Recenzja filmu Marianne i Leonard: Słowa miłości (2019)
Nick Broomfield

Kobieta w cieniu przeboju

Muza - nieuchwytna, efemeryczna rola, która na kartach historii przypisywana była prawie wyłącznie kobietom. Choć bez wątpienia była to pozycja uprzywilejowana, to muza warta była zawsze tyle, ...
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
"I was some kind of gypsy boy / before I let you take me home", śpiewa Leonard Cohen w jednym ze swoich najpopularniejszych przebojów, "So Long, Marianne". Utwór poświęcony jest właśnie tytułowej Marianne Ihlen, wieloletniej partnerce i muzie artysty. Niestety, tak jak w prawdziwym życiu, kobieta pozostaje w cieniu piosenkarza i jego muzycznego dorobku, który zainspirowała.

Muza - nieuchwytna, efemeryczna rola, która na kartach historii przypisywana była prawie wyłącznie kobietom. Choć bez wątpienia była to pozycja uprzywilejowana, to muza warta była zawsze tyle, ile jej artysta. Reżyser dokumentu "Marianne i Leonard: Słowa miłości" podąża niestety tym tropem, portretując Marianne jedynie w odniesieniu do jej relacji z Cohenem. Choć tytuł sugeruje wydobycie kobiety z cienia artysty i stawia ją na pierwszym miejscu, Nickowi Broomfieldowi nie udaje się namalować jej przekonującego portretu - pomimo faktu, że reżyser sam pozostawał z kobietą w intymnym związku (Ihlen przedstawiła mu także muzykę Cohena). W filmie czuć znaczącą asymetrię narracji, a po krótkim przedstawieniu obu postaci i początku ich miłości (niestety bardzo chaotycznym), dokument skupia się na śledzeniu losów i kariery Leonarda.

Reżyser nie dociera poza utarte ścieżki, nie eksploruje tego, co w tej relacji najciekawsze: emocji kobiety, która potrafiła wzniecić twórczy ogień i nie wahała się poświęcić dla tej miłości swoich ambicji i planów; która zostawiała syna pod opieką szkół z internatem i znajomych, by móc podążać za ukochanym do Londynu, Montrealu i Nowego Jorku. Jakby z reporterskiego obowiązku, w jednym zdaniu, Broomfield wspomina o aborcji, na którą zdecydowała się Marianne, ale nie kłopocze się, by dociec powodów, które pchnęły ją do tej decyzji, ani emocji, jakie jej towarzyszyły. Pomimo niezaprzeczalnego magnetyzmu, jakim epatowała Norweżka - co widać już w pierwszych kadrach, kiedy ją poznajemy, Ihlen pozostaje fascynująca tajemnicą, a sposób, w jaki się porusza, poprawia włosy, śmieje do kamery i patrzy na Cohena to tylko atrakcyjne atrybuty jej powierzchowności, w których nie udaje się zamknąć bogatej osobowości artystki. Portret wieloletniej partnerki i muzy Cohena zostaje rozproszony jak promienie słońca załamujące się w tafli wody na greckiej lagunie - postać Marianne skrzy się i migocze, ale pozostaje nieuchwytna.

Gdy opowieść zaczyna wreszcie nabierać wyraźnych ram czasowych, pokazywać upływ czasu i logiczną konsekwencję działań bohaterów, figura Marianne zupełnie traci ostrość i rozmywa się w życiorysie Cohena. Pomimo pięknego muzycznego motywu, który cyklicznie powraca w filmie, kobieta staje się w życiu artysty raczej wielką nieobecną. Rzekomo liczne powroty Leonarda do kochanki, na idylliczną grecką wyspę, gdzie się poznali, nie znajdują swojego odzwierciedlenia w narracji, a widzowie nawet przez dziurkę od klucza nie mogą zajrzeć w głąb intymnych zakamarków ich greckiego mikrokosmosu.

O ile Broomfieldowi nie udaje się namalować poruszającego portretu relacji, świetnie przedstawia realia epoki dzieci kwiatów. Wolna miłość, otwarte związki, zalewająca kadry nagość, deklaratywny powrót do natury, eksperymentowanie z używkami - bez wątpienia czasy młodości Cohena wpłynęły na jego wybory, twórczość i dorobek artystyczny, co reżyserowi sprawnie udaje się wpisać w życiorys piosenkarza.

Niestety środki artystycznego wyrazu pozostają daleko w tyle za łamaniem obyczajowych stereotypów. Dokumentalista wybiera bezpieczną, staromodną perspektywę komentarza zza kadru i "gadających głów", co sprawia, że obraz jest sztampowy w kompozycji i nudny w odbiorze. W porównaniu do poetyckich tekstów Cohena, jego głosu o gęstości miodu, zmysłowo wtórujących mu kobiecych sopranów i romantycznym akompaniamencie gitary, efekty pracy twórczej Broomfielda wypadają po prostu blado.

Prawdziwie poruszający finał historii - spotkanie byłych kochanków na koncercie Cohena w Oslo niedługo przed śmiercią obojga z nich - to jedyny moment, w którym czuć autentyczne emocje, zupełnie jakby nuty "Dance Me to the End of Love" zostały gładko przetłumaczone na język filmu. To jednak zbyt mało, by zatuszować brak artystycznej wizji i niewystarczającą przenikliwość spojrzenia twórców. Ten melorecytujący głos, pokryty na starość szczypiącą w uszy korozją, który porywał tłumy i potrafił uwieść każdą kobietę, zasługuje na coś znacznie lepszego. Tak jak i kobieta, o której śpiewał najpiękniej w swojej karierze.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (3 głosy).
Patrycja Calińska
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni