Relacja

CANNES 2013: Mistrz Polański i Marion Cotillard mówiąca po polsku

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/CANNES+2013%3A+Mistrz+Pola%C5%84ski+i+Marion+Cotillard+m%C3%B3wi%C4%85ca+po+polsku-96033
Festiwal w Cannes dobiegł końca. Organizatorzy najlepszy film imprezy (przynajmniej w mojej ocenie) zostawili na koniec. "Wenus w futrze" to powrót Romana Polańskiego do wielkiej reżyserskiej formy. Wcześniej pokazano "The Immigrant", który dla nas jest o tyle ciekawy, że opowiada o Polce w Nowym Jorku. Polkę zagrała jednak Francuzka Marion Cotillard.

Sztuka życia


Jedno pomieszczenie. Dwoje aktorów. To wystarczy, by stworzyć film ocierający się o genialność. Roman Polański powrócił na szczyt kinowego Olimpu, gdzie nie było go już od wielu, wielu lat.

"Wenus w futrze" nie jest pierwszym równie skromnym obrazem w karierze Polańskiego. Wystarczy przypomnieć niedocenianą przez wielu "Śmierć i dziewczynę". Zresztą podobieństw z tym filmem jest więcej. Jak choćby to, że w obu antagonistami są mężczyzna i kobieta. Tym razem jest to reżyser i aktorka starająca się o tytułową rolę. To, co obserwujemy na ekranie, to starcie dwóch osobowości, walka o wpływy i dominację. Całość można oglądać jako niezobowiązującą komedyjkę, pełną ciętych dialogów i brawurowych popisów sztuki aktorskiej. Ale można też spojrzeć na film jak na wysublimowaną ucztę intelektualną, oferującą wiele poziomów interpretacji.

Jest więc "Wenus w futrze" historią o ożywionym micie. Twórca staje się tu kapłanem, spadkobiercą antycznej tradycji, gwarantem trwania olimpijskich bogów. Ale z darem, jakim jest talent, wiążą się i obowiązki, z których twórca może być rozliczony. W tej interpretacji aktorka jest boginią przebywającą w teatrze incognito. Wystawia na próbę pewnego siebie autora i odpowiednio go traktuje.

Można też "Wenus w futrze" traktować jako rozprawę na temat dzieła, więzi, jaka nawiązuje się między autorem a tym, co on stworzy, oraz autonomii, jakiej sztuka/film nabiera, kiedy przefiltrowywana jest przez cudze punkty widzenia. Polański pokazuje, jak bezbronny staje się twórca, kiedy oddaje swoje dzieło w cudze ręce. Wtedy to bowiem, zupełnie nieświadomie, odsłania przed innymi (a często i sobą) tajemnice, o których istnieniu nie miał pojęcia. "Wenus w futrze" jest także opowieścią o relacji reżyser-aktor, o ciągłej wojnie, o stereotypach, które zaburzają interakcje, i fascynacji, jaka ostatecznie staje się udziałem obu stron.

Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę fakt, że grający reżysera Mathieu Amalric bardzo przypomina Polańskiego, a grająca aktorkę Emmanuelle Seigner w życiu prywatnym jest żoną Polańskiego, możemy całość uznać za jeden z jego najbardziej osobistych filmów. "Wenus w futrze" staje się wtedy hołdem złożonym żonie, która jawi się jako bogini, muza, tyranka, ale i prawdziwie kochająca partnerka. Polański zaś odsłania tu swoje targane wątpliwościami wnętrze.

Niezależnie od tego, czy będzie się bawić w głębokie interpretacje, czy też nie, "Wenus w futrze" powinna Was zachwycić. Genialnie rozpisane dialogi, świetnie zagrane postaci i ta niepowtarzalna dynamika wynikająca z zaufania aktorów wobec reżysera. Od czasu "Frantica" żaden film Polańskiego nie zrobił na mnie tak piorunującego wrażenia. Mam nadzieję, że z Wami będzie podobnie.

Polka cierpiąca

W zasadzie powinienem pogratulować Jamesowi Grayowi. Filmem "The Immigrant" udowodnił, że świetnie rozumie ducha polskości. Jego obraz doskonale wpisuje się w bardzo u nas popularny obraz martyrologiczny Polki cierpiącej i wierzącej. Tyle tylko, że dla mnie to nie jest wcale zaleta. Mam dość polskich filmów, które epatują biednymi polskimi kobietami niosącymi ze zbolałą miną swój krzyż. Od amerykańskiego twórcy spodziewałem się innego spojrzenia na polskość i Polaków. Tak się jednak nie stało.

Gray miał bardzo ambitny pomysł. "The Immigrant" rości sobie pretensje do bycia historią rodzinnego miasta reżysera. Gray przypomina czasy wielkiej emigracji, kiedy do Nowego Jorku przybywały setki ludzi z Europy w poszukiwaniu lepszego życia. Bohaterką jest Ewa, która wraz z siostrą dotarła do Ameryki z Katowic, zostawiając za sobą tragiczne wspomnienia z czasów I wojny Światowej. Niestety, na miejscu wcale nie jest lepiej. Magda, siostra Ewy, zostaje zatrzymana z powodu gruźlicy. Ewa natomiast zamiast wuja i ciotki spotyka mężczyznę, który oferuje jej pomoc w pozytywnym załatwieniu sprawy siostry. W zamian oczekuje od niej sprzedawania swojego ciała za pieniądze. Mężczyzna ów wkrótce sam zostanie oczarowany polskimi wdziękami, co tylko skomplikuje sprawę, kiedy w życiu Ewy pojawi się kolejny mężczyzna.

Historia Nowego Jorku jako miasta emigrantów i marzycieli miesza się tu z – w zamyśle – opowieścią o tragicznym trójkącie miłosnym. Zatrudniając do głównych ról Cotillard, Phoeniksa i Rennera, Gray wyraźnie pokazuje, że miał nadzieję zrealizować melodramat, który mógłby rywalizować z najsłynniejszymi tytułami gatunku. Z przykrością muszę stwierdzić, że nadziei tych nie udało się reżyserowi zrealizować. Relacje pomiędzy trójką bohaterów nie mają w sobie siły mitotwórczej. Głównie za sprawą kiepskiej głównej bohaterki. Cotillard można podziwiać za wysiłek, jaki włożyła w naukę języka polskiego, ale za nic więcej. Ewa to postać kiczowata, zlepek najbardziej oczywistych stereotypów. Szczytem złego smaku jest scena spowiedzi, kiedy Gray pokazuje bohaterkę w taki sposób, by jednoznacznie kojarzyła się nam z Matką Boską z obrazów pasyjnych.

Jedynym udanym momentem w całym filmie jest scena wyznania Brunona. Grający go Joaquin Phoenix jest w niej piekielnie dobry. Z wielką mocą pokazuje tragizm bohatera, który świadom jest własnych uczuć, lecz nie potrafi wyzwolić się z ograniczeń, jakie narzucił sobie, czyniąc z siebie twardego człowieka zorientowanego na sukces i osiągnięcie własnych celów. Jedna scena, niestety, nie jest w stanie zbawić całego filmu. I choć Phoenix wychodzi obronną ręką, "The Immigrant" ostatecznie okazuje się rozczarowaniem.
Udostępnij: