Recenzja filmu Zdychaj, tatulku! (2018)
Kirill Sokolov

Dorwać starego

Młodego reżysera nie interesuje ani twórcze sięganie do historii kina, ani zaproszenie odbiorcy do udziału w postmodernistycznej grze skojarzeń. Nie chodzi mu nawet o pochwalenie się kinofilską ...
Filmweb sp. z o.o.
Pablo Picasso miał kiedyś powiedzieć, że dobrzy artyści kopiują, a wielcy kradną. Choć słowa te wielokrotnie znajdowały potwierdzenie w rzeczywistości, nie brakuje twórców będących niechlubnymi wyjątkami od reguły. Kirill Sokolov, który w swoim debiucie pełnymi garściami czerpie z dorobku bardziej utalentowanych kolegów po fachu, jest tego wzorcowym przykładem. Trudno bowiem mówić o szlachetnej inspiracji, kiedy niemal każdy element dzieła przywodzi na myśl jakiś inny tytuł. I żeby była jasność — nie chodzi tu o żadne nowofalowe perełki, zapomniane klasyki japońskiej kinematografii czy niecieszące się uznaniem krytyków, lecz mające swój urok włoskie pulpy. Błyskotliwe połączenie tych elementów mogłoby zachwycić widownię. Młodego reżysera nie interesuje ani twórcze sięganie do historii kina, ani zaproszenie odbiorcy do udziału w postmodernistycznej grze skojarzeń. Nie chodzi mu nawet o pochwalenie się kinofilską erudycją. Za punkt honoru postawił sobie za to całkowicie odtwórcze wykorzystanie fragmentów ulubionych filmów: "Przekrętu" Guya Ritchie'ego, "Kill Billa" (ale tylko pierwszej części) i "Django" Quentina Tarantino oraz "Trainspottingu" Danny’ego Boyle’a.

photo.title

Oczywiście w samym nawiązywaniu do akurat tych dzieł nie ma niczego złego. Problemem jest sposób, w jaki Sokolov się do tego zabiera. Gdyby przerysowana przemoc i teledyskowy montaż służyły mu jedynie jako środki do opowiedzenia oryginalnej historii, nie miałabym nic przeciwko. Niestety, człowiekowi stojącemu za kamerą "Zdychaj, tatulku!" wyraźnie brakuje gawędziarskiego talentu, jakim cieszą się jego idole, nie ma też ucha do dialogów. Co za tym idzie, nie dysponuje on niczym, co mogłoby przyciągnąć uwagę widza. Bohaterowie pozbawieni są elementarnej głębi psychologicznej, a jedyne, co napędza ich do działania, to torba pieniędzy (okej, mogę sobie wyobrazić, że istnieją ludzie gotowi poświęcić swoje ideały dla kilkuset tysięcy dolarów, ale akurat ci nie znają żadnych granic: przyjaźń, miłość czy więzy rodzinne nie mają dla nich najmniejszego znaczenia). Na ich tle zapewne miał się wyróżniać protagonista, lecz i w tym przypadku musimy Sokolovowi uwierzyć na słowo. Matwiej (Aleksandr Kuznetsov), który pewnego dnia puka do drzwi ojca swojej dziewczyny, wpływowego oficera policji, skrywa za plecami młotek. Fakt ten powinien wzbudzić wątpliwości co do czystości jego intencji. Reżyser ma na to jednak proste rozwiązanie: ubiera chłopaka w bluzę z ogromnym logiem Batmana. Po co silić się na rozbudowywanie postaci, skoro wszystko można załatwić jedną komiksową referencją?

photo.title

Teoretycznie film Sokolova ma wszystko, co miłośnicy czarnych komedii lubią najbardziej. Krew tryska fontannami, głowy bohaterów są pełne makabrycznych pomysłów na zadanie przeciwnikowi bólu, a dialogi skrzą się wulgaryzmami. W praktyce, jak na historię mającą zapewnić widzowi niezobowiązującą zabawę, "Zdychaj, tatulku!" jest dziełem niemiłosiernie nużącym. Winę za to w równej mierze ponosi zapatrzenie reżysera w zachodnich twórców i bezmyślne kopiowanie ich stylu, co totalne zignorowanie wątków, które mogłyby nadać produkcji autorskiego rysu. Wprawdzie Sokolov kilkakrotnie robi podejście do poważnych tematów, jak korupcja w policji czy sytuacja społeczna kobiet, jednak za każdym razem prześlizguje się po nich, wracając na bezpieczne terytorium kina rozrywkowego. Rzecz jasna nie oczekiwałam traktatu o miejscu człowieka w autorytarnym państwie na miarę "Lewiatana" Andrieja Zwiagincewa. Byłoby jednak miło, gdybym dostała coś więcej niż krwawą jatkę bezwstydnie ściągniętą od Quentina Tarantino.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 23% uznało tę recenzję za pomocną (13 głosów).
Ewelina Leszczyńska
ocenia ten film na:
1 10 2/10 bardzo zły
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię