Recenzja filmu

Supernova (2020)
Harry Macqueen
Colin Firth
Stanley Tucci

Nie ja i nie on

"Supernova" to nie film o tajemnicy i jej odkrywaniu, lecz rozpisany na dwa ciała dramat o żałobie – po utracie własnej oraz cudzej tożsamości. Także – o strachu przed samotnością i walce o ...
Nie ja i nie on
W podróży zdarza nam się zmieniać skórę. Szczególnie w aucie, którego kierowcą jest ktoś inny. Za wolno, za szybko, za zimno, za ciepło, nie wchodzi dwójka, coś stuka w lewym kole, nie to skrzyżowanie, nie ta ulica – i już z sympatycznego zazwyczaj misia wychodzi apodyktyczny kierownik nocnej zmiany w sortowni kapsli. Zestresowany, marudny szczególista – postrach niedzielnych turystów. Co jednak w sytuacji, kiedy na pozór zwyczajny wypad do dawno niewidzianych przyjaciół i na wiejską daczę jest w istocie drogą ku całkowitej transformacji tożsamości? I jeśli trzeba jakoś poukładać się z myślą, że z tripu może wrócić kompletnie inna, nieznająca samej siebie osoba?


A takie właśnie – utkane z przemilczeń i wątłych sygnałów czegoś większego – jest otwarcie kameralnej "Supernovej", debiutu reżyserskiego Harry'ego Macqueena. Sam (Colin Firth) i Tusker (Stanley Tucci) jadą gdzieś kamperem. Ten pierwszy prowadzi, drugi – siedzi z oldschoolowym atlasem drogowym, błądzi palcem po mapie i narzeka, ale w sposób świadomy absurdalności własnego zniecierpliwienia. Tak w sumie to robi sobie delikatne jaja z męża, który sprawia wrażenie melancholijnej, przybitej jakąś nieznaną traumą bomby z opóźnionym zapłonem. Od początku widać, że para kochanków i przyjaciół zna się pół życia – bije od nich ta piękna, niewymagająca nadmiernej paplaniny miłosna intymność. Większość prawdziwej komunikacji odbywa się w gestach, a te wychodzą daleko poza standardową codzienność. Na przykład kiedy Tusker wpatruje się z takim skupieniem w kolorowe linie na mapie, jakby miał przed sobą plan kolonii na Marsie, którą za chwilę będzie musiał własnoręcznie wybudować. Albo kiedy nagle pieje peany dziękczynne na cześć Sama – nie wiedzieć za co i po co. To znaczy Sam tę wiedzę posiada od dawna. My wiemy tylko tyle, że napięcie wzmaga się i wzmaga, zagęszczając roztwór letniej drogowej sielanki.
 
Już za sekundę wszystko się wyjaśni – i wybaczcie, gdyż to nie spojler. "Supernova" to nie film o tajemnicy i jej odkrywaniu, lecz rozpisany na dwa ciała dramat o żałobie – po utracie własnej oraz cudzej tożsamości. Także – o strachu przed samotnością i walce o ostatnie okruchy podmiotowości. O autonomię, która, wciąż trudno to rozstrzygnąć, bywa tak samo egoistyczna, co dyktowana myślą o przyszłości bliskich i kochanych. Tusker cierpi na szybko postępującą demencję, wyjazd jest zatem czymś na kształt pożegnania: z przyjaciółmi i rodziną w domu siostry Sama, Lilly (Pippa Haywood), gdzie pisarz w niezawinionym kryzysie twórczym chce wygłosić ostatnią miłosną laudację. Ale przede wszystkim – z kochankiem i towarzyszem życia, który, na prośbę Tuskera, ma zagrać koncert na angielskiej prowincji (Sam jest uznanym pianistą). Podróż biegnie więc śladami pamięci – póki jest ona dostępna i żywa – a najlepsza pozostaje tam, gdzie Firth i Tucci mają do dyspozycji wyłącznie siebie. Właściwie Macqueen mógłby zatrzymać się na bezdźwięcznej materii gestów, bo kwestie wypowiadane przez bohaterów brzmią czasami zbyt literalnie – patetycznie i ckliwie, tak jakby świat składał się wyłącznie z ludzi dobrych, prawych, uprzejmych i niezastąpionych. Albo jakby ktoś zapisał je złotym piórkiem na kartce, a potem zapomniał, że żywa mowa to jednak zupełnie inny rejestr wypowiedzi.


Tyle że trudno mieć pretensje o kontrapunktowanie smutku dobrem w przypadku tak delikatnego, melancholijnego filmu o kruchości ludzkich karier i spraw. Firth i Tucci są w życiowych formach, "dowożąc" naprawdę fantastyczne i wielowymiarowe role. Aktorska chemia między tymi dwoma to coś, co z prostej, w gruncie rzeczy wielokrotnie powtarzanej historii wyciska konkretne poty – wielce prawdopodobne, że bez tego zaangażowania "Supernova" osunęłaby się na mielizny melodramatu. A tak mamy smutne dobro. I twarz Tucciego, kiedy, w cieple wypełnionego przyjaciółmi salonu, Firth odczytuje napisane przez Tuskera przemówienie – twarz bezgłośnie wyrażającą wdzięczność i zawstydzenie na tysiąc małych sposobów. Bezcenną.
1 10
Moja ocena:
7
Marcin Stachowicz
Urodzony i wychowany w Radomiu. Skończył psychologię i kulturoznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim. Dawniej fan black metalu, niedoszły psychoterapeuta, leczył się z depresji filmami Lyncha, von... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
90% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (31 głosów).