Recenzja filmu

Life (2017)
Daniel Espinosa
Jake Gyllenhaal
Rebecca Ferguson

Dryfując przez galaktykę

W "Life" Daniel Espinosa miesza "Obcego" z "Grawitacją", a całość inkrustuje scenami podpatrzonymi w "2001: Odysei kosmicznej" Kubricka. I choć chciałoby się powiedzieć, że z owych zapożyczeń ...
W "Life" Daniel Espinosa miesza "Obcego" z "Grawitacją", a całość inkrustuje scenami podpatrzonymi w "2001: Odysei kosmicznej" Kubricka. I choć chciałoby się powiedzieć, że z owych zapożyczeń tworzy autorską opowieść, jest zgoła inaczej."Life"to zaledwie kalka klasycznych filmów s-f - zrealizowana sprawnie, ale mało przekonująca.


Po kilku skromnych jak na hollywoodzkie standardy obrazach szwedzki reżyser otrzymał szansę zrealizowania dużej, gatunkowej produkcji. W"Life"Espinosa wygląda jak żeglarz, który zbyt szybko przesiadł się na wielką fregatę i przez brak doświadczenia nie potrafi wyprowadzić jej z dryfu. Opowiadana przez niego historia kosmonautów odkrywających ślady życia na Marsie, zapewne obroniłaby się jako thriller s-f, ale Szwed próbuje udawać, że jest ona czymś więcej niż efektowną powtórką z rozrywki.

Tymczasem w"Life"nawet aktorzy cytują samych siebie. Choćby Ryan Reynolds wcielający się w dowcipnisia o szczerym sercu, czyli kosmiczną inkarnacjęDeadpoola. Na drugim biegunie staje Jake Gyllenhaal, ze swoim neurotyzmem i aparycją smutnego spaniela, a Hiroyuki Sanada wnosi na ekran szlachetność, przez którą nawet w kosmicznym skafandrze wygląda na najbardziej honorowego samuraja w całej galaktyce.



Każdy z nich ma własną energię i prawdę, a ich postaci – choć naszkicowane pobieżnie – zbudowano zgodnie z prawidłami sztuki. Znamy stawki, o które walczą, rozumiemy ich decyzje i podzielamy lęki. Espinosa opowiada na tyle klarownie, że po chwili wiemy już, że Japończyk Sho ma dla kogo żyć, a smutny bohater Gyllenhaala – wprost przeciwnie. Wiemy, co kieruje czarnoskórym doktorem (Ariyon Bakare) i jakim typem człowieka jest trefniś grany przez Reynoldsa.

I tu dochodzimy do dość tajemniczej kwestii – otóż spośród sześcioosobowej załogi tylko czterech męskich bohaterów otrzymało od scenarzystów własne osobowości i prywatne historie. Na ich tle kobiece postaci wypadają słabo – okazują się jedynie marionetkami wypełniającymi zadania zgodnie z filmowym protokołem. I nie jest to kwestia obsadowych pomyłek (zarówno Rebecca Ferguson jak i Olga Dykhovichnaya mają dużą ekranową siłę), ale decyzja scenarzystów, którzy z niewiadomych powodów skupili się wyłącznie na męskich bohaterach.


Skoro już mowa o scenarzystach - Rhett Reese i Paul Wernick w"Life"robią wszystko, żeby udowodnić, że zasłużyli na każdego dolara ze swojej gaży. W filmie Espinosy dzieje się dużo i efektownie – bohaterowie co i rusz muszą mierzyć się z kolejnymi przeszkodami, a po ich pokonaniu czekają na nich kolejne i kolejne. Perypetii jest tu zatrzęsienie, a po ospałym początku film zaczyna pędzić z prędkością kolejki górskiej.

I choć podczas seansu"Life"nuda nam nie grozi, zamiast niej pojawia się znużenie wywołane nadmiarem akcji i jej przewidywalnością. Bo filmowa dramaturgia z czasem staje się zbyt mechaniczna, a opowieści brakuje twistu, który nadałby tej opowieści nową energię."Life"okazuje się bowiem obrazem na wskroś wtórnym. Próbuje być zarazem horrorem i filozoficznym science-fiction, ale na żadnym z pól nie potrafi wybić się na artystyczną i intelektualną niepodległość.
1 10
Moja ocena:
6
Bartosz Staszczyszyn
Rocznik '83. Krytyk filmowy i literacki, dziennikarz. Ukończył filmoznawstwo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Współpracownik "Tygodnika Powszechnego" i miesięcznika "Film". Publikował m.in. w... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
52% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (361 głosów).
Udostępnij:
Tematyka życia pozaziemskiego, które nie jest przyjaźnie nastawione do ludzkości, nie wydaje się niczym nowym w kinie. Oglądaliśmy tego typu historie w przeróżnym ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 70%