Głosy w głowie

Jak głosi stara prawda, twojego krzyku może i kosmos nie usłyszy, ale myśli już przed nim nie ukryjesz.
"CHORUS" - recenzja
Nara, niegdyś jedna z czołowych pilotek sekciarskiego Kręgu, który unicestwia heretyckie galaktyki sektor po sektorze, dzisiaj buntowniczka występująca przeciwko niedawnym towarzyszom, równie często co z wrażymi statkami bojowymi siłuje się z tym, co przemyka jej przez głowę. Monologizowanie tej skruszonej zbrodniarki wojennej, której poczynaniami przyjdzie nam kierować, towarzyszy narracji i tworzy narrację, a to ciekawy proces, bo wypowiadane przez nią na głos słowa nierzadko gryzą się z tym, co faktycznie myśli.



Zabieg to interesujący, acz miejscami może i odrobinę przytłaczający, bo bywa, że gęste dialogi odwodzą nas od tego, co dzieje się na ekranie. Zwłaszcza że do głosu dochodzą tu prędko i inne postacie, na czele z rozumnym myśliwcem, Opuszczonym, który jest nam i narzędziem, i kompanem. Ostatecznie jednak to właśnie swoiste duchowe obnażanie się Nary buduje tę trudną do lubienia postać lepiej niż jej eksplozywne czyny.

A wydarza się tutaj niemało, bo, jakkolwiek by było, "Chorus" to przecież kosmiczny shooter, gdzie śmigamy stateczkiem i prujemy do wszystkiego, co lata, ale i na poziomie fabularnym jest to rzecz angażująca na tyle, że łatwo się do tej gry przywiązać. Co jest niejako konieczne, bo pierwsza godzina czy dwie, będące zaledwie rozgrzewką zaznajamiającą nas ze światem, intrygą i mechanikami, to nie dynamiczny sprint, lecz mozolne brodzenie przez błocko.



Ale kto się przemęczy, ten zostanie wynagrodzony, bo za rogiem czeka multum możliwości, dzięki którym kosmiczne batalie sprawiają masę radochy. Nara dysponuje bowiem nie tylko rzeczonym statkiem, z którym prowadzi ciągłe konwersacje, ale i tak zwanymi Rytuałami, czyli specjalnymi zdolnościami dającymi jej przewagę nad przeciwnikiem. Są to nie tylko umiejętności stricte ofensywne, jak rażenie przeciwnika elektrycznością. Ich przeznaczenie bywa zależne od zastanej sytuacji, czyli dzięki teleportowi przeniesiemy się na drugą stronę energetycznej bariery, ale też i siądziemy wrogowi na ogonie. Od samego początku Nara dysponuje skanerem terenu, który pokazuje lokalizację tego, co jest nam w danej chwili niezbędne, a po prędkim zjednoczeniu się z naburmuszonym Opuszczonym możemy korzystać także z daru dryfowania.



Sam myśliwiec wyposażony jest w trzy rodzaje broni, z czego działko maszynowe skutecznie patroszy nieopancerzone statki, laser służy do rozbijania osłon, a rakiety są dość uniwersalne, acz niełatwo nimi trafić. Każdy sprzęt, a także i sam pojazd można ulepszać dzięki znajdowanym lub zdobywanym częściom albo wymienić na lepszy, płacąc zarobionymi kredytami. Opcjonalne misje poboczne pomogą szybciej osiągnąć wyżej wymienione cele, aczkolwiek, choć gra nie jest długa, po jakimś czasie odpuściłem je sobie zupełnie, gdyż pętla rozgrywki jest tutaj mało zróżnicowana, mimo jej niezaprzeczalnej atrakcyjności. Dlatego, bojąc się monotonii, skupiłem się na głównych zadaniach.



Batalie toczone przez Narę z piratami i oddziałami Kręgu potrafią być jednak czystym złotem, zwłaszcza gdy opanujemy już dostępne nam możliwości i znamy siły i słabości wroga. Wtedy przełączanie między rodzajami broni i umiejętne korzystanie z mocy przypomina cyrkową żonglerkę. Bywają też potyczki męczące, zwłaszcza z mało ciekawymi bossami, a nawet i całe nużące poziomy, bo przebijanie się przez kosmiczne świątynie, gdzie kryją się poukrywane Rytuały, to coś irytująco frustrującego. Dodając do tego nierozważnie rozmieszczone punkty zapisu, zwykle zmuszające nas do powtarzania całej misji, nietrudno przewrócić oczyma.

Zwykle "Chorus" nadrabia te niedostatki intuicyjnym gameplayem sprawiającym, że samo latanie po otwartym kosmosie daje niemałą frajdę. Bo choć design poszczególnych misji nie jest może specjalnie nowatorski, to graficzne gra studia Fishlabs (do tej pory zajmującego się głównie grami na urządzenia mobilne) jest starannie dopracowana. Z rzadka tylko ucywilizowana, bezkresna przestrzeń jest majestatyczna i nieokiełznana, daje poczucie kowbojskiej swobody.



Chociaż jest to dla niemieckiej ekipy debiut na duże konsole, trudno wybaczyć niektóre potknięcia wynikające z nieprzemyślanych decyzji projektowych, które wymieniłem powyżej, oraz niedopracowanie na poziomie detali (chociażby niekonkretne znaczniki), bo powtarzające się na przestrzeni całej rozgrywki potrafią wytrącić z klimatu. Ale jest to na pewno dobry prognostyk dla dalszej kariery Fishlabs, bo "Chorus" od bycia grą bardzo dobrą dzieli niewiele.
1 10
Moja ocena:
7
Bartosz Czartoryski
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
60% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (5 głosów).