Recenzja filmu

Super Mario Bros. (1993)
Roland Joffé
Dean Semler
Bob Hoskins
John Leguizamo

Jak gra z filmem flirtować nie chciała

Koniec lat80.i początek90. ubiegłego wieku to okres silnego rozwoju gier komputerowych. Można tu nawet powiedzieć o pewnym przełomie, który dokonał się w branży na wskutek wzrostu ...
Koniec lat80.i początek90. ubiegłego wieku to okres silnego rozwoju gier komputerowych. Można tu nawet powiedzieć o pewnym przełomie, który dokonał się w branży na wskutek wzrostu technologicznego,upowszechnienia potężnej platformy, czyli komputera osobistego, czyrozwoju grafiki. Spowodowało to szerszą dostępność i spopularyzowanie gier video. Jedną z nich była najsłynniejsza i najbardziej rozpoznawalna gra w historii komputerowej rozrywki zatytułowana"Mario Bros.", która już wtedy niemalże na całym świecie cieszyła się olbrzymią popularnością. Gra wydana została na konsole w 1985 roku i w późniejszym czasie dorobiła się niezliczonej ilości różnych wersji i przeróbek. Nic dziwnego, że w 1993 rokutematem zainteresował się światek filmowy. Panowie producenci wyczuli dość łatwy zarobek i postanowili zaangażować się w historyczny, bo pierwszy w historiikinapomysładaptacji gry.

Zadanie, jakie twórcy sobie wyznaczyli, było jednocześnie łatwe i trudne. Łatwość ekranizacji polegała na tym, że twórcy filmu mieli dużą swobodę interpretacji przy tworzeniu świata. Warstwa fabularna w grze praktycznie nie istnieje, bohaterowie nie mają sprecyzowanych charakterów, co spowodowałomożliwość w miarę swobodnego podejścia do historii i ogólnego pomysłu. Oczywiście istniał już wtedyserial "The Super Mario Bros. Super Show!", który dość dokładnie odwzorowywał świat przedstawiony w grze, ale zyskał on sobie popularność tylko wdość zamkniętych ihermetycznych grupach sympatyków Mario, no i w ogóle "nie zobowiązywał". Poza tym, na ręce twórców nie patrzyli z ogromną pieczołowitością - tak jak robią todzisiaj- gracze. Prostota komputerowej rozrywki nie wykreowała jeszczeprawdziwych fanatyków świata Mario, a każdy patrzył naprodukcję raczej z przymrużeniem oka. Twórcy mieli zatem dość sporo komfortu. Alezadanie było również trudne. Chodziło tu głównie o specyficzne realia świata gry i przeniesienieich na ekran. Jednym zdaniem, jak stworzyć coś sensownego z historii w której główny bohater, hydraulik, co poziom musi uratować księżniczkę, skacząc po platformach, chmurkach i zwierzątkach? A bez pewnych nawiązań obyć się przecieżnie mogło.

Nigdy nie jest dobrze, kiedy jeden film kręcą dwaj reżyserzy, no chyba że są to bracia Wachowscy alboJoel i Ethan Coenowie. Prawie zawsze zwiastuje to katastrofę. "Super Mario Bros." nakręciło aż czterech. I o ile reżyser takich wyśmienitych filmów jak "Misja" czy "Pola śmierci" Roland Joffeoraz jego wizjamogły być największymi atutamiadaptacji, o tyle problemy w czasie produkcji i zaangażowanieAnnabeli Jankel, Rocky'ego Mortonai Deana Semlera, a takżerezygnacjaJoffe'a rozpoczęła początek końca filmu. W efekcie powstała produkcja bardzo słaba, która szybko została zwyczajniezapomniana, a dziś pokrytajest ogromną warstwą kurzu. Pierwszym błędem była wizja świata alternatywnego przedstawionego w adaptacji. Mario Mario (nazwisko bohatera brzmi tak samo jak imię, a w postać wcielił się Bob Hoskins) wraz ze swoim bratem Luigim (John Leguizamo),na skutek licznych zbiegów okolicznościprzenoszą się do innego wymiaru o nazwie Dinohattan. W wymiarze tymżyją człekokształtni, ale wywodzący się nie od ssaków, lecz od dinozaurów. Światem zarządza zły król Koopa (Dennis Hopper), który marzy o złączeniuDinohattan iZiemi. Do tego celu potrzebne musą: tajemniczy artefakt oraz z pozoruzwykła mieszkankanaszego świata,pani paleontolog Daisy (Samantha Mathis). Daisyto jednak zapomnianaksiężniczka Dinohattan, córka prawowitego króla, która nic nie wie o swoim prawdziwym dziedzictwie. Celem hydraulików będzie niedopuszczenie do zagłady naszej planety, a także uratowanie księżniczki. Sam pomysłinnego wymiarunie był może najgorszy, ale warto zwrócić uwagę na fakt, żeświat tenjest całkowicie odmienny od tego, który mamy w grze video.Dostajemyzatemrzeczywistość pełną brudów i nieczystości, nieprzyjemną, wrogą iponurą. Świat otoczony wszędobylskim grzybem,czylibyłym królem Dinohattan poddanymdeewaluacji przez Koopę nie przyciąga widza. Starszych widzów wynudzi, młodszych natomiast może w pewnych momentach nawet wystraszyć.

