Relacja

DWA BRZEGI 2014: Freud i straszna Rosja

autor: , /
https://www.filmweb.pl/article/DWA+BRZEGI+2014%3A+Freud+i+straszna+Rosja-106636
Tym razem w Kazimierzu mieliśmy okazję obejrzeć nagrodzonego w Cannes "Lewiatana" oraz przedziwną niemiecką komedię "Superegos".



Z perspektywy Hioba ("Lewiatan", reż. Andriej Zwiagincew)

Andriej Zwiagincew, który w początkach swojej kariery nazywany był nowym Tarkowskim, stopniowo odchodzi od metafizyki na rzecz realizmu. Ten zwrot z pewnością ułatwi mu dostęp do szerszej publiczności, ale może zniechęcić dotychczasowych wielbicieli. Oglądając nagrodzonego za scenariusz na festiwalu w Cannes "Lewiatana", miałam wrażenie, że trafiłam na seans filmu Wojciecha Smarzowskiego. A właściwie wszystkich jego filmów połączonych w wyjątkowo przygnębiającą całość. W Bałtyku nie żyją wprawdzie starożytne potwory, ale cała reszta się zgadza: od wszechobecnej korupcji i bezkarności władzy, po hektolitry wódki wlewanej do gardeł jednym, zamaszystym gestem. 

Rzecz dzieje się na posępnie malowniczej rosyjskiej prowincji. Brak tu jednoznacznie pozytywnych bohaterów, ale zło ma własną drabinę bytów. Na szczycie tej diabelskiej hierarchii zasiada Wadim (Roman Madyanov), miejscowy burmistrz o aparycji i manierach gangstera. Bezwzględny polityk ma ochotę wybudować luksusową daczę, ale pech chce, że działka, którą sobie upatrzył, jest od dawna zajęta. Od kilku pokoleń mieszka tu rodzina Kolii (Alexei Serebryakov), mechanika samochodowego, męża melancholijnej Lilji (Elena Lyadova) i ojca zbuntowanego Romy (Sergey Pokhadaev). Gdy Wadim, wykorzystując sądowe znajomości, za bezcen przejmuje ziemię głównego bohatera, ten wzywa na pomoc przyjaciela, byłego wojskowego, a obecnie wpływowego prawnika (Vladimir Vdovichenkov). Przyjazd moskiewskiego adwokata uruchamia lawinę nieszczęść, prowadzącą do apokaliptycznego finału. 


Biblijne skojarzenia nie są przypadkowe. Narzuca je bowiem sam Zwiagincew, wprowadzając (para)religijne wątki i cytaty, które prowadzą donikąd. Widzowie, przyzwyczajeni do symbolicznych wycieczek rosyjskiego twórcy - najczęściej zachwycających w "Powrocie" (2003) i przeważnie irytujących w "Wygnaniu(2009) - zostają brutalnie sprowadzeni na ziemię."Lewiatanto film z założenia antymetafizyczny. Autor mnoży fałszywe tropy, od tytułowego lewiatana, po odniesienia do "Księgi Hioba", każąc bohaterom przepijać liczne rozmowy o Bogu wódką bez zagryzki. Efekt jest gorzki i zabawny zarazem. Stosunkowo lekkostrawny (dla umysłu, nie żołądka!), ale pozbawiony autorskiego rysu. Cała tajemnica zostaje bowiem sprowadzona do poziomu elipsy. 

Resztę recenzji Ewy Szponar znajdziecie TUTAJ.

Freud i gangsterzy ("Superegos", reż. Benjamin Heisenberg)


W "Superegos" Benjamina Heisenberga francuscy "Nietykalni" spotykają się z "Niebezpieczną metodą". To egzotyczne i nieoczywiste połączenie podobnie jak para bohaterów filmu: drobny złodziejaszek i światowej sławy psychoanalityk, który w młodości nieopatrznie wdał się we flirt z nazizmem.

Uciekając przed brutalnymi wierzycielami, Nick włamuje się do rzekomo opustoszałej willi nad brzegiem morza. Na miejscu natyka się na gospodarza Kurta Lediga, jego córkę, a wreszcie realizującą wywiad ekipę telewizyjną. Wykorzystując zbieg okoliczności, bohater podszywa się pod osobę wynajętą do opieki nad leciwym panem domu. W tym miejscu moglibyście mi przerwać i sami dopowiedzieć sobie resztę opowieści. Po początkowych niesnaskach Kurt pomoże Nickowi  w uporaniu się z kłopotami finansowymi? Tak. Niecodzienna znajomość sprawi, że starszy pan poradzi  sobie wreszcie z demonami przeszłości? Nie inaczej. Przebieg historii jest jednak znacznie bardziej oryginalny niż jej finał. W którym buddy movie bohaterowie zaczęliby zarażać się nawzajem swoimi neurozami?


O tym, że Heisenberg lubi naginać zasady rządzące kinem gatunkowym, mogliśmy się już przekonać w jego poprzednim filmie – sensacyjnym "Biegaczu". W "Superegos" komedia kumpelska potrafi bez ostrzeżenia osunąć się w ponury dramat psychologiczny, by po chwili zamienić się w farsę, której bohaterowie niczym postaci z kreskówki wyrywają sobie cenną torbę. Reżyser tasuje konwencjami i nastrojami, a freudowskie symbole podaje na przemian z głupawymi żarcikami. Woody Allen mógłby pewnie ulepić z tych elementów błyskotliwy półtoragodzinny dowcip. Heisenberg ma jednak za ciężką rękę: nie umie zrównoważyć powagi i kpiny, artystycznych aspiracji i wymogu dostarczenia publiczności rozrywki. W efekcie jego film jest za mało zabawny, a za nadto przemądrzały. Prawie wszystko musi być w nim "meta" i "post", żeby nikt nie posądził twórcy o banał.

Resztę recenzji Łukasza Muszyńskiego znajdziecie TUTAJ.
Udostępnij: