Relacja

CANNES 2017: Zakochany Godard

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/CANNES+2017%3A+Zakochany+Godard-123292
Festiwal na półmetku! W poniedziałek swój nowy film w Cannes pokazał twórca "Kła"  i "Lobstera" Yorgos Lanthimos. Michał Walkiewicz obejrzał również "Redoutable", szaloną biografię Jean-Luca Godarda od twórcy "Artysty", Michela Hazanaviciusa

***


Sezon na jelenia (rec. filmu "Killing of a Sacred Deer")

Zaczyna się jak thriller, rozwija jak thriller i kończy jak thriller. Ale wbrew pozorom "Killing of a Sacred Deer" thrillerem nie jest, przynajmniej nie takim, do którego przyzwyczaiło nas Hollywood. Raczej parafrazą Księgi Hioba, wariacją mitu o Agamemnonie oraz Dostojewskim na sterydach. Słowem, połączeniem, które mogło narodzić się tylko w głowie Yorgosa Lanthimosa, twórcy "Kła" i "Lobstera". Na dobre i na złe. 


Steven (Colin Farrell) i Anna (Nicole Kidman) to małżeństwo lekarzy z Cincinnati. Mają przestronny dom, duży samochód i dzieciaki z lśniącymi włosami. Rysą na ideale okazuje się jednak orbitujący wokół rodziny nastolatek Martin (Barry Keoghan). Steven spotyka się z nim, obdarowuje prezentami, odwiedza w domu i zaprasza do siebie. Tymczasem chłopak coraz lepiej czuje się w towarzystwie nowych przyjaciół, zaczyna uwodzić ich córkę, zawłaszcza coraz więcej ich czasu i przestrzeni. Na początku wydaje się, że odkrycie sekretu Martina zatrzęsie w posadach związkiem bohaterów. Później – gdy reżyser częściowo odkryje karty – całość skręci w stronę opowieści o psychopacie powoli rozmontowującym poczucie bezpieczeństwa zamożnej rodziny. Nic bardziej mylnego. Snujący opowieść o grzechach przeszłości, które zostają wypalone na naszej duszy niczym piętno, Lanthimos zsyła na bohatera cierpienie o iście biblijnej skali, a następnie zmusza do pokuty. 

Reżyser buduje wokół bohaterów tajemnicę przez wielkie T. Pomagają mu w tym zarówno długie ujęcia, w których kamera śledzi Stevena w ciasnych, szpitalnych korytarzach, jak i dudniąca, operowa muzyka. Coś wisi w powietrzu, a tym czymś jest antyczna tragedia. Lanthimos stopniowo ogranicza poczucie bezpieczeństwa bohaterów i komfortu widza, a jako że jest wybitnym stylistą i świetnie prowadzi aktorów, przynosi to momentami piorunujący efekt. Farrell gra faceta na krawędzi całkowitej bezradności, tonącego w morzu frustracji, bez ostrzeżenia eksplodującego gniewem. Kidman jest równie dobra, ze swoją firmową mieszanką dystyngowanego chłodu i subtelnej empatii. Całe show kradnie jednak Keoghan w roli Martina – pod względem urody i charyzmy wyrwany jakby z kina realizmu społecznego, ale objawiający też drugą twarz – oblicze bezlitosnego fatum. Lanthimos, pełniący również funkcję współscenarzysty, ponownie każe aktorom grać na granicy autyzmu, w czym pomagają mu firmowe, lakoniczne dialogi. Nadaje to filmowi nieco surrealistyczną aurę i pracuje na korzyść dramaturgii.  

Całą recenzję można przeczytać TUTAJ

***


Pogarda Godarda
(rec. filmu "Redoutable")

Wczesny Godard przyklasnąłby z radości, późny – klął na czym świat stoi. Oto biografia rewolucjonisty z kamerą i jednego z najwybitniejszych filmowców w historii trafia w ręce faceta, który wkupił się w łaski publiczności (i zgarnął Oscara) efektowną rekonstrukcją niemego melodramatu. Lecz bez względu na to, co na miejscu Michela Hazanaviciusa zrobiłby Jezus, Francuz wyszedł ze starcia z Godardem obronną ręką. Kiedy trzeba, pokazuje szacunek, a gdy wymaga tego sytuacja, pozostaje niezależny i nieustraszony. 


Godarda (Louis Garrel) poznajemy w newralgicznym momencie jego kariery – właśnie rozpoczyna zdjęcia do marksistowskiego opus magnum, "Chinki". Realizacja filmu oznacza nie tylko powolny zwrot w jego twórczości – od nowofalowego kina zanurzonego w amerykańskiej tradycji gatunkowej do radykalnych eksperymentów grupy Dżiga Wiertow – ale też początek romansu z aktorką Anne Wiazemsky (Stacy Martin), późniejszą wieloletnią żoną i artystyczną muzą. Od tej pory opowieść biegnie dwutorowo: poznajemy losy ich burzliwego związku oraz historię filmowca, ulegającego rewolucyjnym nastrojom i stopniowo odcinającego się od kina, które przyniosło mu sławę.  

Hazanavicius rozdziela w ekspozycji obydwie sfery. Wie jednak doskonale, że trudno w przypadku Godarda oderwać biografię od filmografii. Równoległe linie narracyjne mają zatem podobny punkt dojścia – Godard zmienia się jako reżyser, więc zmienia się również jako mężczyzna. Podczas gdy ludzie na manifestacjach z rozrzewnieniem wspominają czasy, gdy twórca "bawił i wzruszał", Wiazemsky z tęsknym wzrokiem wędruje w przeszłość, kiedy "uwodził ją oraz widzów". Godard traci w jej oczach i oddala się od masowej publiczności, zaś Hazanavicius nawet nie udaje, że obchodzą go intelektualne procesy w głowie artysty. Rozpływa się w anegdotach, z finezją podaje kolejne żarty, łączy komedię z dramatem tak, abyśmy nie dostrzegli szwów. W tym szaleństwie jest metoda – kręcąc ostentacyjnie rozrywkowy film o człowieku, który gardził podobnym kinem, pyta o definicję spełnionej sztuki.
  
Całą recenzję można przeczytać TUTAJ