Kamery są zawieszone na dziesiątkach osi wokół mężczyzny o imieniu Rudolf (Christian Friedel). Jest to bardzo zapracowany człowiek. Nic dziwnego, że podążają za nim przez codzienną rutynę, czas spędzany z rodziną i czas rozłąki zarezerwowany na służbowe wyjazdy. Wydaje się, że wychwytują otaczający go szum. A jednak wyłapują skrzętnie skrywane przez niego nuty szaleństwa, z których reżyser Jonathan Glazer następnie komponuje film o... niczym. Piszę to bez złośliwości, bo tak jak kiedyś Jerry Seinfeld używał "niczego" do podkreślenia komizmu serialu, który nosił jego imię, tak reżyser sławy "Pod skórą" używa go do podkreślenia nihilizmu swojego ruchomego obrazu: eksperymentalnego portretu zbiorowej psychozy.
800 godzin w większości statycznego materiału filmowego stało się jego ołówkiem, za pomocą którego narysował film o Holokauście widziany z perspektywy drapieżnika, a nie jego ofiary. "Dziwny wybór," można by pomyśleć. Wszak kino zajmuje się Holokaustem od tak dawna, że niektórzy utożsamiają go z gatunkowym ciosem poniżej pasa. Pojawiają się też oskarżenia o snobizm i "Holokicz", wskutek którego sama obecność tematu wystarczy, by reżyser mógł zebrać entuzjastyczne recenzje i odebrać nagrody za osiągnięcie życia. Glazer postanowił więc... nie pokazywać Holokaustu. W ogóle.
Nie widzimy ciał. Nie widzimy rzeczywistości panującej wewnątrz Auschwitz. Widzimy tylko Hedwig (Sandra Hüller) - żonę Rudolfa - pokazującą swojej matce (Nele Ahrensmeier) piękno ich rajskiego ogrodu i samego komendanta czytającego dzieciom "Jasia i Małgosię" na dobranoc. Cała groza rozgrywa się gdzieś daleko w tle. Groza - celowo przesłonięta wysokimi murami lub tłumiona szczekaniem psów i rykiem niezliczonych pociągów wjeżdżających i wyjeżdżających z obozu. Ale życie rodziny Hössów daje o sobie znać także na inne sposoby.
Już od pierwszej sceny (następującej po dźwiękowym preludium przywodzącym na myśl "2001: Odyseję kosmiczną") Glazer daje do zrozumienia, że nie jest to film o ofiarach historycznego ludobójstwa. Owszem, ich obecność jest integralną częścią opowieści, ale tutaj ogranicza się ona do krzyków słyszanych po oddaniu strzałów, popiołów rozpuszczających się w pobliskiej rzece i innych "zjawisk", których trzeźwe spojrzenie nie jest w stanie przeoczyć. Nawet sami Hössowie, upojeni marzeniem o egzystencji w modelu przypominającym amerykańską nuklearną rodzinę, nie są w stanie zmieść ich wszystkich pod dywan.
W miejscu snu pod zamkniętymi powiekami pojawia się krwista czerwień, a kwitnące nachyłki zaczynają ryczeć, jakby chciały wykrztusić z siebie nawóz zrobiony ze szczątków ludzi niezdolnych do wyczerpującej pracy. Nie obchodzi ich, że najwydajniejsza fabryka śmierci wybudowana u ich progu stała się integralną częścią ich stopniowo rozpadającej się tożsamości. Na różne sposoby próbują wymazać z pamięci wszelkie patologie: seksem, pracą, snem na jawie...
O dziwo, najbardziej skuteczna okazuje się zwykle prosta projekcja. No bo przecież co robią źle? Tata ma pieczę nad "świniami", mama ma pieczę nad domem i dziećmi, a dzieci...? Cóż. Dzieci mają pieczę nad własną niewinnością. Do czasu, gdy wyjrzą przez okno na pobliską rzekę, gdzie ich ojciec topi "świnię" za wszczęcie bójki o jabłko. Koniec końców ich życie jest warte każdej ofiary.