Monkey and Trip to the West

Jest wiele dobrych tytułów, które dostają niemal same przychylne oceny od prasy, jednak zainteresowanie nimi jest nikłe, a sprzedaż słaba. Choć sam słyszałem o "Enslaved: Odyssey to the West" od ...
Jest wiele dobrych tytułów, które dostają niemal same przychylne oceny od prasy, jednak zainteresowanie nimi jest nikłe, a sprzedaż słaba. Choć sam słyszałem o "Enslaved: Odyssey to the West" od dawna, dopiero teraz w nią zagrałem. Na samym wstępie powiem, że fabuła, rozgrywka i piękne lokacje czynią ją jednym z takich tytułów.




Bohater budzi się w klatce, witany - cynicznie miłym - głosem na "Statku niewolniczym 909". Po kilku wściekłych próbach oswobodzenia się z okowów trafia na łut szczęścia - ktoś zwalnia blokady wszystkim niedoszłym niewolnikom. Gdy ledwo udaje mu się ujść z życiem po katastrofie statku, zbawiciel okazuje się następnym ciemiężcą. Dziewczyna, która doprowadziła do awarii, umieszcza na głowie naszego bohatera obręcz, a ta sprawia, że trzeba wykonać każde jej polecenie.



Gatunek gry należy do rzadko eksploatowanej "post-postapokalipsy". Ludzi niewiele, na każdym kroku czyhają wraże mechy, a mocno podupadłe budynki zarastają wszędobylskie rośliny. Podobnie jak w "The Last of Us", najciekawszym elementem gry jest rozwijająca się więź między bohaterami - delikatną, ale technicznie uzdolnioną Tripitaką oraz napakowanym i zręcznym Monkey (ang. małpa), którym to właśnie przyjdzie nam sterować. Od razu widać zresztą, że zasłużył na swoją ksywkę - potrafi w mig dostać się w nawet najtrudniejsze miejsca, a takiej długości skoku jak on nie posiada żaden bohater serii "Assassin's Creed".



Początkowo, z wiadomych powodów, negatywnie nastawiony do siebie duet szybko odkrywa, że doskonale się uzupełnia w tytułowej odysei na Zachód. W miejscach, gdzie czyhają automatyczni snajperzy, Trip przywoła holograficzną iluzję, odciągając ich uwagę. Znowu, gdy zostaną zaskoczeni przez atakujących wręcz przeciwników, Monkey kijem pogruchocze im metalowe czaszki. Samo gruchotanie nie jest zbyt skomplikowane. Posłuży nam do tego dwuręczny kij - są standardowe szybki-słabszy i mocny-wolniejszy cios, blok, oraz możliwość strzelania. Szkoda, że twórcy nie pomyśleli o zaimplementowaniu kombosów. Za zebrane z wrogów świecące kulki można co prawda odblokować dwa dodatkowe ruchy, ale nadal walka nie jest tak płynna jak mogłaby być. Ulepszać można jeszcze życie, tarczę oraz siłę ciosu, ale nie jest to wyjątkowo odczuwalne.



Absolutnie fantastycznym przerywnikiem między potyczkami a wspinaczką są sekwencje z Cloud - chmurką, która pozwala Monkiemu na szybowanie tuż nad wodą. Szumiące morze, krzyki mew, mieniące się wszelkimi odcieniami zieleni zarośnięte wieżowce w oddali i perfekcyjnie pasująca, klimatyczna muzyka sprawiały, że czułem spory niedosyt, gdy zbyt szybko ukończyłem ten poziom. Szkoda, że tych sekwencji jest tylko kilka, kupiłbym i osobną grę z owym pojazdem w roli głównej. Sama muzyka jest niezwykle filmowa. Dostosowuje się do akcji idealnie, a kilka kawałków na stałe zagościło na mym odtwarzaczu. Wizualnie gra również jest piękna - Unreal Engine 3 nadal daje radę, a Trip to jedna z niewielu cyfrowych bohaterek, która mi się podoba.



Z pewnością warto wspomnieć o doskonałym voice-actingu. Andy Serkis (Władca Pierścieni, Hobbit) w roli protagonisty oraz mniej znana Lindsey Shaw jako Tripitaka to niespotykane duo. Nie zżyłem się tak z bohaterami od długiego czasu, a ukazywane przez nich emocje nie mogłyby być bardziej wiarygodne.



Przejście "Enslaved: Odyssey to the West" zajmuje ok. 10-12 godzin i żadnej chwili spędzonej z tym tytułem nie żałuję. Wygibasy małpiego bohatera mają szansę się spodobać zwłaszcza miłośnikom oryginalnego "Dragon Balla" - oba tytuły bazują na chińskim dziele "Journey to the West". Gorąco polecam!
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
100% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (11 głosów).
Udostępnij: