Recenzja filmu Gwiezdne wojny: Część I - Mroczne widmo (1999)
Jacek Rozenek
George Lucas

Lisiomordy

Lucas wykreował skrawek ziemi w kosmosie po prostu po to, by nas przestrzec przed nami samymi. Gwiezdne wojny: z kim? Oczywiście ludzi z ludźmi. Cechą szczególną filmu jest to, że ludzie nie ...
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
Lucas wykreował skrawek ziemi w kosmosie po prostu po to, by nas przestrzec przed nami samymi.

Gwiezdne wojny: z kim? Oczywiście ludzi z ludźmi. Cechą szczególną filmu jest to, że ludzie nie walczą tutaj z Marsjanami czy ze śmiercionośną plazmą, lecz z innymi ludźmi. Kolonizacja kosmiczna rozprzestrzeniła się na wielu planetach, na galaktykach bardzo od siebie odległych. Powstały niezależne społeczności, kierują się różnymi interesami. Nic dziwnego, że zaczęły z sobą walczyć.
A co z kosmitami: czyżby ich w ogóle nie było? Kosmici byli i są, ale niezbyt wojowniczy. Już w pierwszym filmie cyklu (1978) za sterami rakiety kosmicznej, u boku Harrisona Forda zasiadała owłosiona istota przypominająca małpę, imieniem Chewbacca. Później były futrzaki Ewoki i wiele innych.
Lecz oto paradoks: George Lucas i jego ludzie niczego nowego nie wymyślili. Podobne istoty pojawiają się na rysunkach sprzed sześciuset lub ośmiuset lat! W średniowieczu, jeszcze przed epoką wielkich odkryć geograficznych, może w okresie wojen krzyżowych, powstawały opowieści o dalekich krajach i ludach, niektóre wzbogacone były rysunkami. I właśnie tam widzimy podobne istoty: ludzi z głowami zwierząt, ludzi z twarzami na piersiach itp. Takie właśnie były ówczesne wyobrażenia o Afryce czy Azji. Dziś w kosmosie podobnie, Gungan Jar Jar Binks, człowiek z lisim łbem, wygląda dokładnie tak, jakby przywędrował tu ze średniowiecznych rycin. Może decydowały względy praktyczne. Chcąc pokazać kosmitów, Lucas i jego ludzie szukali inspiracji nie w geometrii czy w paleontologii, lecz w przekazach historyczno-mitologicznych.
Ale niewykluczone, że o wyglądzie Gunganów decydowały względy bardziej złożone. "Mroczne widmo" jest filmem sensacyjnym o dramatycznej akcji. Są tu wspaniałe sceny widowiskowe, nie ma natomiast odkrywczej psychologii, nie ma głębokich refleksji moralnych. Stąd łatwy wniosek, że jest to film płaski, pozbawiony inwencji. Czy rzeczywiście? W podtekstach czuje się aluzje historiozoficzne, ściśle umiejscowione w czasie i przestrzeni. One dotyczą Bliskiego Wschodu w okresie wojen krzyżowych. Sugestie zawarte są w owych istotach jakby zaczerpniętych z bestiariuszy, ale także w scenerii, w akcji. Oto dwaj bohaterowie filmu przybywają na planetę Tatooine, dominuje tu bliskowschodni krajobraz i bliskowschodnia architektura. Poszukiwany chłopiec mieszka wraz z samotną matką w osadzie chat z suszonej gliny. Obydwoje są niewolnikami, ich właściciel, dziwaczny człowiek-komar, wygląda trochę tak, jak osiemset lat temu mógł wyglądać handlarz chrześcijańskich niewolników.
Sens zabiegu jest oczywisty: dawna ekspansja bliskowschodnia ma nam objaśnić przyszłą ekspansję kosmiczną. W XI wieku Europa osiągnęła pewną równowagą gospodarczą, administracyjną, kulturową, militarną. Wyprawy krzyżowe były irracjonalną eksplozją, której wielu ludzi nie chciało, ale której nie udało się powstrzymać. Wzorce polityczne i militarne, które nieźle funkcjonowały w Europie, zostały poddane morderczej próbie w nowych warunkach klimatycznych - i często okazywały się zawodne. Ludzie poprzednio uczciwi okazywali się łajdakami. By zapobiec ogólnemu rozprzężeniu, krzyżowcy stworzyli specjalną formację rycerzy-duchownych, którzy kunszt walki i osobistą dzielność potrafili połączyć z najwyższymi ideałami moralnymi i duchowymi.
Wyobraźmy sobie teraz taką oto sytuację: wojny krzyżowe nie skończyły się jednoznaczną klęską, Saladyn nie zdobył Świętego Miasta w roku 1187, jego wojska zostały rozbite i odepchnięte. Mamy rok 1300 lub 1400, Królestwo Jerozolimy istnieje nadal , na jego straży stoją zamki obronne zbudowane między Morzem Śródziemnym a Zatoką Perską. Łączność między zamkami jest utrudniona, ich dowódcy ulegają marzeniom o władzy absolutnej. Co wtedy? Otóż właśnie taką sytuację, tyle że ubraną w kostium futurystyczno-kosmicz-ny, pokazuje "Mroczne widmo". Dawne ideały, dawne struktury organizacyjne uległy erozji. Degrengolada dotarła nawet do zakonów rycerskich, część wojowników-
-duchownych przyjęła ideały satanistyczne. Czyż nie o to oskarżano templariuszy? Więc tu będzie jeszcze gorzej, buntownicy chcą stworzyć swoje własne antypaństwo. Prawowierni zakonnicy-rycerze Jedi próbują cementować rozpadające się królestwo, ale nade wszystko walczą z herezją. Zadanie najważniejsze to znaleźć kogoś, kto poprowadziłby w przyszłości zakon do walki z antyzakonem buntowników. Taki ktoś zostaje znaleziony. Ma cztery lata, ujawnia niezwykłe właściwości psychiczne. Jego matka twierdzi, że chłopiec urodził się w wyniku niepokalanego poczęcia. Czyżby Anakin Skywalker był przyszłym Mesjaszem? Ale już teraz pojawiają się sugestie, że Anakin w przyszłości przyłączy się do satanistów. Gdyby tak się miało stać, "Gwiezdne wojny" pokazywałyby najstraszniejszą katastrofę, jaką można sobie wyobrazić.
Opowieść robi wrażenie właśnie przez swe nawiązania do topografii Ziemi Świętej. Mawia się, że tamten skrawek lądu jest znany z tego, iż Opatrzność (w filmie: Moc) zstępuje z wysokości i daje o sobie znać ludziom. Lucas wykreował podobny skrawek ziemi w kosmosie. Po co? Może po to, by pokazać wszystkie pro i kontra ekspansji kosmicznej. A może po prostu po to, by nas przestrzec przed nami samymi. Zabawne, że jednym z kluczy do takiej interpretacji filmu jest lisiomordy Binks.

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 28% uznało tę recenzję za pomocną (53 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (6)

zobacz wszystkie