Recenzja filmu

Przeżyć (2014)
John Lyde
Danielle C. Ryan
Kevin Sorbo

Przetrwać seans

"Przeżyć" przypomina mi jakieś tandetny program współczesnego MTV, do którego wrzucono blond dzierlatkę, by trochę pohasała. Zidiocenie maksymalne w nietragicznej formie.
Mocno prawdopodobne, że John Lyde czerpał przy swoim filmie inspiracje z "Wehikułu czasu" Wellsa, choć ja dopatrzyłem się bardziej "Planety małp". Po tym jak Ziemia wypadła z orbity, grupa ocalałych wyrusza na ogromnym statku w kosmos celem odnalezienia nowego świata. Kiedy na taki natrafia, kilku wybrańców udaje się na nieznaną planetę. Podczas lotu dochodzi jednak do tragicznego wypadku. Ekipa rozbija się, część z członków ginie. Pozostali; ranni, osamotnieni lub bezbronni; próbują przeżyć w niegościnnym otoczeniu. Synchronicznie do nich seans próbuje przetrwać widz.

Science-fiction się zdegenerowało. Mam na myśli chociażby dwa klasyki, do których porównałem "Przeżyć", ale to tylko przykłady. Od uniwersalnych procesów historycznych w takim, dajmy na to, wyśmienitym cyklu "Fundacja" Asimova, poprzez prace Lema wykorzystywane jako podręczniki akademickie i oczywiście materiały na świetne filmy, poprzez postmodernizm Dicka, poprzez Tarkowskiego, Fleischmanna dochodzimy do jakiegoś fiździ-riździ dla gimnazjalistek. Oczywiście, konkluzja jest wybiórcza, ale mam na myśli balans, który już dawno został zachwiany. Pozycja Lyde'a, jak tysiące innego badziewia, po prostu powstała, czerpiąc i przypominając jednocześnie o klasykach. Tego wyśmienitego science-fiction coraz mniej, a od szkaradziejstw z internetu, telewizji i literatury coraz ciężej się odgradzać.


"Przeżyć" orbituje wokół jednej bohaterki, niezmordowanie biegającej po obcej planecie młodej astronautki-rozbitek (Danielle C. Ryan). Biega, próbując dotrzeć do podstarzałego Kevina Sorbo, którego bezpłciowy bohater leży w kanionie ze złamaną nogą. Biega do stacji medycznej, biega do konika, biega do rozbitej części statku kosmicznego. Pomiędzy bieganiem walczy z lokalną fauną, za którą uchodzą przypominający gang motocyklowy miejscowi i tandetne potwory. Ci pierwsi nie cierpią imigrantów, sugerując nam, że kosmicznych przybyszów na tej planecie było już od liku. Poprzebierani w nie wiadomo do czego potrzebne kaski (takie to pomysły mają dzisiejszy prekursorzy gatunku) biegają za główną bohaterką, a ich parkour ma podkreślać ich kosmiczne pochodzenie. Podobnie jak odmienny od ziemskiego kolor filmowej flory, zabieg często wykorzystywany w starszych filmach gatunku. Ci drudzy (potwory) to pożal się Boże poprzebierani w ciemnozielony lateks aktorzy.

"Zaraz umrzesz", mówi do umierającej bohaterka, by po chwili dodać: "Wszystko będzie dobrze", wywołując przy tym u widza autentyczny szok, który prawdopodobnie tamuje zbierającą się salwę śmiechu. Tak było u mnie. Niedowierzanie, zmieszanie, zaskoczenie. Jak takie coś może powstać? Ziemia wypadła z orbity (na potrzeby scenariusza można uznać tą umowność), wyparowała woda, więc umarły rośliny, a przez brak roślin - zwierzęta. Wszystko podane w seryjnym naukowym tonie. Bo zwierzęta wody nie piją. Do tej ociekającej stężeniem absurdu i żenady w kontrze stoi kilka przytoczonych faktów i zjadliwy montaż oraz zdjęcia.

"Przeżyć" przypomina mi jakieś tandetny program współczesnego MTV, do którego wrzucono blond dzierlatkę, by trochę pohasała. Zidiocenie maksymalne w nietragicznej formie.
1 10
Moja ocena:
2
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?