Recenzja filmu Wojownicze żółwie ninja (2014)
Jonathan Liebesman
Grzegorz Drojewski

Żółwie w rozkroku

Liebesman nie potrafi znaleźć złotego środka. Albo ucieka się do żartów gastrycznych, albo robi z bohaterów skwaszonych zabijaków, a od niewerbalnej charakterystyki woli łopatologiczny monolog. ...
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
Nastoletnie Zmutowane Żółwie Ninja to jeden z symboli rozbestwionych lat 90. Polski epitet "wojownicze" nie do końca oddaje absurdalność połączenia, jaka wybrzmiewa z ich oryginalnej nazwy. Połączenie nastoletniości, mutacji i ninja to jednak nie tylko czysty eksces, ale i błyskotliwy chwyt marketingowy: już sam tytuł mówi młodocianemu odbiorcy niemal wszystko, co trzeba. Dlatego też, choć czterech zielonoskórych bohaterów powstało jeszcze w latach 80., to dopiero w kolejnej – sprzyjającej takim hybrydom – dekadzie wzbiła się na wyżyny popularności. Był wówczas moment, że nie dało się od żółwi uciec, nie dało się o ich istnieniu nie wiedzieć. Komiksy, seriale i figurki były wszędzie, a Leonardo, Raphael, Michaelangelo i Donatello wychowali rzesze małolatów (w tym niżej podpisanego). Znak czasów: dziś same żółwie muszą w swoim filmie komentować niedorzeczność tego przydomku. Pytanie tylko, czy asekuranctwo to dobry punkt wyjścia na tchnięcie nowego życia w te skorupy?

"Wojownicze żółwie ninja" Jonathana Liebesmana niestety padają ofiarą sprzeczności, jaka jest zaklęta już w samym koncepcie. Oryginalna inkarnacja wojowniczych gadów nie jest bowiem tą, która na dobre zapisała się w powszechnej świadomości. W pierwszych – jeszcze czarno-białych – komiksach o przygodach żółwi krew lała się strumieniami, a sami bohaterowie byli ponurymi karykaturami protagonistów opowieści Franka Millera. Wszyscy znamy jednak zielonych nastoletnich mutantów przede wszystkim w wersji spopularyzowanej przez dużo lżejszy w tonie serial animowany. Liebesman staje więc w rozkroku, próbując łączyć ogień z wodą. Z jednej strony nadaje filmowi strukturę i charakter młodzieżowej komedii, prostej i bezpretensjonalnej, z jaskrawo nakreślonymi postaciami, dosadnym humorem i bombastycznymi scenami akcji (choć w sumie dziś wyglądają tak wszystkie blockbustery). Z drugiej jednak inkrustuje to wszystko nolanizmami (kolejna plaga dużych produkcji ostatnich lat): orkiestra gra, jakby dyrygował nią Hans Zimmer, kamera pieczołowicie pokazuje wieżowce z lotu ptaka, a fabuła powiela kolejne sceny i motywy z "Batmana – Początku": od sekwencji w porcie po diaboliczny plan czarnego charakteru. Najbardziej cierpią na tym jednak same żółwie.

Tak jak w rządzących właśnie kinami "Strażnikach Galaktyki" sednem filmu powinna być chemia między głównymi bohaterami. Udało się z cyfrowym szopem i drzewem, czemu miałoby nie udać się z czwórką człekokształtnych gadów? Fundament niby jest: skrojona pod gusta wszystkich odbiorców (niczym boysband) wewnątrzgrupowa dynamika. Jak pamiętamy z serialowej piosenki: Raphael jest "cool but rude", a Michaelangelo to "imprezowy koleś". Ale żółwie miotają się tu między dwoma biegunami swojego spektrum. Niby młodzieżowe, a jednak napakowane niczym mięśniaki z siłowni (w jednej ze scen zresztą… szprycują się adrenaliną – niezbyt fortunny pomysł). Niby beztroskie, a jednak z wciąż zasępionymi minami. Ta sprzeczność jest co prawda fundamentalna dla ich sukcesu (z jednej strony "teenage", a z drugiej jednak "ninja"), ale Liebesman nie potrafi znaleźć złotego środka. Albo ucieka się do żartów gastrycznych, albo robi z bohaterów skwaszonych zabijaków, a od niewerbalnej charakterystyki woli łopatologiczny monolog. Nie pomaga mu też ekipa speców od efektów specjalnych, która obładowuje żółwie kilogramami zbędnych gadżetów (łańcuszki, okulary, zbroje, przypinki), gubiąc gdzieś prostotę oryginalnego projektu. Zdecydowanie lepiej wypadały stare-i-dobre gumowe kostiumy Jima Hensona z oryginalnych filmów z lat 90. W przeciwieństwie do tych nowych żółwi, tamte były też sympatyczne.

Mimo prostoty fabuły w filmie brakuje oddechu. Ta prostota bierze się zresztą też stąd, że scenarzyści iście po hollywoodzku przejechali się po materiale źródłowym i postanowili połączyć ze sobą wszystkie wątki. Tak więc w genezę żółwi zaplątany jest nie tylko zły mistrz ninja Shredder czy naukowiec/milioner William Sacks (William Fichtner), ale i sama April O’Neil (Megan Fox), dziennikarka i pierwsza ludzka przyjaciółka żółwi. Shredder – etatowy przeciwnik zielonoskórych mutantów – sprowadzony jest tu zresztą zaledwie do roli osiłka. Niby to on stoi za całym złem, ale nie dostaje zbyt wiele do roboty poza stroszeniem swoich ostrzy i malowniczym pojedynkowaniem się z bohaterami. O’Neil jest już bliższa komiksowego i serialowego oryginału. Megan Fox zresztą poniekąd gra tu siebie samą: dziennikarkę z ambicjami, która nie może uwolnić się od wizerunku ekranowego kwiatka do kożucha. Cóż, emploi tą rolą nie przełamie.

Jak na film wyprodukowany przez Michaela Baya, "Wojownicze żółwie ninja" – mimo wszystko – zaskakująco trzymają się kupy. Choć aż roi się tu od głupot mniejszych i większych, całość ma tempo i "ogląda się". Trudno zresztą wytykać twórcom rozmaite absurdy fabularne, skoro próbują nam opowiedzieć historię o zmutowanych człekokształtnych żółwiach. Ale nie da się ukryć, że w przetrwaniu seansu bardzo pomaga łaskawy metraż (zaledwie 101 minut wobec niemiłosiernych stu sześćdziesięciu pięciu w "Transformers: Wieku zagłady" Baya). Żółwie wróciły – nie do końca pewne tego, czego chcą i jak mają się nam zaprezentować – ale obyło się bez kompromitacji. Powrotu na popkulturowe szczyty jednak nie wróżę.
  
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 65% uznało tę recenzję za pomocną (193 głosy).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)