Do napisania tej recenzji "zachęciło" mnie zdanie, że William Petersen męczy się teraz głównie w serialach i filmach klasy B. Więc, Petersen był przez długi czas aktorem prawie wyłącznie
Do napisania tej recenzji "zachęciło" mnie zdanie, że William Petersen męczy się teraz głównie w serialach i filmach klasy B. Więc, Petersen był przez długi czas aktorem prawie wyłącznie teatralnym, w filmie grał niewiele. Gdy już zdecydował się na zagranie głównej roli w serialu, od razu zrobił się z tego przebój światowy - nie u nas, co raczej nie jest winą Petersena, tylko odpowiedzialnych za ramówkę w telewizji. Większość Polaków nie zna Billa i to tylko świadczy o tym, że jesteśmy prowincją. Wracając do "Czerwonego smoka", za dawnych dobrych czasów, ten film wydany na kasetach nazywał się tak jak w oryginale - "Łowca". Oczywiście od czasu sukcesu "Milczenia owiec" i skoku na kasę z dużą pomocą Hopkinsa, aktora którego skądinąd bardzo cenię, dzieło to przemykało gdzieś w recenzjach wspomnianego "Milczenia", ale ogólnie było zapomniane. Dopiero nowa ekranizacja "Smoka" pobudziła "naszych bystrych" dystrybutorów do małego szast-prast. Pomyśleli sobie pewnie, że jeśli zmienią trochę tytuł na identyczny do przeboju z Hopkinsem ("Czerwony smok" oczywiście), to widzowie zakupią trefny towar i kapną się, o co chodzi dopiero około napisów końcowych, gdy zaczną nerwowo pytać "Chwila, ale gdzie był Hopkins?!". Bez względu jednak na intencje, dziękujmy Bogu, że w ten sposób dostał się na nasz rynek jeden z lepszych filmów lat 80. Zacznijmy od pana Petersena. To jego druga duża rola, moim zdaniem jedna z trzech wielkich w jego karierze (rok wcześniej zagrał w "Żyć i umrzeć w Los Angeles", kolejnym filmie z mojej listy najlepszych w latach 80.). Grany przez niego Graham jest głównym bohaterem filmu. To człowiek wychodzący z załamania nerwowego, ma żonę i dziecko, i nie ma ochoty na dalsze policyjne przygody. Jednak zjawia się u niego kumpel i prosi o pomoc. Kumplom się nie odmawia, a ten jest wyjątkowo uparty i wie, który guziczek w znerwicowanym Grahamie nacisnąć, żeby winda pojechała do góry. Graham zgadza się i zagłębia się w sprawę, akcja toczy się znajomym torem. Ale jak to jest zagrane! Przyciszony głos Petersena, sposób w jaki patrzy... Billy pokazał człowieka, który na zewnątrz wydaje się bardzo spokojny, jak w scenie, gdy Graham tłumaczy swojemu synowi, że był w szpitalu psychiatrycznym, albo w scenie spotkania z żoną w hotelu. Są jednak sceny, gdy coś w nim pęka, jak wtedy, gdy biegnie przed siebie po pierwszej rozmowie z Hannibalem. Zawsze, gdy oglądam te obrazki, mam ochotę walić głową w ścianę, z żalu, że nie mieszkałam w Chicago i nie miałam okazji zobaczyć Billa na scenie w "Tramwaju..." albo "Bestii..." Sam Hannibal to coś pięknego. Cudownego Briana Coxa oglądamy tylko w trzech scenach. Bardzo lubię dokonanie Hopkinsa, ale Hannibal Coxa jest dla mnie po prostu bardziej realistyczny. To prawdziwy psychopata i co ciekawe Cox nie robi nic gwałtownego ani hałaśliwego, że by to zaznaczyć. On tylko pyta Grahama o adres domowy, żuje gumę w scenie zdobywania tego adresu przez telefon i trzyma nogi oparte o ścianę gdy tłumaczy "drogiemu Willowi", że dobrze jest być Bogiem, bo Bóg zawsze wygrywa. Jest coś w Coxie, może to barwa głosu, albo rodzaj spojrzenia... w każdym razie nie jesteśmy pewni, co ten człowiek zrobiłby, gdyby choć przez moment znalazł się po drugiej stronie krat. Ciarki chodzą po plecach. Są też w "Łowcy" rzeczy, dzięki którym czas dobrze obszedł się z tym filmem, to przede wszystkim przepiękne zdjęcia i muzyka niekoniecznie typowa, może oprócz końcowej piosenki w jednej z wersji filmu (a wersja, którą możemy w Polsce obejrzeć na DVD nie jest wersją jedyną!). Pozostali aktorzy są naprawdę dobrzy -wyróżnia się szczególnie Joan Allen i Tom Noonan grający Szczerbatą Lalę. Ja osobiście lubię też Farinę, choć w tym obrazie, nie zachwyca. Z innych rzeczy wartych zauważenia, motyw oceanu, często pojawiający się u Manna, tutaj pięknie wkomponowuje się w historię. Film nie epatuje brutalnością, jest raczej oniryczny, czasem przypomina marzenia jakie mamy na granicy snu i jawy, dzięki temu urzeka. Może większość z polskich widzów nie wie, ale są takie miejsca na świecie i są tacy ludzie, dla których jest to film kultowy. Na niektórych portalach filmowych młodzi ludzie udowadniają wyższość wersji z 1986 roku nad wersją z roku 2002 i vice versa. Prawdziwie dobre kino się nie starzeje, więc może i u nas ktoś kiedyś przypomni sobie o tej perełce i umieści ją na jakiejś liście "naj". Miło mi będzie wtedy zakomunikować komuś, że ja od pierwszego wejrzenia wiedziałam, że to jest dobry film.
1106
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Udostępnij
Facebook
X
Udostępnij
Skopiuj link
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Dodaj Filmweb jako preferowane źródło w Google
Częściej zobaczysz nasze artykuły w wynikach wyszukiwania.