Relacja

CANNES 2017: Pocztówki znad krawędzi

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/CANNES+2017%3A+Poczt%C3%B3wki+znad+kraw%C4%99dzi-123365
To już nasza ostatnia tradycyjna relacja z festiwalu w Cannes. A w niej recenzja Michała Walkiewicza z filmu uzupełniającego konkursową stawkę, czyli "You Were Never Really Here" w reżyserii Lynne Ramsay oraz jego wrażenia z prezentowanego poza Konkursem nowego filmu Romana Polańskiego, czyli "Prawdziwej historii" z Evą Green i Emmanuelle Seigner.


Killer Joe (recenzja film "You Were Never Really Here")

"Niskie" jeszcze nigdy nie było niżej, a "wysokie" – wyżej. Przynajmniej nie w filmografii Lynne Ramsay, która potrafi zamieniać gatunkową pulpę w szlachetne, filmowe tworzywo. Jej najsłynniejszy film, "Musimy porozmawiać o Kevinie", wykorzystywał matrycę horroru o dziecku jako wcieleniu czystego zła i opowiadał historię egzystencjalnego cierpienia, którego nie sposób złagodzić. W "You Were Never Really Here", swojej czwartej pełnometrażowej fabule, autorka również pożycza elementy z kina gatunkowego. I znów dynamicznie zmienia kierunek podróży.

Fabułę zaczerpnięto z książki Jonathana Amesa, to dziwaczne połącznie kina noir, "Maczety" i "Taksówkarza". Oto Joe (napuchnięty i brodaty Joaquin Phoenix), były żołnierz oraz agent FBI, a obecnie całkiem niezależny facet od mokrej roboty, otrzymuje zlecenie odbicia z rąk stręczycieli córki wpływowego senatora. Nasuwa więc kaptur na czoło, chwyta za młotek i wkracza do przybytku rozpusty razem z drzwiami, rozdając ciosy na prawo i lewo. A że małoletnia Nina (Ekaterina Samsonov) okazuje się seks-zabawką skorumpowanego gubernatora stanu, znajomi i współpracownicy Joego zaczynają płacić za jego brawurę śmiercią. I tak, bohater, nie mając wielkiego wyboru, wkracza na szlak zemsty (czytaj: odkupienia).

W "You Were Never Really Here" trochę się strzela, trochę dźga, krew tryska z rozciętych tętnic, a kawałki mózgu ozdabiają powierzchnie płaskie. Lecz wystarczy rzut oka na posępnego, chrząkającego pod nosem Phoenixa, by zrozumieć, że nie chodzi o to, co się mówi, tylko jak. Ramsay mówi w stylu, do którego nas przyzwyczaiła, bardziej niż kryminalna intryga interesuje ją portret głównego bohatera. Dziw bierze, że Joe w ogóle wstaje z łóżka, skoro prześladuje go tyle demonów, a na życiu kładzie się cieniem tyle traum. Facet lubi się podduszać, eksperymentuje z nożami, cały czas igra ze śmiercią. Koszmar wojny przybiera postać zastrzelonej na froncie dziewczynki, czas pracy dla rządu kojarzy się z furgonetką pełną martwych imigrantek, zaś słodki okres dzieciństwa - z terroryzującym całą rodzinę ojcem. Wszystko to ciągnie bohatera na dno i zarazem motywuje go do działania. Ale jest jeszcze ktoś, kto trzyma jego głowę nad powierzchnią. Relacja Joego z matką (doskonała Judith Roberts) to związek pełen zaskakującej czułości i niegroźnego sarkazmu - zwłaszcza w scenie, gdy mężczyzna błaznuje pod drzwiami łazienki, udając Normana Batesa z "Psychozy" Hitchcocka.

Całą recenzję można przeczytać TUTAJ.


Prawda i fałsz (recenzja filmu "Prawdziwa historia")

Powraca w nowym filmie Romana Polańskiego obraz twarzy wyłaniających się z tłumu oraz ludzi przekraczających dystans intymny. Filmowani są prawie en face, nawiązują dialog z główną bohaterką, poczytną pisarką Delphine (Emmanuelle Seigner). Jako że w pierwszej scenie rozdaje ona autografy na spotkaniu autorskim, mamy ich cały korowód. W końcu jednak z ludzkiej masy wyłania się ktoś wyjątkowy. To pewna siebie Elle (Eva Green) - kobieta wyglądająca, jakby wspólnie wyśnili ją Chandler i Godard. Wkrótce, tajemnicza fanka rozgości się na dobre w życiu Delphine i pozostanie nie bez wpływu na jej twórczość. Lub - jak powiedzielibyśmy, próbując interpretować film w kluczu autotematycznym - na artystyczną postawę.


Pajęczyca Elle zatacza kręgi wokół Delphine, powoli tka sieć kłamstw oraz półprawd. Przywdziewa zarówno maskę uczennicy (twierdzi, że jest ghost writerem znanych osobistości, ale w zasadzie nigdy nie widzimy jej przy pracy), jak i uwodzicielki (zaprasza na kolację ze znajomymi, by następnie zaaranżować wieczór we dwie). Nakłania pisarkę do zwierzeń, a jednocześnie precyzyjnie dawkuje informacje na swój temat. Koniec końców, wrzuca szósty bieg i z walizkami ładuje się do mieszkania Delphine. Wychodzi na to, że kobieta dała o jeden autograf za dużo.

Polański sięga do kuferka z gatunkowymi tropami i wyciąga stamtąd swoją ulubioną odmianę thrillera. Napięcie ma początkowo charakter erotyczny, jednak Elle wydaje się bardziej zainteresowana nową książką Delphine niż samą pisarką. Bohaterka przeżywa trudne chwile, narzeka na blokadę twórczą, nie może złożyć zdania. Jej nowy utwór ma być lekkim, komercyjnym "skokiem w bok", z czym Elle wyraźnie nie potrafi się pogodzić - wykrzykuje w gniewie, że literatura musi płynąć z trzewi, być autobiograficzna i ekshibicjonistyczna. Imię antagonistki jest w języku francuskim grą słów, "elle" to również rzeczownik "ona". Ona, czyli kobieta bez twarzy, głos z tłumu, nieistotny szum. Z drugiej strony - wierna czytelniczka, ktoś, przed kim autor odpowiada.

Całą recenzję można przeczytać TUTAJ.
Udostępnij: