Raport z osiedla

Koncentrując się na okolicznościach powstania debiutanckiego "Skandalu" (1998), Paduch sprawia, że nostalgiczna głowa puchnie. Wykorzystane archiwalia przenoszą nas prosto do warszawskich lat ...
Raport z osiedla
"Tyle pamiętam. Resztę musiałbym wymyślić" – deklaruje przed kamerą jeden z członków Molesty Ewenement, snując historię powstania i pierwszych sukcesów kultowego zespołu z Ursynowa. Jak nietrudno się domyślić, wyznanie przejmuje i współdzieli stojący za kamerą Bartosz Paduch. To całkiem wdzięczna strategia: opowieść nie tyle nawet o faktach, co o wspomnieniach. Zresztą, czy to wielka różnica? Pamięć niby zniekształca fakty, a nostalgia koloryzuje historię, gdy jednak życiowe doświadczenie każe skonfrontować się z przeszłością lat 90., wtedy wspomnienia bohaterów, rodziców chrzestnych oraz przyjaciół prekursorskiej dla ulicznego rapu Molesty układają się w kalejdoskop ciekawszy i prawdziwszy niż sucha faktografia.


Dokumentalna, złożona ze z grubsza pokrywających się subiektywności opowieść o Piotrze "Veniu" Węcławskim, Pawle "Włodim" Włodkowskim i Robercie "Wilku" Darkowskim to najpierw i przede wszystkim historia transformacji. Tej odbywającej się w osobach pierwszoplanowego trio i tej ustrojowej, z kiełkującym kapitalizmem na nadwiślańskim Zachodzie. Konsekwencją tych dwóch ewolucji jest ewolucja polskiego rapu, a odpryskiem ich wszystkich jest ewolucja pokoleniowa, w której w ten czy inny sposób uczestniczyła większość z nas. W "Skandalu. Ewenemencie Molesty" te cztery poziomy przeglądają się w sobie jak w gabinecie luster, a nienachalność przedstawienia ich wzajemnych zależności stanowi główną zaletę filmu.

Koncentrując się na okolicznościach powstania debiutanckiego "Skandalu" (1998), Paduch sprawia, że nostalgiczna głowa puchnie. Wykorzystane archiwalia przenoszą nas prosto do warszawskich lat 90., kiedy ulicą rządziły Ikarusy, murkami pod Capitolem – deskorolkowcy, luźni blokersi tworzyli mitologię betonowych klatek, a policja dawała tamtym agresywne dowody nieufności. Z gadającymi głowami – Pelsonem, Kaczym, DJ-em V600, Bogną Świątkowską, Hirkiem Wroną i całą śmietanką polskiej sceny rapowej – poruszamy się po kluczowych dla zespołu miejscach, współdzielimy słabość do zmitologizowanej Ameryki i zachwycamy się podziemną dystrybucją dóbr hiphopowej subkultury. Otwieramy ze zdumienia oczy, patrząc na energię koncertów w warszawskim Remoncie czy pod plenerową sceną KFPP w Opolu. Zaraz jednak wracamy na ulice, pod bramy i blokowiska Warszawy AD 2020. Na przykład do terenowej relacji Wilka z powstania storytellingowego klasyka "28.09.97", jednego z najmocniejszych antysystemowych numerów w historii polskiej muzyki.

Nie raz i nie dwa "Skandal" Paducha stoi tym samym żywiołem i brutalną szczerością co sama Molesta. Podobne sceny, przeplatane amatorskimi i telewizyjnymi nagraniami z innej epoki bardziej nawet niż wywołują nostalgię, powodują (mówię tu za siebie) dziwne wrażenie duchologicznego obcowania z małym potworkiem, który tkwił mi z tyłu głowy, zbyt jednak głęboko, bym był tego świadomy. Czym jest ten potworek? Poczuciem przemijania? Sentymentem? Konsternacją powodowaną pryszczatą młodością? Wstydliwym podnieceniem? Pewnie wszystkim po trochu.


W angażującym dokumencie Paducha znajduje się miejsce na współczucie dla niedoświadczonych chłopaków z powodu (legendarnego już) kontraktu z Pomatonem, gdy patrzymy na ich częściowo tylko udany bunt wobec rzeczywistości. Obserwujemy także pozbawioną laurkowości zmianę myślenia o pieniądzach i sukcesie, gdy nieopierzeni chuligani stają się diagnozującymi swój sukces prężnymi celebrytami. W opowieści po roku 2006 dokument Paducha popada jednak w chaos: począstkowana narracja zdaje się pędzić na złamanie karku, wspomnienia o rozpadzie więzi pokazywane są zbyt hermetycznie i skrótowo, by portret dojrzewających, działających już solo raperów był pełny, a ich motywacje zrozumiałe dla postronnych. Pozbawiona reżyserskiej tezy rejestracja subiektywnych wrażeń ma więc swoje wady: otwiera na domysły, lecz nie przez swoją wieloznaczność, ale przez narracyjne niedomknięcie. Widać, spontaniczność tytułowego zespołu udzieliła się reżyserowi. Co może świadczyć na niekorzyść twórcy i na równoczesną korzyść jego bohaterów. Tak czy siak, wybierzcie się w tę podróż w czasie. Emocji w niej pod dostatkiem.
1 10
Moja ocena:
6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
57% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (7 głosów).
Udostępnij: