Recenzja filmu

Księga ocalenia (2010)
Albert Hughes
Allen Hughes
Denzel Washington
Gary Oldman

Ewangelia zagłady

Denzel Washington jest fajny nawet wtedy, gdy wygląda jak nieogolony menel z Dworca Centralnego. W "Księdze ocalenia" hollywoodzki gwiazdor przemierza bezkresne obszary Stanów Zjednoczonych po ...
Denzel Washington jest fajny nawet wtedy, gdy wygląda jak nieogolony menel z Dworca Centralnego. W "Księdze ocalenia" hollywoodzki gwiazdor przemierza bezkresne obszary Stanów Zjednoczonych po przejściu apokalipsy. Gdzie nie spojrzy, widzi tylko spaloną słońcem "ziemię jałową" i trupy. Żywi, których spotyka  na swojej drodze, są zazwyczaj kanibalami. Ale Denzel ma maczetę i umie zrobić z niej użytek. Wieczorami zapuszcza sobie z Ipoda (a jakże, jedyne elektroniczne urządzenie zdolne przetrwać każdą zagładę!) piosenki o miłości i czyta tytułową księgę. To ona wlewa w jego poczciwe serduszko nadzieję i napędza do dalszego działania.

Nie powiem, film braci Hughes ma niezły początek – intrygujący, sugestywny i ciekawy wizualnie.    Dopóki główny bohater krąży po zgliszczach cywilizacji, "Księga ocalenia" przypomina skrzyżowanie "Mad Maksa" ze "Stalkerem". Szlachetne konotacje zostają jednak spłukane w kiblu  dewocji w momencie, gdy Eli trafia do miasteczka rządzonego twardą ręką przez niejakiego Carnegiego (Oldman). Tenże osobnik pragnie za wszelką cenę zdobyć będącą w posiadaniu naszego podróżnika książkę i za jej pomocą posiąść władzę nad umysłami tłumu. Bełkotliwe dysputy z pogranicza teologii i zarządzania zasobami ludzkimi wysysają z filmu całą energię, czyniąc z niego wyrafinowaną niczym klucz francuski propagandę  chrześcijańską. Gdybym nie wiedział, że producentem obrazu był Joel Silver ("Matrix", "Szklana pułapka"), jako źródło finansowania obstawiałbym raczej organizacje pokazywane w  głośnym "Obozie Jezusa".

Twórcy czynią z Eliego wojującego proroka, który przed anihilacją świata pracował w hipermarkecie. Gdy jednak Pan zlecił mu misję, prostaczek stał się ostatnim głosem prawdziwej wiary. Zaiste, potrzeba boskiej interwencji, aby nie wyjść z tego filmu po dwudziestu minutach. Ciągnie się on jak najnudniejsze rekolekcyjne kazanie, a w dodatku  cierpi na permanentny niedobór akcji. Erupcje przemocy zdarzają się rzadko i nie robią większego wrażenia. Wyreżyserowano je chyba na autopilocie znalezionym w wypożyczalni kaset przy stoisku z niskobudżetowym kinem klasy B.

Gdyby chociaż Hughesowie potrafili wykrzesać z fabuły odrobinę zbawiennej ironii... A gdzie tam! Poza dwoma autentycznie zabawnymi fragmentami "Księga" pisana jest wyłącznie nadętym językiem  surowych dogmatyków religijnych. Nie wiem, co w tym wszystkim robią Washington i Oldman, ale skoro kręcą ich mistyczne klimaty, to krzyż na drogę.
1 10
Moja ocena:
2
Łukasz Muszyński
Zastępca redaktora naczelnego Filmwebu. Stały współpracownik radiowej Czwórki. O kinie opowiada regularnie także w TVN, TVN24, Polsacie i Polsacie News. Autor oraz współgospodarz cyklu "Movie się",... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
24% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (1086 głosów).
Udostępnij:
Nie podlega dyskusji, że w światowej kinematografii panuje ostatnio moda na apokaliptyczne klimaty. Wystarczy podać przykłady takich filmów jak "Jestem legendą", czy ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 76%
Czy film, w którym już na wstępie do akcji wchodzi piła mechaniczna, może być zły? To pytanie zadałem sobie podczas pokazu najnowszego filmubraci Hughes. Wiem, że dla ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 45%