Sirât w reżyserii Olivera Laxe’a to opowieść o ojcu, Luisie (Sergi López), który rusza w głąb pustyni w poszukiwaniu zaginionej córki. Trop prowadzi go przez rave’ową komunę ludzi znikąd i bez
Sirât w reżyserii Oliver LaxeOlivera Laxe’a to opowieść o ojcu, Luisie (Sergi López), który rusza w głąb pustyni w poszukiwaniu zaginionej córki. Trop prowadzi go przez rave’ową komunę ludzi znikąd i bez planu, przez krajobraz brudu, piachu i punkowej wolności. To nie jest klasyczna droga od punktu A do B, tylko wędrówka po tym, co zagubione - w relacjach, w ciele, w głowie. Towarzyszą mu syn, pies Pipa i muzyka, która zamiast tła staje się przewodnikiem.
„To nie jest do słuchania tylko do tańczenia” - tak mówi przywołana przez ojca córka. I dokładnie tak też działa ten film. To nie jest do oglądania, tylko do przeżywania. Pierwsze sceny są jak przygotowania do Pink Floyd at Pompeii: osobliwe postaci ustawiające nagłośnienie, osobliwi ludzie bez zębów, niedoskonałość w pełnym słońcu. Freakshow i rave w dzikiej odsłonie, pustynia rzeczy zaginionych. Bad trip, który powoli zamienia się w good vibe, a potem zmienia się w swoje przeciwieństwo. Muzyka robi tu za narkotyk - nic nie trzeba brać, wystarczy oglądać. Działa jak katharsis: wyraża to, co niewyrażalne, to, czego nie da się powiedzieć.
Niektórzy recenzenci piszą, że to egzystencjalny Mad Max - a dla mnie to Swobodny jeździec i jedna wielka komuna wypełniona eskapizmem. Camperowanie bez lukru, piach na skórze, brud drogi. Poszukiwanie rodziny, która jest z wyboru, bo bywa lepsza niż ta ze zdjęcia. Dezercja z życia, ucieczka od wolności, dramat, którego się nie spodziewasz. Film zdaje się zadawać pytanie: czy da się wszystko odzyskać, nawet jeśli bardzo długo idziesz w dobrym kierunku? Opowieść ze snu, który nie prowadzi do celu, tylko w głąb. Tylko w głąb czego?
Są sceny, które zostają pod powiekami. Ta, gdy ojciec budzi się w kamperze wśród innych - wzburzony i niepewny, ale po chwili zasypia, jakby stał się całością i zaakceptował nową rzeczywistość. I ta inna, nie do przywołania, nieoczekiwana, zamykająca nieotwarte wątki... To kino, które z nami zostaje, jakby zmuszając do zastanowienia się, kogo tak naprawdę ratujemy w swoim życiu.
Sirât mówi, że czasem trzeba zaciągnąć ręczny, czasem podkręcić dźwięk na maksa, a czasem iść bez zastanowienia. I tak wiemy, jak to się skończy. Wiatr wszystko wywieje.