Recenzja Sezonu 2

Strefa gangsterów (2025)
Anthony Byrne
Guy Ritchie
Tom Hardy
Helen Mirren

Wszystko jedno

Fani serialu poczują się jak w domu – produkcja nadal pozostaje brutalna, bezpardonowa, i lawirująca gdzieś między brytyjską pulpą a kinem gangsterskim wysokich lotów.
Wszystko jedno
źródło: materialy promocyjne
Recenzja odcinków 1-4

Georgi Gospodinow napisał kiedyś, że każda opowieść musi skończyć się narodzinami lub śmiercią. Bułgarski pisarz chyba się mylił – pod koniec pierwszego sezonu "Strefy gangsterów" Harry (Tom Hardy) co prawda został dźgnięty nożem przez swoją żonę Jan (Joanne Froggatt) i mógł wylądować w trumnie, jednak jakimś (scenariopisarskim!) cudem przeżył. No i nikt w międzyczasie się nie urodził. Gospodinow pewnie nie przewidział, że w serialowej machinie postaci i historie są wieczne – będą trwały, póki jest na nie popyt, a liczby zgadzają się w Excelu.

Harry wciąż żyje, oddycha, zdaje się być zdrowy, ale i tak mu wszystko jedno – w nowym sezonie serialu jego świat zaczyna się wreszcie walić. To było do przewidzenia, poprzednie dziesięć odcinków ukazało nam wystarczająco wiele powiewających czerwonych chorągiewek. Tylko Harry, wiecznie w robocie i pod telefonem (facet od zadań specjalnych w tej pracy nie posiada prawa do choćby jednego dnia wolnego) nie miał prawa ich zauważyć. Wpatrzony był w dany moment, a nie przed siebie. Niby zawsze dwa kroki do przodu (jako fixer Harriganów przewiduje każdy możliwy scenariusz), ale ten trzeci – związany z jego własnym mikrokosmosem – był już poza jego zasięgiem. Zbyt często ignorował potrzeby rodziny, stawiając ją – realnie – na ostatnim planie. Teraz pora na efekty tych wszystkich działań. Wojna gangów w Londynie wisi w powietrzu, gdy znienacka pojawia się tajemniczy Frankie (rewelacyjny Johnny Flynn) paraliżujący Harriganów. Charakterem przypomina Jimmy'ego w interpretacji Jacka O'Connella ze "Świątyni kości". Być samemu u progu apokalipsy? Tego Harriganowie nie życzyliby nawet swoim najgorszym wrogom.



Fani serialu poczują się jak w domu – produkcja nadal pozostaje brutalna, bezpardonowa, i lawirująca gdzieś między brytyjską pulpą a kinem gangsterskim wysokich lotów. Już pierwsza, krwawa i pełna ofiar sekwencja serialu – ukazująca gwałtownego Pierce'a Brosnana i wiecznie analizującą Helen Mirren w akcji – wyznacza myśl przewodnią tego sezonu. To będzie walka starości z młodością; doświadczenia z butą, chłopskiego rozumu z kalkulacją, dystansu z powagą. A gdzieś pośrodku tego wszystkiego znajdzie się Harry, który nie wie, po jakiej stronie barykady stanąć. Najchętniej spakowałby wszystkie swoje graty i ratował własne małżeństwo, póki żona chce jeszcze pójść wspólnie na terapię.

Ten nasz Harry nie ma tutaj lekko  — nie chce zwierzyć się starym Harriganom (ani tym młodym). W ten pewien niezdrowy sposób stara się nie wnosić tego, co prywatne, za drzwi swojego biura (którego notabene nie ma). Szkoda tylko, że przez lata robił na odwrót – już w drugim sezonie możemy to zobaczyć, gdy Harry, podczas terapii małżeńskiej, otrzymuje ważny telefon i musi wyjść w środku sesji. A, no i właśnie – komórek ma kilka, każda od innego kryzysu w pracy, a tylko jedna dedykowana rodzinie. Przy takim rozłożeniu sił miłość i dobre chęci nie mają prawa wygrać.

Nic dziwnego, że Harry zwierza się – nieoczekiwanie – młodemu chłopakowi, którego musiał porwać, by następnie go przesłuchać, szantażować i przekazać mu nowe dyrektywy. Nie liczy na to, że ten go zrozumie, Harry przecież o tym wie. Chodzi wyłącznie o wygadanie się komuś z zewnątrz, bo nasz anty-bohater z odcinka na odcinek coraz bardziej rozumie, że postawił na złego konia. Lojalność wobec Harriganów nie była warta tych wszystkich nerwów. Tym bardziej, że w domu szurniętej rodzinki nie dzieje się dobrze, a widmo rozłamu czyha tuż za rogiem. Każdy zajmuje się wyłącznie własnym interesem, a więzy rodzinne przestają mieć znaczenie, gdy w grę wchodzi władza, a zatem poczucie wyższości nad całą resztą bliskich im dusz. 



Nie bardzo wiadomo, dokąd ten serial zmierza – ale w przyszłych epizodach na pewno dojdzie do jakiejś eskalacji, polecą co niektóre głowy, poleje się krew, a losy gangsterskiego – i zwaśnionego – Londynu zmienią się już na zawsze. Tylko co z tym biednym Harrym, któremu chyba zaczyna być wszystko jedno? Czy pójdzie własną drogą i odwróci się plecami od swoich pracodawców? 

Facet, który w ułamku sekundy traci cały swój świat, to niebezpieczny gatunek. A jak to śpiewał niegdyś Taco Hemingway: Każdy król opuścił kiedyś berło / Wszystko jedno, wszystko jedno / Mury Wokół Twego serca legną / Ja umrę dziś, a Ty ze mną". Aż chciałoby się usłyszeć ten utwór przy napisach końcowych jednego z odcinków.
1 10
Moja ocena serialu:
9
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Recenzja Sezonu 1 serialu Strefa gangsterów
W czasach, kiedy to antyherosi stali się dla nas półbogami, twórcy pokroju Guya Ritchiego widzą w tym... czytaj więcej