twórcza spędza dziewczynie sen z powiek. Pobyt w domu artysty pod lasem miał zadziałać na Allison odświeżająco, lecz, o zgrozo, trafiła pod jeden dach z gospodarzami. Para rówieśników z obietnicą potomstwa, podobnie nieokreślonymi planami na przyszłość i relacją na etapie wiecznej irytacji pewnej zakrapianej nocy, owszem, pozwoli dziewczynie wyzwolić się z tego i owego. Odświeżeniem bym jednak tego nie nazwał. Zanim zaczniecie jej współczuć – niespodzianka – Allison okaże się żywiącą się cudzymi emocjami wampirzycą, szachrajką i kpiarką zarazem. Jak na reżyserkę z prawdziwego zdarzenia przystało, mąci, prowokuje i patrzy, co z tego urośnie.

Trudno oprzeć się wrażeniu, iż Allison to alter ego stojącego za kamerą filmowca. Zarówno zachowanie bohaterki, jak i rozchwiana konwencja niskobudżetowego filmu Lawrence'a Michaela Levine'a funkcjonuje niczym dowcip mówiony z kamienną twarzą, kiedy to nie mamy pewności, czy się z nas żartuje. Gęstniejąca atmosfera w rywalizującym trójkącie miałaby w sobie coś z "Noża w wodzie", gdyby nie ujawniane po kolejnych lampkach wina bolączki trzydziestolatków i ich sercowe kłopoty: cudnie wiarygodne, a jednak balansujące na granicy groteski. W starciu bohaterów sarkazm przeplata się z flirtem, pasywność z agresją, a sojusze na erystycznym ringu zmieniają się z chwili na chwilę. Eskalacja napięcia przyciąga do ekranu, dając tyleż chaotyczny, co autentyczny efekt.

Rozstrojone charaktery działają dzięki trojgu zestrojonych ze sobą aktorów. O świetności kreacji wiecznie drwiącej Aubrey Plazy, zabawnie mrukliwego Christophera Abbotta i rozchwianej Sarah Gadon świadczą kolejne asy w dramatycznej (anty)strukturze dzieła Levine'a. O niekonwencjonalnym zwrocie w połowie filmu wiele zdradzać nie warto. Powiedzmy tajemniczo, że reżyser nie lubi rozwiązywać akcji, a zamiast korzystać ze sprawdzonych konwencji, woli dorzucać kolejne składniki do własnej narracyjnej mikstury. Jego zgrywa potrafi zirytować, czasem wywołuje wrażenie niespójności, zawiesza wiarę w ekranowe wydarzenia, a więc i stawia pod znakiem zapytania empatię widza. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że kpiny z dramaturgicznych reguł nie stoją w sprzeczności z naszym zaangażowaniem w intrygę. Przeciwnie, druga część przegląda się w pierwszej, pokazuje te same problemy w nowym świetle, jeszcze bardziej je komplikuje; gra psychologiczna intensyfikuje się, a nieraz zapiera dech w piersiach.

Sklasyfikowanie "Czarnego niedźwiedzia" jest nie lada zagwozdką dla lubiących szufladkować recenzentów. Dostajemy psychodramę, teoretyzowane i praktykowane ćwiczenie z aktorstwa, dekontrukcję filmu indie, czarną komedię omyłek i metakomedię o filmowaniu. A równocześnie, w co aż trudno uwierzyć, Levine'owi udało się ustrzelić tematy wcale nie lekkiej wagi. Jest o rozmyciu granicy między twórczością a prywatnością i o strukturze władzy w związkach. Jest o artystach egoistach i o rywalizujących ze sobą aktorach. Jest o przemocowych relacjach twórcy i jego muzy. Jest więc i groteskowe zwierciadło jakoś odbijające problemy #MeToo. Dialogi wprost zresztą tematyzują erozję tradycyjnych ról płciowych i to z tej różnicy poglądów wyrasta fabularny konflikt.

Choć pytań Levine zadaje sporo, pewnych odpowiedzi ze świecą u niego szukać. Tak kończy się wchodzenie do głowy artysty. Bywa tam śmiesznie, bywa i niesympatycznie, a najczęściej bywa po prostu dziwnie. Po wyjściu stamtąd nie wiadomo, co o tym wszystkim myśleć.
1 10
Moja ocena:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
100% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (2 głosy).
Udostępnij: