Relacja

CANNES 2017: W rynsztoku

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/CANNES+2017%3A+W+rynsztoku-123342
Źle się dzieje na społecznych nizinach – i w Rosji, i w Ameryce. Przekonują o tym Siergiej Łoźnica ("A Gentle Creature") oraz [person=1717901]Josh[/person] i Ben Safdie ("Good Time"). A Michał Walkiewicz recenzuje ich filmy z canneńskiego Konkursu Głównego. 

***


Noc próby (recenzja filmu "Good Time")

Zaczyna się tak, jakby film kręcili nie bracia Safdie, ale bracia Dardenne. Oto niepełnosprawny umysłowo chłopak siedzi w trupio oświetlonym biurze i z trudem odpowiada na pytania psychologa. Widzimy nabrzmiałą twarz, zmarszczone w wysiłku czoło i spocone dłonie, a kamera nerwowo drży – wiadomo, przecież musi. Zanim jednak pomyślicie, że oto rozpoczyna się opowieść o trudach społecznego posłannictwa, do pokoju wpadnie wściekły Robert Pattinson, chwyci chłopaka za fraki i razem pójdą obrabować bank. Tylko kamera nie przestanie drżeć.   


Początkowo, wszystko idzie zgodnie z planem. Bracia Connie (Pattinson) i Nick (reżyser Ben Safdie) kradną pieniądze bez oddania jednego strzału (a nawet bez użycia jednego brzydkiego wyrazu), wsiadają do podstawionego auta i odjeżdżają w stronę zachodzącego słońca. Niedoczekanie. Najpierw barwnik eksploduje wewnątrz torby z łupem, zamieniając bohaterów w żywe eksponaty sztuki współczesnej. Później kierownik fastfoodu dochodzi do wniosku, że w dwóch dorosłych, umazanych farbą facetach jest coś podejrzanego, toteż dzwoni na policję. Wreszcie, Nick daje nogę przed nadjeżdżającym patrolem, w konsekwencji czego ląduje w areszcie. Connie nie zamierza oczywiście zostawić brata w potrzebie. I tak rozpoczyna się jego całonocna odyseja po najniebezpieczniejszych zakamarkach miasta.

[person=1717901]Josh[/person] i Ben Safdie opowiadają historię z pogranicza realizmu społecznego oraz popowych, miejskich impresji w stylu "Drive" Nicolasa Windinga Refna. Pożyczają z obydwu konwencji to, co najlepsze: z jednej strony – surową fakturę obrazu i nurzających się w rynsztoku bohaterów, z drugiej – rozjarzone neonami miasto-labirynt oraz pulsujący na ścieżce dźwiękowej electro-pop. W swoich staraniach są jednak o wiele mniej pretensjonalni niż Refn, pamiętają również o tym, żeby widz miał coś z życia: sensacyjna intryga nakręcona jest bez zarzutu, całość trzyma odpowiednie tempo, a przez ekran przewijają się postacie otyłych paserów, wychudzonych dilerów i zaprawionych w ulicznych bojach nastolatek z kokardami we włosach. W dodatku bracia dali – niewielką, ale jednak – rolę Barkhadowi Abdiemu. A zdrowie tego, kto obsadza pamiętnego herszta pirackiej bandy z "Kapitana Phillipsa", zawsze wypiję. 

Całą recenzję można przeczytać TUTAJ.


***


A pod ziemią chłodek (recenzja filmu "A Gentle Creature")
 
"Wszystko jest martwe i wszędzie dookoła sami martwi. Samotni ludzie, a wokół milczenie – oto czym jest świat!" – czytamy w "Łagodnej" Dostojewskiego, opowieści o tym, że wszyscy umrzemy nieszczęśliwi, samotni i w duchowej nędzy. Film Siergieja Łoźnicy, choć dzieli z "Łagodną" tytuł, nie jest jej adaptacją. Trudno jednak nie dostrzec w nim równie optymistycznej konkluzji. Portret skorumpowanej na wszystkich poziomach instytucjonalnych i moralnych Rosji ogląda się z rosnącą mieszaniną fascynacji i przerażenia.  


W głąb dantejskiego leja schodzimy razem z bezimienną kobietą (Vasilina Makovtseva), która próbuje odszukać skazanego na wieloletnie więzienie męża. Wysyła mu paczkę z jedzeniem, lecz przesyłka wraca do nadawcy. Kobieta zaczyna więc pukać od drzwi do drzwi i zadawać niewygodne pytania. Najpierw na poczcie, czyli w pierwszym kręgu piekła, gdzie karze się przede wszystkim niecierpliwych i butnych. Później, w więziennym "miasteczku", gdzie mordercy, gwałciciele, ale też wrogowie państwa i więźniowie polityczni tworzą hermetyczny mikroświat. Wreszcie, w urzędzie zajmującym się beznadziejną walką o prawa człowieka – brakuje tam tylko diabła rogatego podgrzewającego aktywistów w kotle ze smołą. Zstępując coraz niżej, naraża się coraz bardziej, a zderzenie z sięgającym nieba murem biurokracji prowadzi do oczywistej konkluzji: komuś bardzo zależy, aby ukryć prawdę o małżonku. Lokalny gangster opowiada kobiecie historię przyjaciela, który zostawił w domu swoją dziewczynę i pojechał na front, gdzie przydzielono mu pracę przy utylizacji zwłok. Pewnego dnia, przerzucając setki odciętych kończyn, zauważył dłoń z pierścionkiem zaręczynowym należącym do ukochanej. "I tak oto spotkali się po latach" – puentuje opowieść. Bajka to okrutna. Ale z morałem. 

Siergiej Łoźnica nie należy do reżyserów, którzy – mimo szczerych chęci – pozostają wobec podobnych tematów bezradni. Z drugiej strony, rzadko korzysta z hamulca, wystarcza mu pedał gazu. "A Gentle Creature" wydaje się najbardziej zamaszystym z jego filmów – zarówno pod względem rozmiarów historyczno-społecznej panoramy, jak i skali formalnego szaleństwa. Jeśli idzie o to pierwsze, twórca odprawia narodowe egzorcyzmy na całej długości łańcucha pokarmowego. Wyjałowiona prowincja to Rosja w pigułce, zaś w więziennej enklawie jest wystarczająco dużo spacerujących i chlejących na umór figur symbolicznych,  by zbudować potężną polityczną alegorię. Znajdziemy tu zarówno obrzydliwa scenę libacji, w której gra w "rozbieraną" butelkę urasta do rangi zezwierzęcenia całego społeczeństwa, jak i dziada dostrzegającego w carskiej Rosji raj utracony, natomiast w Leninie – apokaliptyczną kometę. Jeśli zaś chodzi o formę, to surowy realizm zamienia się w pewnym momencie w coś, pod czym mógłby podpisać się Federico Fellini. W onirycznej sekwencji bankietu widzimy wszystkich bohaterów filmu przy wspólnym stole, bez zbędnych niejasności opowiadają po kolei, co reżyserowi w duszy gra. Z kim trzyma, kim gardzi, a czyje pomniki chciałby obalić. Trochę kicz, ale jest też druga strona medalu – tak imponującego koncepcyjnie kina raczej się dzisiaj nie robi, "A Gentle Creature" ma w sobie nutę klasycznych arcydzieł rosyjskiej kinematografii. 

Całą recenzję można przeczytać TUTAJ
Udostępnij: