"Przeżyć" przypomina mi jakieś tandetny program współczesnego MTV, do którego wrzucono blond dzierlatkę, by trochę pohasała. Zidiocenie maksymalne w nietragicznej formie.
Mocno prawdopodobne, że John Lyde czerpał przy swoim filmie inspiracje z "Wehikułu czasu" Wellsa, choć ja dopatrzyłem się bardziej "Planety małp". Po tym jak Ziemia wypadła z orbity, grupa ocalałych wyrusza na ogromnym statku w kosmos celem odnalezienia nowego świata. Kiedy na taki natrafia, kilku wybrańców udaje się na nieznaną planetę. Podczas lotu dochodzi jednak do tragicznego wypadku. Ekipa rozbija się, część z członków ginie. Pozostali; ranni, osamotnieni lub bezbronni; próbują przeżyć w niegościnnym otoczeniu. Synchronicznie do nich seans próbuje przetrwać widz.
Science-fiction się zdegenerowało. Mam na myśli chociażby dwa klasyki, do których porównałem "Przeżyć", ale to tylko przykłady. Od uniwersalnych procesów historycznych w takim, dajmy na to, wyśmienitym cyklu "Fundacja" Asimova, poprzez prace Lema wykorzystywane jako podręczniki akademickie i oczywiście materiały na świetne filmy, poprzez postmodernizm Dicka, poprzez Tarkowskiego, Fleischmanna dochodzimy do jakiegoś fiździ-riździ dla gimnazjalistek. Oczywiście, konkluzja jest wybiórcza, ale mam na myśli balans, który już dawno został zachwiany. Pozycja Lyde'a, jak tysiące innego badziewia, po prostu powstała, czerpiąc i przypominając jednocześnie o klasykach. Tego wyśmienitego science-fiction coraz mniej, a od szkaradziejstw z internetu, telewizji i literatury coraz ciężej się odgradzać.
"Przeżyć" orbituje wokół jednej bohaterki, niezmordowanie biegającej po obcej planecie młodej astronautki-rozbitek (Danielle C. Ryan). Biega, próbując dotrzeć do podstarzałego Kevina Sorbo, którego bezpłciowy bohater leży w kanionie ze złamaną nogą. Biega do stacji medycznej, biega do konika, biega do rozbitej części statku kosmicznego. Pomiędzy bieganiem walczy z lokalną fauną, za którą uchodzą przypominający gang motocyklowy miejscowi i tandetne potwory. Ci pierwsi nie cierpią imigrantów, sugerując nam, że kosmicznych przybyszów na tej planecie było już od liku. Poprzebierani w nie wiadomo do czego potrzebne kaski (takie to pomysły mają dzisiejszy prekursorzy gatunku) biegają za główną bohaterką, a ich parkour ma podkreślać ich kosmiczne pochodzenie. Podobnie jak odmienny od ziemskiego kolor filmowej flory, zabieg często wykorzystywany w starszych filmach gatunku. Ci drudzy (potwory) to pożal się Boże poprzebierani w ciemnozielony lateks aktorzy.
"Zaraz umrzesz", mówi do umierającej bohaterka, by po chwili dodać: "Wszystko będzie dobrze", wywołując przy tym u widza autentyczny szok, który prawdopodobnie tamuje zbierającą się salwę śmiechu. Tak było u mnie. Niedowierzanie, zmieszanie, zaskoczenie. Jak takie coś może powstać? Ziemia wypadła z orbity (na potrzeby scenariusza można uznać tą umowność), wyparowała woda, więc umarły rośliny, a przez brak roślin - zwierzęta. Wszystko podane w seryjnym naukowym tonie. Bo zwierzęta wody nie piją. Do tej ociekającej stężeniem absurdu i żenady w kontrze stoi kilka przytoczonych faktów i zjadliwy montaż oraz zdjęcia.
"Przeżyć" przypomina mi jakieś tandetny program współczesnego MTV, do którego wrzucono blond dzierlatkę, by trochę pohasała. Zidiocenie maksymalne w nietragicznej formie.