Relacja

CANNES 2017: Glina i soju

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/CANNES+2017%3A+Glina+i+soju-123309
To nie był najlepszy dzień na festiwalu w Cannes. Michał Walkiewicz recenzuje biografię Auguste'a Rodina autorstwa weterana Jacques'a Doillona, a także koreańską propozycję stałego bywalca imprezy, Honga Sang-soo, czyli "The Day After".  


***

Na glinianych nogach (rec. filmu "Rodin")

Filmowego Auguste'a Rodina (Vincent Lindon) poznajemy podczas pracy nad dantejską Bramą Piekieł, opus magnum rzeźbiarza i częściową kompilacją innych wielkich dzieł, m.in. "Myśliciela" i "Pocałunku". Zlecenie, którego realizacja miała potrwać pięć lat, zabrało niemal cztery dekady jego życia. Analogicznie, dwugodzinny film Jacques'a Doillona sprawia wrażenie, jakby trwał piętnaście lat. To wyzuta z pasji, szaleństwa i miłości opowieść o człowieku, który potrafił pasję, szaleństwo i miłość zamienić w ciało stałe. 

Złoto, srebro, brąz, później kamień i drewno, a wreszcie glina – oto hierarchia rzeźbiarskich tworzyw. Hierarchia, którą Rodin – jak sam mówi – odwrócił. W filmie widzimy go umazanego gliną, zgarbionego, przeszywającego wzrokiem wszelką materię; w nieustannym i "fotogenicznym" (czytaj: kiczowatym) szale tworzenia. Rzeźbiarz pochyla się, marszczy brwi, chrząka i wodzi ręką w powietrzu, jakby właśnie lepił Adama w rajskim ogrodzie. Zza węgła obserwuje go uczennica Camille Claudel, rozerotyzowana, cały czas na granicy płaczu i miłosnej deklamacji. Ich relacja jest kośćcem filmu; to opowieść o związku człowieka, którego świat mieści się w misie z gliną, oraz utalentowanej rzeźbiarki, która najpierw ogrzewa się w blasku mistrza, a później nie może wyjść z jego cienia. Opowieść, którą Bruno Nuytten zamienił w fascynujące studium obłędu i do której ponurą kodę w "Camille Claudel 1915" dopisał Bruno Dumont

W filmie Doillona Rodin i Claudel nie są ani ciekawi, ani inspirujący. Chociaż Vincent Lindon spala się do cna, by oddać wewnętrzne rozdarcie artysty, a Izia Higelin próbuje nasycić swoją bohaterkę szaleństwem i smutkiem, scenariusz całkowicie podcina im skrzydła. To stek piramidalnych banałów o związkach sztuki z życiem oraz wygłaszanej z kamienną twarzą, pretensjonalnej poezji. Reżyser postawił sobie za punkt honoru, by ekwiwalentu artystycznej maestrii Rodina szukać nie w języku filmowym, ale w literaturze. 

Całą recenzję można przeczytać TUTAJ

***


W jutrzejszym odcinku (rec. filmu "The Day After")

On, ona i ta trzecia. A zapewne również czwarta, piąta i szósta, gdyż bohater nowego filmu Honga Sang-soo sztukę kłamstwa opanował do perfekcji. Poznajemy go przy śniadaniu, w rozmowie z żoną, która pół żartem, pół serio pyta, czy ten ma kochankę. Bong-wan (Kwon Hae-hyo) siorbie zupę, popija soju i milczy, próbując ukryć zakłopotanie. Wychodzi na to, że trafiła w dziesiątkę. Już w tej scenie znajdziemy wszystko, co w kinie Koreańczyka najważniejsze: kobietę, mężczyznę, łzy i alkohol.  


Bong-wan jest uznanym krytykiem literackim i dokonuje właśnie wymiany personelu w prowadzonym przez siebie wydawnictwie: rezolutna Ar-eum (Kim Min-hie) zastępuje na stanowisku redaktora Hae-joo (Jo Yun-hie), z którą mężczyzna uwikłał się w romans. Nowo przybyła pracownica nie zna całej historii, lecz mimowolnie staje się częścią małżeńskiego dramatu: pewnego dnia, z gracją trąby powietrznej, próg wydawnictwa przekracza żona właściciela i myląc Ar-eum z jego faktyczną kochanką, zaczyna okładać dziewczynę po twarzy. To oczywiście dopiero początek problemów w obrębie tego dziwacznego czworokąta. 

Hong Sang-soo jest festiwalowym pieszczochem, który ma słabość do trzech rzeczy. Po pierwsze, do boleśnie dosłownych tytułów ("Teraz dobrze, wtedy źle", "Twoja i nie tylko twoja", "Hahaha"). Po drugie, do minimalistycznego stylu pełnego długich ujęć i wewnątrzkadrowej symetrii. Po trzecie, do opowieści o kryzysie męskości oraz facetach, którym współczujemy bólu serca i zazdrościmy jasności umysłu. W "Pojutrze" tytuł jest nieco bardziej metaforyczny, ale reszta się zgadza. Bong-wan to kolejny bohater w korowodzie mężczyzn, którzy gdzieś się pogubili i teraz próbują złożyć życie do kupy przy minimalnej liczbie ofiar. 

Całą recenzję można przeczytać TUTAJ.