"Michael" zaczyna się jak historia chłopaka, który za wcześnie odkrył, że jego talent może być jednocześnie przepustką do wielkości i więzieniem. Z czasem jednak coraz mniej interesuje nas to, co
"Michael" zaczyna się jak historia chłopaka, który za wcześnie odkrył, że jego talent może być jednocześnie przepustką do wielkości i więzieniem. Z czasem jednak coraz mniej interesuje nas to, co dzieje się w głowie Michaela Jacksona, a coraz bardziej to, co dzieje się na scenie. Kolejne przeboje, występy, choreografie i obrazy, które znamy z popkultury, układają się w efektowną podróż przez narodziny jednej z największych gwiazd XX wieku. Film ma rytm, energię i momenty, w których trudno oderwać wzrok od ekranu. Problem w tym, że kiedy muzyka cichnie, zaczyna być widać, jak wiele historii zostało tu tylko muśniętych.
Film otwiera się w Gary w stanie Indiana, gdzie kilkuletni Michael wraz z braćmi występuje jako część Jackson 5. Najważniejszą postacią pierwszej części filmu jest jednak nie sam Michael, lecz jego ojciec Joe Jackson. Surowy, wymagający, momentami brutalny ojciec buduje z dzieci muzyczną maszynę, która ma wydostać rodzinę z biedy. Michael szybko okazuje się kimś wyjątkowym. Ma głos, niezwykłą wrażliwość rytmiczną i coś, czego nie da się nauczyć – naturalną zdolność przyciągania uwagi.
Film dobrze pokazuje moment, w którym dziecko zaczyna rozumieć, że jego talent jest jednocześnie jego więzieniem. Michael odnosi sukces, ale coraz bardziej oddala się od normalnego dzieciństwa. Z czasem dochodzi do konfliktu z ojcem, a młody artysta zaczyna walczyć o własną karierę. To właśnie przejście od Jackson 5 do Michaela Jacksona jako solowego artysty stanowi jeden z głównych tematów filmu.
Potem zaczyna się właściwy spektakl.
"Off the Wall", "Thriller", "Beat It", "Billie Jean", „Motown 25”, słynny moonwalk, teledysk do "Thrillera" – film właściwie przelatuje przez kolejne momenty, które zmieniły historię muzyki popularnej. Niektóre sceny zostały odtworzone z taką dbałością o szczegóły, że trudno oprzeć się wrażeniu, iż oglądamy nie film fabularny, lecz rekonstrukcję popkulturowych wspomnień.
Najlepiej wypadają właśnie te fragmenty. Jaafar Jackson, prywatnie bratanek Michaela, w scenach muzycznych potrafi niemal całkowicie zniknąć za postacią wuja. Moonwalk, sposób poruszania się, charakterystyczne gesty – tutaj "Michael" osiąga poziom, którego trudno nie docenić. Jaafar nie musi nawet niczego mówić. Wystarczy, że zaczyna tańczyć.
Problem w tym, że pomiędzy kolejnymi wielkimi momentami kariery film często nie ma już równie dużo do powiedzenia.
Fuqua próbuje pokazać Michaela również jako człowieka. Pojawia się jego obsesja perfekcji, samotność, presja sławy, relacja z ojcem, zmiany wyglądu, problemy ze zdrowiem, w tym vitiligo, a także poparzenie podczas kręcenia reklamy Pepsi w 1984 roku. Są wizyty w szpitalach i zainteresowanie chorymi dziećmi. Jest również rosnąca potrzeba stworzenia sobie własnego świata, w którym można choć na chwilę uciec od rzeczywistości.
Ale prawie każdy z tych tematów zostaje potraktowany jak kolejny przystanek.
Film mówi: to było ważne. Pokazuje wydarzenie. Następnie przechodzi do następnego. Brakuje natomiast czasu, żeby naprawdę zapytać, co to wydarzenie zrobiło z Michaelem.
To największa słabość "Michaela". W ciągu niewiele ponad dwóch godzin próbuje zmieścić dzieciństwo, Jackson 5, relację z ojcem, karierę solową, najważniejsze występy, przemianę wizerunku i wiele innych elementów. Efekt jest taki, że oglądamy właściwie kolejne największe hity z życia Jacksona, połączone dialogami.
I rzeczywiście ogląda się to jak bardzo dobry teledysk.
Tyle że teledysk nie musi odpowiadać na pytania. Biografia powinna.
Największe pytanie pozostaje zresztą poza ekranem. Film całkowicie pomija wydarzenia, które w rzeczywistości zdefiniowały drugą połowę życia Jacksona. Nie ma oskarżeń z 1993 roku dotyczących molestowania seksualnego dziecka, późniejszego procesu z 2005 roku, w którym Jackson został uniewinniony, ani kolejnych kontrowersji związanych z jego życiem prywatnym. Nie zobaczymy też jego małżeństwa z Lisą Marie Presley, narodzin dzieci, późniejszych problemów finansowych, rozpadu reputacji czy ostatnich lat życia. Film kończy się w 1988 roku, podczas ery "Bad".
