Felieton

Papież, który grzeszył. JP2 i kino

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Papie%C5%BC%2C+kt%C3%B3ry+grzeszy%C5%82.+JP2+i+kino-73314
Krytykowanie pontyfikatu błogosławionego Jana Pawła II nie jest przesadną odwagą. To wręcz w dobrym tonie – pobrykać lewicowo po prawicowym cieście dogmatów papieskich. Filmweb nie jest jednak portalem politycznym, dlatego kwestie związane z własnymi poglądami na temat publicznej działalności papieża Polaka zostawiam na inną, stosowniejszą okazję. W tym tekście chciałbym skupić się przede wszystkim na filmowym obrazie kontrowersyjnego pontyfikatu.

1.

Filmy o papieżu są bliźniacze w stosunku do wspólnego, medialnego wizerunku JP2. Grzeszą na chorobę wielkich liter, bezpiecznego patosu. Wojtyła jest Ojcem naszego Narodu – TEJ ZIEMI, Charyzmatycznym Autorytetem, Przewodnikiem Dusz, Królem nad Królami. Nie jest, niestety, człowiekiem. Nie ma wątpliwości, nie popełnia błędów, nie szuka rozwiązań.

Po kolejnych wariacjach na temat papieża – "który był człowiekiem", "stał się świętym", "zajadał kremówki w Wadowicach" i uwielbiał "Barkę" – wyłania się zbiorowy obraz łatwo przyswajalnej hybrydy, w której jest miejsce na niezbyt głęboką analizę papieskich nauk, zestaw podręcznikowych prawideł, ale nie ma ludzkich cech, nie ma błędów i wątpliwości, które nawet dla najbardziej bezkrytycznego akompaniatora publicznej działalności Jana Pawła II wydają się oczywiste.

Krytyczną refleksję nad pontyfikatem Jana Pawła zastąpiło bowiem w kinie bezmyślne lenistwo intelektualne, cynizm i hipokryzja.

Pokazywany niedawno dokument (a raczej nudny telewizyjny reportaż) "Jan Paweł II. Szukałem was" w reżyserii Jarosława Szmidta to klasyczny przykład kościelnej propagandy, która nie ma nic wspólnego ze sztuką filmową, za to sporo z indoktrynacją ustawioną pod z góry założoną, wygodną tezę.

Szmidt, mnożąc powszechnie znane banały na temat świątobliwości "Polaka, który został Papieżem", najwyraźniej zapomniał, że młode i najmłodsze pokolenie odbiorców ma inny, dużo bardziej krytyczny pogląd na temat działalności Jana Pawła II, od swoich rodziców i dziadków.

2.

Kiedy byłem w wieku dzisiejszych osiemnasto- i dwudziestolatków, kult Jana Pawła II był kwestią w zasadzie oczywistą, przyjmowaną jako dogmat. Papież błogosławił kraj trawiony chorobą socjalistycznego marazmu. Był jaśniejącym światełkiem w ponurym "jaruzelskim" tunelu.

Pamiętam zarówno entuzjastycznie przyjmowane pielgrzymki papieża do Polski, jak i audiencje w Rzymie. Popularność Jana Pawła II i szacunek do jego osoby, były kwestiami w zasadzie bezdyskusyjnymi, a może tylko ja postrzegałem wtedy tę kwestię w ten sposób? W każdym razie, od pewnego momentu pontyfikatu Jana Pawła, na monolicie zaczęły pojawiać się pierwsze rysy. Dzisiaj przybrały formę ostrzejszą niż kiedykolwiek wcześniej. Wprawdzie mainstremowe polskie media  – na czele z zawstydzająco lizusowską polityką "Gazety Wyborczej" i TVN-u 24, konsekwentnie brną w wygodne pozycje hagiograficznego banału, ale narastającej fali krytycznej pontyfikatu Jana Pawła II nie da się powstrzymać.

Oczywiście, nadal, jakakolwiek próba publicznej krytyki pontyfikatu spotyka się z agresją katolickich doktrynerów i mniej lub bardziej wulgarnymi komentarzami, ale pewnej tendencji nie można już zapobiec. Wystarczy poszperać przez chwilę w internecie. Zachodnie portale, i nie mam na myśli tylko osławionego eseju Maureen Dowd z "New York Timesa", piszą nie tylko o kościelnych skandalach, wieloletnim tuszowaniu przez hierarchów afery pedofilskiej wśród kleru, kategorycznych decyzjach zakazujących używania prezerwatyw w dręczonych plagą AIDS krajach afrykańskich, ale także o intelektualnych i filozoficznych niekonsekwencjach papieskich pism, jego osobliwym stosunku do globalizacji czy źle pojętym doktrynerstwie. "Santo subito" znalazł się na cenzurowanym.

Tymczasem filmowy wizerunek papieża wydaje się doskonale impregnowany na jakąkolwiek krytykę. Nie znajdziemy nawet cienia dyskusji. Zamiast tego oglądamy kolejne ożywione kukły aktorskie – w przypadku fabuł, oraz wygodnie użyte archiwalia – w odniesieniu do dokumentów, w których Papież Polak, Papież Ojciec, Nasz Papież, głównie błogosławi, podróżuje i naucza.

3.

Jana Pawła II upycha się wszędzie. Czasami ma to jakiś sens, ale najczęściej nie ma żadnego. W dokumentach o JP2 występują gadające głowy, które są pełne ugrzecznionych frazesów, a komplementy pojawiają się częściej niż przecinki. Nie ma problemów, nie ma wątpliwości. W filmie Macieja Ślesickiego "Trzy minuty: 21.37" infantylizm poznawczy zdradza już wyjaśnienie enigmatycznego tytułu. W dniu śmierci Jana Pawła II, o 21.37, w domach i zagrodach zgasły światła. Cały naród zamarł w bezruchu. Po pocztówce z kosmosu, którą oglądamy na ekranie, z filmowego niebytu wyłania się fotografia Ziemi. A Ziemia to oczywiście Polska. Jesteśmy wszak narodem wybranym. Lektor wyjaśnia następnie, że kiedy po śmierci Ojca Świętego wyłączone zostało światło, w naszym kraju stwierdzono wyjątkowe stężenie energii. Maciej Slesicki, nie zasypiając gruszek w popiele, pokazuje nam ową "energię". Niejedno ma imię. A co z tym wszystkim wspólnego ma JP2? Wystarczy, że jest.


"Trzy minuty: 21.37"

Największy Polak, człowiek bez skazy, grany wyłącznie przez przystojnych aktorów, wędruje szlakiem od dawna przyjętych ścieżek interpretacyjnych. Filmy klecone bez talentu, ciężkim reżyserskim łapskiem, są tak mizerne pod względem artystycznym, że krytykowane niegdyś na potęgę papieskie tytuły w filmografii Krzysztofa Zanussiego, na czele z biograficznym "Z dalekiego kraju" (1981), wydają się na tym tle tytułami wręcz wybitnymi. Bo nawet słaby Zanussi był dużo lepszy od zadowolonych z siebie hochsztaplerów i cyników żerujących na micie JP2.


"Z dalekiego kraju"

Niedawna śmierć Jerzego Nowosielskiego przypomniała jak głęboka, intelektualnie wyrafinowana może być sztuka religijna czy sakralna. Niestety, w polskim kinie to ciągle cepelia i oleodruki. Pobożne recytacje, tezy, z którymi się nie polemizuje, i pompatyczna muzyka. Jan Paweł II wyłaniający się z kilkunastu już filmowych opowieści, które w ostatnich latach były dystrybuowane w kinach i w obiegu DVD, jest jednością. Wizualizacją słynnych zdjęć, na których uśmiechał się dobrotliwie, oglądał gołębie na Placu Świętego Piotra lub przejmująco walczył z chorobą, starością, odchodzeniem.

***

Milan Kundera dowodził w "Nieznośnej lekkości bytu", że "kicz eliminuje ze swego pola widzenia wszystko, co w ludzkiej egzystencji jest z zasady nie do przyjęcia". Nie znamy filmowego Karola Wojtyły, który zmagał się nie tylko z cierpieniem, ale także wątpliwościami natury moralnej. Nigdy nie widzieliśmy papieża, który byłby w złym nastroju albo znalazłby się w niezręcznej, kłopotliwej sytuacji. A przecież błogosławiony nie zawsze był święty. Zadawał pytania, szukał odpowiedzi, popełniał błędy. To temat na film. Nikt go nie nakręci.
Udostępnij: