Recenzja filmu

Matrix (1999)
Lilly Wachowski
Lana Wachowski
Keanu Reeves
Laurence Fishburne

Tropem Białego Królika

Bracia Wachowscy doskonale wiedzą, co robią. Nie wskazują nowych ścieżek, ale z chaosu czynią cnotę. Początek dobry: ścigany przez tajemniczych prześladowców uciekinier otrzymuje enigmatyczną ...
Bracia Wachowscy doskonale wiedzą, co robią. Nie wskazują nowych ścieżek, ale z chaosu czynią cnotę. Początek dobry: ścigany przez tajemniczych prześladowców uciekinier otrzymuje enigmatyczną wskazówkę, że powinien iść tropem Białego Królika. Tatuaż z Białym Królikiem dostrzega na ramieniu dziewczyny, rusza więc za nią. Każdy, kto choć trochę zna przygody Alicji w krainie czarów, wie, co kryje królicza nora. Najpierw droga jest prosta, nieoczekiwanie jednak otwiera się w niej studnia bez dna. Nie ma odwrotu. Czy ten upadek nigdy się nie skończy? pyta samą siebie spadająca Alicja. Odpowiedź, jaką przynosi film "Matrix", brzmi: nigdy.

Widz ma wrażenie uczestnictwa w jakiejś halucynacyjnej, narkotycznej podróży, w trakcie której w pulsującym rytmie zmienia się tylko otoczenie, ale nie ma dna, nie ma ostatecznego celu. Realizatorzy filmu, bracia Andy i Larry Wachowscy, to nowe nazwisko w kinie, nie ulega jednak wątpliwości, że wiedzą, co robią. Świadomi są niepewności panującej dziś w gatunku SF i potrafią ją wykorzystać. Ich błyskotliwy film nie proponuje rozwiązań i nie wskazuje nowych ścieżek. Ale z chaosu czyni cnotę. Chaos, poczucie niepewności potraktowane zostają jako ideologia. Trzeba się więc do niej jakoś dostosować. Mamy więc w filmie wizję życia na Ziemi, które zatrzymało się na poziomie 1999 roku. Nie wiadomo, jak dawno, nie jest to zresztą istotne. Ludzie żyją złudzeniem życia, w istocie jednak są tylko żerem dla zaborczej kosmicznej inteligencji. Są ofiarami skazanymi na eksterminację. Istnieją jednak jednostki świadome sytuacji, i to one tworzą punkt oporu. Właśnie do takiego punktu trafi tropem wytatuowanego Białego Królika Thomas, w zwyczajnym życiu urzędnik komputerowej korporacji, obdarzony jednak zdolnościami, z których nie zdaje sobie sprawy. Można powiedzieć, że treścią filmu jest proces narastania jego świadomości, inaczej mówiąc, podróż mentalna prowadząca do przebudzenia, które bynajmniej nie będzie jej kresem, lecz początkiem czegoś nowego.

Sugeruje się, że bohater jest Tym Oczekiwanym, który przyjdzie i przebudzi także świat. Oczywiście, w gatunkowej formule filmu z gwiazdorem tkwi pułapka. Skoro skromnego urzędnika gra Keanu Reeves, wiadomo, że nie będzie niespodzianki, że po drodze nie pojawi się nikt nowy i że wszelkie wątpliwości samego bohatera co do jego mesjanistycznej roli zostaną w końcu przełamane. Tak naprawdę dramaturgia wydarzeń jest pozorna, z wynikiem z góry przesądzonym i widz może wzruszyć ramionami: po co się nam zawraca głowę i udaje wielką radość z powodu oczywistego końca. Realizatorzy filmu niczego jednak nie udają i braciom Wachowskim pogratulować trzeba odwagi. To, co proponują, jest pewnego rodzaju rytuałem. Owszem, jego przebieg wyznaczony został konwencją, ale kolejne etapy rozgrywają się w sposób zaskakujący. Na ekranie toczy się więc błyskotliwa gra elementami, które wyznaczają nasze dzisiejsze pojmowanie gatunku. Dynamicznie pokazany świat jest w gruncie rzeczy eklektyczny, dobrze znany we wszystkich swoich składnikach - poczynając od naznaczonego destrukcją miasta-molocha z "Łowcy androidów", po bazę buntowników przypominającą ciasne kabiny kosmiczne z "Obcego". Groteskowo złowrodzy agenci kontrolujący funkcjonowanie Matriksa nie zdejmują ciemnych okularów niczym Faceci w Czerni, strzelaniny mają intensywność huraganu, chociaż kule nie imają się walczących, a kulminacją jest pojedynek karateków stylizowany na fantastyczny balet, krwawy i piękny, z fruwaniem w powietrzu.

Lewis Carroll, wiktoriański autor powieści o Alicji, wiedział, że jama Białego Królika jest bramą otwierającą krainę snu, w której rządzi podświadomość. Bracia Wachowscy oddają mu hołd, obdarzając czarnoskórego wodza buntowników imieniem Morfeusz. Ale w filmie SF dzisiaj tamto pojęcie podświadomości jest już cokolwiek muzealne. Sen generuje teraz rzeczywistość wirtualną, w której toczy się rozgrywka o nasze przetrwanie. Czy mamy szanse? Pozaziemscy przeciwnicy w "Matriksie" traktują ludzkość jako zarazę, która wyniszcza swoje środowisko i usiłuje przenieść się dalej. Chorobie trzeba więc położyć kres, to okrutne, ale logiczne. Podobny argument odnaleźć można w prologu "Terminatora", powtarza się też w "Wirusie" i paru innych filmach. Coś to chyba znaczy. Gatunek SF bywa poligonem zaskakująco rozsądnego myślenia wyłaniającego się spod wątpliwych paradoksów i prowokacji nie najwyższego lotu. Temu zawdzięcza swoją żywotność. "Matrix" z całą pewnością mieści się w tej grupie.
1 10 6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
48% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (31 głosów).
Udostępnij:
Wyobraźcie sobie sen tak prawdziwy, że wydaje się Wam rzeczywistością. Wyobraźcie sobie efekty specjalne tak realistyczne, że zaczynacie się zastanawiać, co jest jawą, a ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 90%
Można patrzeć na "Matrixa" i odbierać go jako znakomite kino akcji z kultowymi pojedynkami i przełomowymi efektami wizualnymi, z drugiej zaś strony można docenić temat, ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 68%