A strach będzie im obcy

Wielki, twardy facet, o włosach ostrzyżonych tuż przy skórze, kwadratowej szczęce, chrapliwym głosie, opcjonalnie: z zarostem lub blizną, ewentualnie z tatuażem. Zna sztuki walki, umie posługiwać ...
Wielki, twardy facet, o włosach ostrzyżonych tuż przy skórze, kwadratowej szczęce, chrapliwym głosie, opcjonalnie: z zarostem lub blizną, ewentualnie z tatuażem. Zna sztuki walki, umie posługiwać się każdym typem broni. Działa w imię zasad, z poczucia obowiązku, w najgorszym wypadku - dla szmalu. Brzmi znajomo? Bo mnie wydaje się, że właśnie tak można scharakteryzować najpopularniejszy wzorzec głównego bohatera z ostatniej dekady. W grach komputerowych jakieś 99 procent postaci jest takimi twardzielami, w filmach mniej więcej połowa, nawet w książkach wzrasta odsetek takich protagonistów - ku mojemu szczeremu zniesmaczeniu.

Jak w takim razie zachować życzliwe nastawienie do filmu, którego akcja skupia się wokół niewielkiego plutonu takich bezbarwnych ubersoldatów? Odpowiedź brzmi: z gigantycznymi oporami.

Historia w pigułce: przypominający katedrę statek kosmiczny wiezie na pokładzie oddział Kosmicznych Marines. Odbierają wezwanie o pomoc, z pobliskiej, bliżej nieokreślonej planety. Sygnał został wysłany ze świątyni, w której stacjonował inny oddział marines. Nie wiadomo, co tak właściwie stało się na powierzchni, ale ponieważ następna jednostka, mogąca udzielić pomocy znajduje się sześć tygodni drogi stąd, nasi żołnierze, choć nieliczni, decydują o podjęciu się misji ratunkowej.

Na powierzchni okazuje się, że planeta jest mniej więcej tak atrakcyjna turystycznie, jak przedmieścia Katowic. Zero pubów, roślinności, cywilizacji, zamiast tego - burza piaskowa i ostre, pobrużdżone erozją skały. Marines muszą odbyć spacer do świątyni, natrafić na przeciwnika, czyli siły Chaosu, trochę sobie postrzelać, stracić kilku towarzyszy broni, wyciągnąć ze świątyni dwóch ocalonych i dostarczyć ich na pokład swojego statku kosmicznego. We wszystkim tym przebija się najpierw kwestia tego, czy jeden z marinesów - dla ułatwienia nazwijmy go głównym bohaterem - Proteus, aby nadaje się na Ultramarinesa; następnie pojawia się bardziej interesujący problem, mianowicie: kto jest wciąż wiernym sługą Boga-Imperatora, a kto zaraził się Chaosem.

Kłopot z czerpaniem przyjemności z tego filmu polega na tym, że nie ma bohatera, którego problemy mogłyby obchodzić widza, że o identyfikowaniu się z którymkolwiek z nich nie wspomnę. Wszyscy są bliźniaczo podobnymi żołnierzami, do tego przez większość filmu paradują w pełnym rynsztunku, z hełmami włącznie, a to oznaczało, że wystarczyła najmniejsza chwila dekoncentracji, abym przestał odróżniać bohaterów, zwykle też nie byłem pewien, który to Proteus. Byłem w stanie odróżnić aptekarza i dowódcę, ale na tym się kończyło. Do tego, gdy postać ma twarz skrytą pod hełmem, ciężko jej wyrażać emocje - nawet, gdyby jakieś miała. A ci panowie bez wątpienia nie są sentymentalni i jak sami deklarują, nie znają strachu. Drugim słabym punktem jest tempo akcji. Marines przez jakieś półgodziny tuptają sobie po pustyni, żeby dotrzeć do świątyni. Niby ma to budować napięcie, bo gdzieś tam, kątem oka, któremuś udało się dostrzec jakiś cień, ale w rzeczywistości jest zwyczajnie nudne. Potem na chwilę eksploduje akcja, a następnie znowu mamy powolne zwiedzanie najnudniejszej planety w galaktyce.

Dla mnie niefortunne jest też to, na czym twórcy zdecydowali się skoncentrować. Najważniejsze dla nich było spacerowanie po pustyni i sceny walki. O ile jeszcze to drugie jest zrozumiałe, o tyle uważam, że pierwsze okazało się stratą czasu. Wolałbym zamiast tego odrobinę subtelniejszego napięcia, wątpliwości i wzajemnych podejrzeń - bo nie wiadomo, kto został skalany przez demony Chaosu. Może ktoś z oddziału? A może jeden z dwóch ocalonych? Może obaj? Żołnierze zwracają się do siebie "bracie", ale nie mogą już sobie ufać. Podejrzliwość, dziwne zachowanie, wzajemne oskarżenia... Tak, to mogłoby być niezłe, pozwalałoby na zwroty akcji. Niestety, to, kto zaraził się Chaosem jest dość oczywiste, możliwości, jakie ten watek otwierał przed scenarzystami nie zostały wykorzystane nawet w połowie.

Zasadniczo, to co mi się w tym filmie podoba, nie jest zasługą filmowców. Przypadł mi do gustu świat Warhammera 40000. Spodobało mi się to, że w tym świecie ludzie nie są jakimiś cudownymi bohaterami, tylko religijnymi fanatykami. Podoba mi się połączenie magii i technologii. Po prostu lubię ten klimat. I jestem skłonny przyznać, że mogę go znaleźć w odpowiedniej ilości w filmie. Sęk w tym, że poza atmosferą, ta animacja nie ma zbyt dużo do zaoferowania. A szkoda. Trzymam teraz kciuki, żeby twórcy się nie zniechęcili, a Games Workshop było skłonne współpracować przy nakręceniu następnego filmu. Tym razem, jeśli można prosić, z orkami i ich radosnym podejściem do wojenki.
1 10 6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
30% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (74 głosy).