Najgorszymi wadami filmusą jednak scenariusz orazniektóre postacie.Podobnie jest zdialogami, w których celuje zwłaszcza postaćLuigiego, a także dwaj główni siepacze Koopy: Spike (Richard Edson)i Iggy(Fisher Stevens). Teksty teocierają się opoziomniemalże żenujący. Trudno nawet zrozumieć jak pewne słowa mogły przejść przez gardłoLeguizamo. Należy oczywiściewziąć pod uwagę fakt,że film jest skierowany głównie do młodszego odbiorcy, ale zarówno z tych dialogów, jak i samychbohaterów bije infantylność. Nie będę tutaj oczywiście przytaczał przykładów, ale niektóre z nich to po prostu kompletne nieporozumienie, zwyczajnie pisane na kolanie. Podobnie jest z postaciami. O ile samego głównego bohatera Mario czy jego przeciwnika Koopę można oglądać, o tyle paraSpike i Iggyjesttragiczna iw ogóle nie rozśmiesza.

Szkoda dobrych aktorów. Nie potrafię ocenić, czyHoskins w roli Mario sprawdził się. Teoretycznie nie można mu nic zarzucić, a fizjologicznie również spełnia wszystkie warunki także skłaniałbym się ku ocenie pozytywnej. O jego głównym partnerzeJohn Leguizamo już wspomniałem. Największa gwiazda natomiast, Dennis Hopper, męczy się okrutniei widać, że zdaje sobie sprawę z projektu, w jaki wdepnął i w jakim musi uczestniczyć. W tej sytuacji na czoło wychodzą role żeńskie. Niezła jestSamantha Mathis w roli Daisy, ale przede wszystkim Fiona Shaw, którawcieliła się wLenę, pomocnicę Koopy. Shaw, aktorka chyba trochę niedoceniona, jako jedyna od początku do końcapotraktowała "Super Mario Bros" bardzo poważnie i dała prawdziwy popis w kiepskim isłabym filmie. Koniecznie należy również wspomnieć o Lance Henriksenie. Ci którzy obejrzeli film ze względu na tego charakterystycznego iwyjątkowego aktora muszą czuć się totalnie zawiedzeni, a właściwie oszukani. Aktor w roli króla Dinohattan pojawia się przez chwilę,dosłownie na pięć sekund. Ci, którzy na moment odwrócą oczy od ekranu, mogą zwyczajnie nie zauważyć aktora. Jest to tylko uzupełnienie i potwierdzenienieporadności twórców jaką zaserwowali namw "Super Mario Bros".

Niestety pierwsza ekranizacja gry video to produkcja bardzo niskich lotów. Szkoda, bo pod względem montażu czy aspektów technicznych "Super Mario Bros"prezentuje się solidnie.Widać również, że budżet nie był mały i twórcy nie mogli narzekać na brak funduszy. Niestety film zapoczątkował złą passę,która polega na tym, żepanowie zHollywoodu nie potrafią nakręcić dobrego filmu opartego na grze komputerowej. A tych drugich przecież nie brakuje.Z wyjątkiem niezłego "Mortal Kombat" z 1995 próżno szukać takich adaptacji. Zapominającjużjednak szybko o pierwszej randce gry i filmu, wypada wyrazić nadzieję, że nieudane, a licznepodchody, które miały miejsce na przestrzeni ostatniego dziesięciolecia XX wieku i pierwszego w XXIjak najszybciej zamienią się w płomienny romans.
1 10
Moja ocena:
3
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
41% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (39 głosów).
Udostępnij: