Recenzja filmu Kursk (2018)
Thomas Vinterberg

Zostawcie K-141, nie wyciągajcie go

Ta wstrząsająca historia mogłaby posłużyć za kanwę mocnego dramatu psychologicznego, na co nadzieję dawało nazwisko reżysera. Bo kto, jeśli nie Thomas Vinterberg, który zapisał się w pamięci ...
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
  • recenzja kinowa Kursk (2018)
Po tym jak w sierpniu 2000 roku zatonął atomowy okręt podwodny K-141 Kursk, oczy całego świata skierowały się na Rosję. Zwlekając z przyjęciem pomocy oferowanej m.in. przez Wielką Brytanię i Norwegię, władze Kremla skazały bowiem na śmierć 23 marynarzy uwięzionych na wraku. Ci spośród ponad stuosobowej załogi, którzy jakimś cudem przetrwali katastrofę spowodowaną wybuchem torpedy, zginęli więc w zderzeniu z bezduszną, zbiurokratyzowaną machiną. Jej priorytetem nie było bowiem ratowanie życia, lecz utrzymanie iluzji silnego, niezależnego państwa oraz zachowanie w tajemnicy technologii militarnej. W ciągu tygodnia poprzedzającego zejście ekipy ratunkowej na dno Morza Barentsa wszyscy wstrzymywali oddech w oczekiwaniu na wieści, czy z Kurska dochodzą odgłosy mogące świadczyć o tym, że na pokładzie nadal znajdują się żywi ludzie. Pozbawieni łączności radiowej żołnierze mogli jedynie stukać w kadłub, licząc, że ktoś ich usłyszy. 

photo.title

Ta wstrząsająca historia mogłaby posłużyć za kanwę mocnego dramatu psychologicznego, na co nadzieję dawało nazwisko reżysera. Bo kto, jeśli nie Thomas Vinterberg, który zapisał się w pamięci widzów i krytyków jako autor wnikliwych portretów wewnętrznych swoich bohaterów, zdołałby udźwignąć tak trudny temat, unikając mielizn w postaci nadmiernego melodramatyzmu czy patosu. Klaustrofobiczna atmosfera, dodatkowo zagęszczona przez poczucie bezradności wobec nieuchronnej tragedii, jawiła się jako doskonały punkt wyjścia dla pokazania ludzi w sytuacji ekstremalnej – zdających sobie sprawę z ograniczonych zasobów żywności i powietrza, starających się nie zamarznąć, biernie czekając na odsiecz z zewnątrz. Niestety, wrażliwość twórcy "Polowania" przegrała starcie z wizją producenta. Luc Besson robi bowiem wszystko, aby "Kursk" zatonął pod ciężarem sztampowych rozwiązań fabularnych i ckliwych, ocierających się o kicz zabiegów stylistycznych (dzieci biegnące, by pomachać na pożegnanie wypływającej z portu łodzi i cerkiewny chór ilustrujący śmierć żołnierzy).

Podobnie jak Michael Cimino w głośnym "Łowcy jeleni" realizatorzy symbolicznie wpisują tragiczne wydarzenia między wesele a pogrzeb. O ile jednak laureat Oscara za najlepszy film roku 1978 rozliczał się z wojną wietnamską, skupiając się na wyborach moralnych bohaterów, o tyle "Kursk" jest przede wszystkim oskarżeniem wymierzonym w pozbawionych empatii biurokratów nieliczących się ani z międzynarodową opinią, ani z rodzinami ofiar błagającymi, by ich mężowie, synowie i ojcowie wrócili bezpiecznie do domu. Zabrakło tu miejsca na zniuansowanie postaci, gdyż wszystkie funkcjonują jako schematyczne figury reprezentujące ścierające się w nierównej walce strony Dobra i Zła: szlachetny kontradmirał brytyjskiej marynarki (Colin Firth) i zrozpaczona żona gotowa zarzucić władzom kłamstwo (Léa Seydoux) kontra cyniczny wysoko postawiony urzędnik państwowy, którego jedno słowo mogłoby zmienić bieg historii (Max von Sydow).

photo.title

Wydaje się, że "Kurskowi" mocno zaszkodziło też zakwalifikowanie go do kategorii wiekowej PG-13. Chcąc dostosować historię do wymagań młodszego odbiorcy, twórcy nadmiernie ją wygładzili, koniec końców nie dając sobie szansy ani na naturalistyczne ukazanie dramatu tragicznie zmarłych marynarzy, ani na pogłębioną analizę polityki Kremla. Na ironię zakrawa fakt, że opowieść będąca narodową traumą Rosjan, porównywalną do 9/11 lub katastrofy TU-154 pod Smoleńskiem, została zrealizowana w amerykańskim stylu z mówiącymi po angielsku aktorami. Wszystko to sprawia, że "Kursk" można śmiało porównać do "Titanica". Nie mam jednak na myśli monumentalnego dzieła Jamesa Camerona, lecz starszą o rok produkcję telewizyjną, na którą swego czasu często można było trafić na pewnej stacji w niedzielne przedpołudnie. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 44% uznało tę recenzję za pomocną (125 głosów).
Ewelina Leszczyńska
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni