Recenzja filmu

Odyseja (2026)
Christopher Nolan
Matt Damon

2026: Odyseja Trojańska

17.07.26 – mijają niecałe trzy lata od oblężenia kin w wyniku zaistniałego wówczas fenomenu popkulturowego, jakim był "Barbenheimer". W mgnieniu oka stał się on tematem numer jeden na ustach
17.07.26 – mijają niecałe trzy lata od oblężenia kin w wyniku zaistniałego wówczas fenomenu popkulturowego, jakim był "Barbenheimer". W mgnieniu oka stał się on tematem numer jeden na ustach wszystkich kinomanów, osób siedzących w popkulturze, a także tych mniej zaznajomionych z tematem, którzy podłapali sprawę z internetu. Trzy lata później Christopher Nolan wraca na wielkie ekrany, przyciągając ludzi spragnionych widowiskowych historii swoim najnowszym dziełem. Tym razem porywa się on na ekranizację jednego z najbardziej znanych eposów Homera – "Odysei".

Jeszcze przed premierą w internecie rozpętała się burza. Jedni atakowali film ze wszystkich stron, mówiąc o upadku cywilizacji itp., inni podsycali sytuację, przyczepiając się do gorącego temu, jeszcze inni bronili decyzji artystycznych… Aż w końcu nadszedł czas premiery: krytycy zachwyceni, portale filmowe odblokowują możliwość oceniania, burza osiąga apogeum, sypią się jedynki wraz z hasłami "Homer się w grobie przewraca", "zniszczyli film poprawnością polityczną", "go woke, go broke", reszta rzuca się do obrony… a niektórzy po prostu chcą iść do kina.

Powstała cała masa różnych recenzji tego dzieła, więc zastanawiałem się, czy jest coś, co mogę powiedzieć, a czego nie powiedział nikt wcześniej. I tak bardzo wyczekiwałem tej produkcji, że muszę dorzucić swoje trzy grosze.


Swoją rozprawkę chciałbym zacząć od kwestii najważniejszej i najbardziej problematycznej – postaci/aktorzy.
Rzecz, mogłoby się wydawać, najważniejsza, bo przecież bez postaci nie będzie filmu. Niestety w rękach Nolana te są tylko pretekstem, aby upchać tutaj jak najwięcej znanych nazwisk, które dumnie będzie można później wypisać na plakatach, co sprawia, że twórca jest nimi w ogóle niezainteresowany. Większość bohaterów jest strasznie "kartonowa", co daje się we znaki przez znaczną część seansu.

Niespodzianka – nieoczekiwanie na ratunek przychodzi trzeci akt filmu, który faktycznie pozwala im rozwinąć skrzydła, który jest dużo spokojniejszy, bez ciągłego montażu charakterystycznego dla tego twórcy, gdzie skaczemy od sceny do sceny, z przyszłości do przeszłości. Dostajemy za to jedną retrospekcję, która ukazuje emocje bohatera i dzięki której poznajmy niejako wydźwięk filmu.

Wspomniałem o dużych nazwiskach. Dochodzi do tego, że postaci pojawiające się na chwilę są odgrywane przez znanych aktorów, co niekiedy wybija z rytmu. Kiedy pojawia się kolejna rozpoznawalna postać ze sceny Hollywoodu, ja jestem automatycznie wyrzucany z przedstawionego świata. Bohaterów jest dużo, większość ma mało czasu ekranowego, a za kreację wszystkich odpowiedzialne są osobistości, które rozpoznajemy od razu kiedy tylko pojawią się w kadrze.

Największy problem mam z postacią Ateny, w którą wciela się Zendaya – dostaję raptem kilka minut na przestrzeni niecałych trzech godzin materiału. Jest to postać niezbyt potrzebna, dodana chyba tylko po to, aby dopisać nazwisko aktorki na plakacie. Tutaj można było wstawić kogokolwiek. Co z tego, że mamy gwiazdorską obsadę, jeżeli nie mają nic do zagrania?

Ale idziemy dalej, bo pojawia się Travis Scott, i to już w pierwszej scenie. Gdzieś czytałem że Nolan skojarzył rap z utworami ze starożytnej Grecji, co skłoniło go do takiego castingu. On też ma tutaj dwie sceny – na początku i mniej więcej na końcu filmu, w których robi to samo, czyli wali laską o podłogę.

No i muszę wspomnieć o Helenie, która była punktem zapalnym zaciekłej bitwy o Troję i zarazem bitwy zwaśnionych frakcji w internecie. Lupita Nyong'o odgrywa to, co jej dano naprawdę dobrze – skłamał bym mówiąc inaczej. To czego nie rozumiem w pełni, to czemu postawiono właśnie na nią. Pojawia się na kilka minut, każdy mógł się w nią wcielić i może nawet obyłoby się bez kontrowersji. Nie jestem osobą kompetentną, aby rozważać co kierowało reżyserem, kiedy zatwierdzał tę decyzję.

Pomimo tego, że Nolan napisał nijakich bohaterów, aktorzy w przeważającej większości starają się jak mogą, aby wyciągnąć ze swoich ról, tyle ile są w stanie.


Przechodząc do najjaśniejszego punktu tego widowiska – czyli właśnie widowisko, epickie momenty na dużym ekranie. Powiem krótko: duży ekran, kinowe nagłośnienie – esencja tej produkcji. Poszczególne sekwencje naprawdę potrafią zapierać dech w piersiach, budować świetne napięcie…

A wszystko to podbija niesamowita muzyka. Siedziałem w kinie i specjalnie nasłuchiwałem utworów, które zostały wpasowane do odpowiednich scen, do efektów dźwiękowych z planu, do potężnego nagłośnienia, które tworzy niezapomniane wrażenia kinowe. Ludwig Göransson po raz kolejny udowadnia, że jest jednym z najbardziej utalentowanych kompozytorów dzisiejszych czasów. Polecam zapoznać się z zakulisowymi materiałami, gdzie pokazuje, czego twórca od niego wymaga i jakich sposobów używa, aby uzyskać odpowiednie brzmienia. Ja jestem zachwycony.

W pewnych momentach Nolan bawi się również w sekwencje rodem wyciągnięte z horrorów, a to wychodzi zaskakująco dobrze. Czytałem artykuły z jego wypowiedziami, w których sugeruje, iż w przyszłości może spróbować sięgnąć po tego typu gatunek. Ja z ogromną chęcią bym coś takiego zobaczył.


Zmierzając do końca – otrzymałem widowisko, jakie było mi zapowiadane, ale niestety nie ratuje to reszty mankamentów.

Film zaczynamy z chaotycznym montażem, z bezbarwnymi bohaterami.
Wiele momentów jest zrobione strasznie pośpiesznie, strasznie na skróty, jakby w tych niespełna trzech godzinach brakowało czasu. Można by wymieniać teraz każdą taką decyzję scenariuszową, czego nie będę robić. Przytoczę natomiast inny, lepszy film, będący epickim widowiskiem na miarę dzisiejszych czasów, który nazywa się "Diuna". Film, w którym Denis Villeneuve przykłada uwagę do każdej pojedynczej sceny i sekwencji. Film, który pomimo dążenia do wielkich batalistycznych momentów nie zapomina o bohaterach, nie idzie na skróty. Każdy element, lepszy czy gorszy, ma szansę odpowiednio wybrzmieć, a bohaterowie są ciekawi, bo nie są tylko po to, by pchać fabułę naprzód. Życzę sobie i wszystkim innym abyśmy mięli jak najwięcej takich produkcji, byśmy mogli mówić jak najczęściej o święcie kina przy okazji premier takowych dzieł.

"Odyseja" mimo że dowozi pod względem technicznym i wizualnym, nie pochłonęła mnie tak jak choćby wcześniejsze filmy Nolana. Jest to świetne doświadczenie kinowe, ale po wejściu do streamingu ten obrazek nie będzie już tak zachwycał, bo zapomina o najwyższym – o postaciach, o dobrym przedstawieniu historii itp.

Naprawdę liczę na tego twórcę i wierzę, iż nie raz jeszcze zachwyci nas swoją wizją kinematografii. Podobno teraz ma odstawić kamerę na trzy lata. Mam ogromną nadzieję na jego powrót z kolejnymi opowieściami, o których lud będzie mógł dyskutować na różnych płaszczyznach – i o które będą mogli ponownie toczyć bitwy na forach społecznościowych.
1 10
Moja ocena:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Recenzja Odyseja
Odyseja działa dla mnie pod wieloma względami, ale przede wszystkim cieszy mnie, że nie boi się wplatać... czytaj więcej
Recenzja Odyseja
Gdy w mediach i internecie zaczęły pojawiać się informacje o tym jakoby Christopher Nolan miał zabierać... czytaj więcej