Dawno temu, w państwie położonym na Półwyspie Bałkańskim, powstał film, który wywołał kontrowersje na całym świecie. Zakazany w wielu krajach m.in. Australia, Brazylia, Norwegia. Mowa tu o
Dawno temu, w państwie położonym na Półwyspie Bałkańskim, powstał film, który wywołał kontrowersje na całym świecie. Zakazany w wielu krajach m.in. Australia, Brazylia, Norwegia. Mowa tu o "Serbskim filmie", kto widział ten wie, na jak długo zostaje w pamięci widza. Obraz traktujący o byłym gwiazdorze filmów dla dorosłych, który dostaje intratną propozycję zagrania w dziele, jakiego świat nie widział, narobił sporo zamieszania. Na tyle dużego, że twórcy (Srdjan Spasojević i Aleksandar RadivojevićAleksandar Radivojević) zostali zepchnięci na margines kultury. Nie dostali pieniędzy na kolejne filmy. Ich kariery stanęły w miejscu.
Obraz niepokojący i na pewno wyróżniający się na rynku horroru i thrillera, szczególnie dla widza przyzwyczajonego do obrazów z fabryki snów. Fabuła to nic skomplikowanego. Ot, piękny jesienny dzień, Jelena (Jelena Djokic) miło spędza czas w parku, ciesząc się ze swojego błogosławionego stanu, co biorąc pod uwagę jej zaawansowany wiek, stanowi powód do wzmożonej radości. Dostaje telefon z nieznajomego numeru. Tajemniczy głos przedstawia się jako "kreator" i od tego momentu życie Jeleny zamienia się w koszmar. Czego tu nie ma?!
Jest uderzenie w korporacje, w nasz konsumpcjonizm, w świat social mediów, obrywa się influencerom, taksówkarzom, policjantom, gangsterom, lekarzom, właściwie to wszystkim po trochu. Myślę, że to nie fabuła jednak jest najważniejsza, bo film można traktować jako zlepek scen, zadań, które czekają Jelenę, aby uratowała swoje nienarodzone dziecko.
Momentami jest brutalnie i to bardzo, ale raczej siła filmu nie polega na scenach gore, a brzydocie, brutalności i okrutności ludzkiej. Sam Radivojević, podczas rozmowy po premierze filmu w Polsce (na festiwalu SplatFilm Fest), stwierdził, że to chyba słowiańska dusza odpowiada za taki mrok i nihilzm, niepozbawiony przy tym sporej dawki czarnego humoru. Taki film, nie mógłby powstać na Zachodzie. I ja się z tym zgadzam. Belgrad ongiś naznaczony komunizmem i wojną został wchłonięty przez dziki kapitalizm, tym samym zamieszkany przez ludzi, którzy nie mogą się w tym odnaleźć.
"Karmadonna" to opowieść, którą reżyser próbuje sprzedać jako metafizyczny thriller o konsekwencjach ludzkich wyborów. Niestety im dalej w metafizykę, tym gorzej. Wmieszanie we wszystko Buddy, jakoś do mnie nie trafiło.
Film jest ciekawy przez jakieś 90 minut, ale ostatnie pół godziny mocno zaniża odbiór. Od strony technicznej jest ciekawie. Film został specyficznie nakręcony, w stylu dzieł Andrzeja Żuławskiego, na którego zresztą powołał się Radivojević. Bohaterowie wciąż pozostają w ruchu, a kamera podąża wokół nich w szaleńczym tańcu. Reżyser na pokazie wspomniał, że nie było mu łatwo znaleźć operatora, który dorówna Andrzejowi Jaroszewiczowi. I nie dorównał, ale widać, że chłop się starał.
Oglądając "Karmadonnę" myślałem o "Diable" i "Opętaniu". Fascynacja serbskiego twórcy Żuławskim biła z ekranu. Niestety nie jest to poziom wspomnianych filmów. "Karmadonna" to film, który chce być mądry, głęboki i duchowo wyzwalający, ale częściej jest pompatyczny, zagadany i trochę zmęczony własną powagą, mimo sporej dawki humoru. Film nie jest jakimś przełomowym obrazem, ale i tak jednym z ciekawszych, jakie widziałem w ciągu ostatnich lat. Warto przekonać się samemu. Mam nadzieję, że Aleksandar Radivojević dostanie kolejną szansę na nakręcenie filmu, bo czuję, że twórca ma jeszcze dużo do zaoferowania widzowi.