Recenzja filmu

Zwyczajna dziewczyna (2016)
Lone Scherfig
Gemma Arterton
Sam Claflin

Scenariusz na życie

Na film Scherfig możecie bez obaw zabrać zarówno drugą połówkę, rodziców jak i dziadków. To rzadki dziś okaz kina rozrywkowego, które w harmonijny sposób łączy ironiczny humor, wzruszenia oraz ...
Londyn, rok 1940. Niemieckie samoloty regularnie bombardują miasto, zamieniając kolejne domy i kamienice w zagruzowane grobowce. Gdy opada dym i dogasa ogień, ukryci w schronach mieszkańcy wracają do swoich codziennych obowiązków. Wojna wojną, ale trzeba przecież zarobić na czynsz! Aby podreperować domowy budżet, młoda mężatka Catrin zatrudnia się przy produkcji sponsorowanego przez rząd filmu o ewakuacji Dunkierki. Obdarzona lekkim piórem i ciętym językiem bohaterka ma wymyślać kwestie wygłaszane przez damskie postaci. Szybko okazuje się, że pisanie "gadek-szmatek" to nie wszystko, co Catrin potrafi. Czy jednak otaczający ją zewsząd, przekonani o własnej wielkości faceci będą w stanie zaakceptować kobietę jako równorzędnego partnera?



Nowe dzieło Lone Scherfig można traktować jako opowieść o miękkiej emancypacji. Demontaż muru samczych uprzedzeń odbywa się tu bowiem bez ideologicznych sporów i dramatycznych gestów. Grana przez Gemmę Arterton bohaterka nie hamletyzuje, nie roni łez, tylko cierpliwie  dzień po dniu dowodzi własnej wartości poprzez ciężką pracę. Jednocześnie dąży do tego, by powstający "ku pokrzepieniu serc" film nie utrwalał krzywdzącego stereotypu płci pięknej jako bezwolnych dam w opałach. Poprawiając scenariusz, Catrin poprawia również siebie: staje się bardziej asertywna, nabiera śmiałości i zrzuca gorset konwenansów. Arterton, którą wielbię bezgranicznie od czasów "Dziewczyn z St. Trinian", jest w tej roli świetna - nie szarżuje, wygrywa półtony, a pod maską ułożonej pensjonarki skrywa godność i niezłomny charakter.




"Zwyczajna dziewczyna"
to także urocza komedia o trudach służby X Muzie. Scherfig pokazuje, jak scenarzyści dwoją się i troją, by spełnić (nierzadko absurdalne) zachcianki kolejnych decydentów. Ktoś domaga się wprowadzenia do fabuły żołnierza sojuszniczej amerykańskiej armii. Ktoś inny ciska piorunami, bo ubrdał sobie, że film stawia w złym świetle brytyjskie stocznie. Polem nieustannej bitwy okazuje się także plan zdjęciowy. Tu zagrożeniem może być zarówno wadliwy sprzęt jak i przerośnięte ego aktora. Gra jest jednak warta świeczki. Kino - nawet to niewysokich lotów - potrafi nieść pocieszenie, dawać oddech od dławiącej rzeczywistości, a także inspirować do odważnych zmian. Jego terapeutyczna funkcja nabiera znaczenia zwłaszcza w niespokojnych czasach.




Na film Scherfig możecie bez obaw zabrać zarówno drugą połówkę, rodziców jak i dziadków. To rzadki dziś okaz kina rozrywkowego, które w harmonijny sposób łączy ironiczny humor, wzruszenia oraz parę niegłupich refleksji. Obowiązkowy wątek romansowy poprowadzony jest lekką ręką, eleganckie zdjęcia Sebastiana Blenkova ("Jabłka Adama") dostarczają oczom sporo przyjemności,  a błyszczący na drugim planie Bill Nighy kradnie show jako łaknący poklasku, narcystyczny aktor Ambrose Hilliard. "Zwyczajna dziewczyna" świata może nie zmieni, ale na dwie godziny z pewnością uczyni go bardziej znośnym.
1 10
Moja ocena:
7
Łukasz Muszyński
Zastępca redaktora naczelnego Filmwebu. Stały współpracownik radiowej Czwórki. O kinie opowiada regularnie także w TVN, TVN24, Polsacie i Polsacie News. Autor oraz współgospodarz cyklu "Movie się",... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
77% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (84 głosy).