Recenzja filmu

Transformers: Wiek zagłady (2014)
Michael Bay
Elżbieta Kopocińska-Bednarek
Mark Wahlberg
Stanley Tucci

"Nie wszystko powinno zostać wynalezione"

Długo wyczekiwana, kolejna część serii "Transformers" trafiła wreszcie do kin. Po dwóch świetnych odsłonach i ciągniętej trochę na siłę trójce – Michael Bay postanowił nakręcić jeszcze co ...
Długo wyczekiwana, kolejna część serii "Transformers" trafiła wreszcie do kin. Po dwóch świetnych odsłonach i ciągniętej trochę na siłę trójce – Michael Bay postanowił nakręcić jeszcze co najmniej jeden film poświęcony robotom z kosmosu. Tym razem nie tylko fabuła filmu została mocno odświeżona, ale i cała obsada. Na (nie)szczęście tym razem na ekranie nie zobaczymy już żadnej postaci znanej z poprzednich części.

Akcja filmu rozpoczyna się w Teksasie, gdzie poznajemy Cadea Yeagera – wynalazcę. Moment, w którym sprowadza do swojego zadłużonego domu starą ciężarówkę odmienia na zawsze jego życie. Okazuje się, że nastały czasy, w których Autoboty uznane za niebezpieczne i niepotrzebne są unicestwiane. Szybko staje się jasne, że cała sprawa ma drugie dno, a nad całym zamieszaniem kontrolę sprawuje wróg z przeszłości.



Na czele filmowej obsady stoi Mark Wahlberg i to on wyznacza górną granicę dobrej gry aktorskiej. Jednak sceny, w których zakłada okulary i zaczyna coś wymyślać wypadają dużo słabiej niż te, w których z kosmiczną bronią w ręku pomaga Autobotom pokonać wrogów. Rola jego filmowej córki przypadła Nicoli Peltz. Chodząca w za ciasnych ubrankach Tessa przez większość filmu płacze, trzęsie się, marudzi albo stara się powiedzieć coś niezwykle dojrzałego. Na pierwszy rzut oka w porównaniu z "pięknościami" z poprzednich części wypada delikatniej i niewinniej. Niestety brak jej wyrazistości i charakteru,  który prezentowała bohaterka odgrywana przez chociażby Megan Fox (Mikaela Banes). Jack Reynor wcielający się w postać Shane Dysona pomimo tego, że pojawia się w większości scen, to nic do nich nie wnosi. Jest, bo jest. Biega gdzieś za Cadem Yeagerem i jego córką. Udaje idiotę, tchórza i co jakiś czas przyjmuje artystyczne pozy, które dają możliwość operatorom na uchwycenie jakiegoś pozornie ładnego obrazka. Stanley Tucci - kolejny nowy nabytek Baya - wcielający się w postać Joshuego Joyce to również wynalazca. To on w dużym stopniu przyczynił się do zagłady, która ma spotkać ludzkość. To chyba jedyna postać, która przechodzi jakąś minimalną przemianę i po pewnym czasie staje po drugiej stronie barykady. Ponadto, jego gra aktorska podnosi nieco poziom filmu. James Savoy (Titus Welliver) i Harold Attinger (Kelsey Grammer) to filmowe czarne charaktery. Negatywni bohaterowie wchodzą w układy ze złymi robotami, wymachują co jakiś czas bronią albo prowadzą rozmowy niemalże zabijające adresatów już samym pustym wzrokiem.



Jedno jest pewne - jeśli ktoś ma ochotę na ponad dwie i pół godziny wypełnione niesamowitymi, bardzo dobrymi efektami specjalnymi, koniecznie musi wybrać się na "Transformers: Wiek zagłady". Może trudno w to uwierzyć, ale w porównaniu z poprzednimi odsłonami, to właśnie ta część jest nimi wypakowana po brzegi. Sceny walk, czy pościgów sprawiały, że nie sposób oderwać wzroku od ekranu. Wydarzenia rozgrywające się na statku kosmicznym to jedne z tych, które wbiją widza mocniej w kinowy fotel. Samo jego wnętrze i pojawiające się tam niespotykane formy życia (rodem z "Obcego") były niesamowite. Ponadto nowe, jak i te dobrze znane Autoboty, czy też ich wrogowie prezentowali się dość interesująco. Pomimo tego, że efektów było nadzwyczaj dużo - na dodatek były precyzyjnie, dokładnie wykonane i bardzo dobrze odczuwalne w 3D - to po części stanowiły powtarzalne sekwencje zdarzeń, jedynie co jakiś czas przerywane jakimś kilkunasto sekundowym, przeważnie nic nie wnoszącym dialogiem. Nic zresztą dziwnego, jak na tak bardzo rozciągnięty w czasie film.



W najnowszej produkcji nie zabrakło również poczucia humoru. Wśród scen powodujących jedynie irytację, pojawia się i kilka momentów wprowadzających całkiem udany humor sytuacyjny, jak chociażby ta z użyciem kawałka "U Can't Touch This". Także i tym razem nie zabrakło czasu na przepełnione patosem chwile. Nie licząc scen z mnóstwem efektów, to właściwie przez pierwszą połowę filmu trudno o obrazek, w którym nie pojawiają się barwy Ameryki. Flaga powiewa praktycznie wszędzie, nawet w stodole głównego bohatera...

Po raz kolejny, produkcja Baya stoi na bardzo dobrym  poziomie pod względem muzycznym. Chociaż w tej części zabrakło jakiegokolwiek kawałka z nowej płyty zespołu Linkin Park, który przebijałby się gdzieś w tle, tym razem to Imagine Dragons i jego "Battle Cry" stanowił mocny bodziec muzyczny. Sceny wypełnione muzyką Steve Jablonskyego, w których pojawiają się Autoboty, a wśród nich jawi się boskie, żółte Camaro przypominają dobre chwile z poprzednich części.



Podsumowując, "Transformers: Wiek zagłady" to wizualnie interesujący, wypełniony całą masą, dobrych efektów i niezbyt skomplikowaną fabułą prawie trzygodzinny film. Osoby wybierające się do kina mogą dać odpocząć swoim szarym komórkom – w końcu chyba nie bez przyczyny kolejny film Michaela Baya ma swoją premierę w porze wakacyjnej. Ponadto, reżyser nie powiedział jeszcze ostatniego słowa, a końcowe sceny - jako dowód - pokazują, że zło jeszcze nie zostało pokonane i Autoboty z pewnością powrócą wraz z "Transformers 5".
1 10
Moja ocena:
2
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
76% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (156 głosów).
Nigdy wcześniej nie widziałem filmu, w którym byłoby więcej akcji, ani takiego, w którym byłoby mniej fabuły. Bay niestety przedobrzył. więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 83%
Michael Bay nie potrafi dotrzymywać słowa. Po nakręcenia trzeciej części trylogii "Transformers" zarzekał się, że to jego koniec przygody z tą serią. Wystarczyła jednak ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 72%