To nie jest przypadkowa decyzja konstrukcyjna. Pierwotna wersja filmu miała poruszać również oskarżenia z 1993 roku. Po zmianach produkcyjnych i dokrętkach te fragmenty zostały usunięte, a historia została przesunięta w stronę triumfalnego zakończenia.
I nagle okazuje się, że tytułowy "Michael" jest właściwie opowieścią o Michaelu Jacksonie zanim jego biografia stała się najbardziej skomplikowana.
To szczególnie mocno widać w sposobie przedstawienia jego rodziny. Joe Jackson jest tutaj głównym źródłem konfliktu. To on wywiera presję, to jego metody mają tłumaczyć późniejsze problemy Michaela. Taki zabieg jest dramaturgicznie wygodny: mamy bohatera, mamy przeciwnika, mamy wyzwolenie i późniejszy triumf. Problem polega na tym, że prawdziwe życie Jacksona nie było tak łatwe do uporządkowania.
Podobnie potraktowane zostają inne postacie. Film nie rozwija w znaczącym stopniu relacji Michaela z Quincy Jonesem, mimo że współpraca obu twórców odegrała ogromną rolę w powstaniu "Off the Wall" i "Thrillera". Zaskakująco mało miejsca poświęcono też Janet Jackson, jednej z najważniejszych postaci rodzinnej historii i późniejszej wielkiej gwieździe muzyki. Jej nieobecność w filmie nie jest przypadkowa — Janet nie zdecydowała się uczestniczyć w projekcie, przez co jeden z istotnych elementów historii rodziny Jacksonów pozostaje właściwie poza kadrem.
Najbardziej interesujące jest jednak to, czego film nie robi z samym Michaelem.
Nie próbuje rozstrzygać, kim właściwie był człowiek ukryty za scenicznym wizerunkiem. Nie daje nam jednoznacznego klucza do jego psychiki. Nie rozwija konsekwentnie motywu dzieciństwa, samotności i ucieczki od dorosłości. Zamiast tego często wystarcza mu obraz: Michael siedzi sam, Michael patrzy w lustro, Michael występuje, Michael odnosi sukces.
A przecież właśnie tutaj mogła powstać najciekawsza biografia.
Bo paradoks Jacksona polegał na tym, że im większą osiągał sławę, tym bardziej jego życie wymykało się prostym definicjom. Był jednocześnie genialnym muzykiem, perfekcjonistą, ikoną popkultury i człowiekiem, którego prywatne życie budziło ogromne kontrowersje. "Michael" wybiera przede wszystkim pierwsze dwa elementy.
Dlatego film jest tak łatwy do polubienia – i tak trudny do uznania za kompletny portret człowieka.
Nie można mu odmówić widowiskowości. Muzyka działa. Rekonstrukcje słynnych występów robią wrażenie. Jaafar Jackson jest szczególnie przekonujący wtedy, gdy tańczy. Niektóre sceny mają energię, której brakuje wielu współczesnym biografiom muzyków. W tych momentach rozumiemy, dlaczego Jackson potrafił być dla milionów ludzi kimś więcej niż piosenkarzem.
Ale gdy muzyka cichnie, zostaje poczucie niedosytu.
"Michael" nie jest więc filmem o całym życiu Michaela Jacksona. To film o jego narodzinach jako gwiazdy, o drodze od chłopca z Gary do Króla Popu i o momencie, w którym ten mit osiągnął swoje apogeum. Wszystko, co wydarzyło się później, pozostaje za zamkniętymi drzwiami.
Być może dlatego finał na stadionie w 1988 roku jest tak efektowny. Michael stoi na scenie, tłum reaguje entuzjastycznie, a historia kończy się dokładnie wtedy, gdy legenda jest najczystsza. To piękny obraz. Tylko że widz wie, iż za tym obrazem zaczyna się zupełnie inna historia.
I właśnie ona pozostaje na razie poza kadrem.
Film świetnie pokazuje, dlaczego Michael Jackson stał się legendą. Znacznie gorzej odpowiada na pytanie, kim był człowiek, który za tą legendą stał. Jako muzyczne widowisko – działa znakomicie. Jako biografia – zostawia zdecydowanie zbyt wiele pustych miejsc. Ogląda się go jak świetny teledysk. Szkoda tylko, że po jego zakończeniu chce się zobaczyć film, którego jeszcze nie nakręcono.
110
Moja ocena:
6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Udostępnij
Facebook
X
Udostępnij
Skopiuj link
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Dodaj Filmweb jako preferowane źródło w Google
Częściej zobaczysz nasze artykuły w wynikach wyszukiwania.