Wywiad

Polisz Kicz Projekt, czyli festiwal polskich filmów w Gdyni

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Polisz+Kicz+Projekt%2C+czyli+festiwal+polskich+film%C3%B3w+w+Gdyni-30902
Trzeci dzień Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych, co już zapowiadaliśmy w poprzedniej relacji, podzieliśmy pomiędzy kino oficjalne i niezależne, większość uwagi poświęcając tym razem dziełom twórców offowych.

Już po raz piąty festiwal Kina Niezależnego towarzyszy gdyńskiej imprezie. W zeszłym roku poziom konkursu był niezwykle wysoki. O główną nagrodę walczyło 11 filmów, w tym tak głośne produkcje jak "Homo Father" i "Ugór" braci Matwiejczyków, "Marco P. i złodzieje rowerów" Bodo Koxa, czy "Diabeł" Tomasza Szafrańskiego, który kilka miesięcy później festiwalu Slamdance zdobył Sparky Award.

W tegorocznym konkursie, jak na razie, brakuje produkcji na miarę wymienionych powyżej. Trzeba jednak zaznaczyć, że do rywalizacji dopuszczono prawie dwa razy więcej tytułów.

O główną nagrodę walczy między innymi Mariusz Pujszo, który w Gdyni pokazuje swój "Polisz Kicz Projekt... Kontratakuje" - kontynuację filmu z 2002 roku, który cztery lata temu na festiwalu w Gdyni przyniósł mu wyróżnienie honorowe.

Obraz opowiada o dalszych losach Mariusza i Michała, którzy mimo spektakularnej klęski jaką odniosła ich poprzednia produkcja postanawiają powrócić do branży filmowej i nakręcić horror z licznym udziałem... pięknych kobiet. Mimo początkowych trudności przyjaciele, dzięki swej twórczej inwencji, znajdują aktorki i sponsorów. W ponurym dolnośląskim zamczysku zaczynają się zdjęcia do "Legendy"...



Kadr z filmu 'Polisz Kicz Projekt... Kontratakuje'


"Polisz Kicz Projekt... Kontratakuje" powstał według sprawdzonej już wielokrotnie przez Pujszo receptury w myśl, której na planie filmu musi przede wszystkim znaleźć się wiele skąpo ubranych pięknych kobiet, a reszta na pewno sama się ułoży. W jego najnowszej produkcji nie zabrakło jędrnych biustów, pięknych modelek paradujących po ekranie w eleganckiej bieliźnie, czy wreszcie trzymających w napięciu scen walk pomiędzy bohaterkami, w których siłę uderzenia przyjmują na siebie głównie fryzury rywalek.

Przy całej swojej kiczowatości film Pujszo jest jednocześnie niezwykle zabawny. Reżyser, nazywany przez złośliwych polskim Edem Woodem, udowadnia, że potrafi zachować dystans zarówno do samego siebie, jak i swoje twórczości, a nawet z niej żartować. Nie traktuje się poważnie, co czyni go postacią sympatyczną.

"Polisz Kicz Projekt... Kontratakuje" to w dużej mierze powtórka wielu pomysłów, które pojawiły się już w oryginale. Niestety, film powiela również wiele jego błędów. Eksploatowane do bólu te same żarty i gagi zaczynają w końcu nużyć. Film trwa 88 minut i mam wrażenie, że o 20 minut za długo. Rezygnacja z kilku scen i przyspieszenie w niektórych momentach tempa narracji wyszłyby mu na dobre. [MK]


Miły wrażeń dostarczył mi natomiast dynamiczny "0101" - cyberpunkowy w klimacie film Pawła Łukomskiego bezpośrednio odwołujący się do powstałego w oparciu o prozę Williama Gibsona "Johnny’ego Mnemonica".

Akcja "0101" dzieje się w fikcyjnej rzeczywistości. John Monic pracuje jako kurier przenoszący informacje. Pewnego dnia dostaje zlecenie przeniesienia danych do Wiliama K. Herberta. To na pozór zwyczajne zadanie już od pierwszych chwil zaczyna budzić podejrzenia Johna. Problemy zaczynają narastać i wygląda na to, że nie są tak przypadkowe, jak można było na początku sądzić...



Kadr z filmu '0101'


Autor filmu, Paweł Łukomski, jest filmowym samoukiem. Studiuje prawo w Lublinie, a praca z kamerą jest jego hobby, ale oglądając "0101" nie mamy wątpliwości, że ma do tego talent. Jego obraz aż kipi od filmowych nawiązań i cytatów. Coś dla siebie odnajdą w nim nie tylko fani twórczości Gibsona, ale również wielbiciela "Łowcy androidów". Umiejętnie zmontowany i ilustrowany dynamiczną muzyką "0101" zapewnia pół godziny niezłej i niebanalnej rozrywki. Oczywiście w filmie widoczne są wszystkie bolączki kina offowego - brak pieniędzy na... wszystko ;), słabe aktorstwo, nie zawsze najlepsze zdjęcia, ale przy wszystkich swoich brakach obraz ten jest niewątpliwym dowodem talentu swojego twórcy. [MK]


Zupełnie do siebie nie przekonał mnie natomiast trzeci film niezależny, który obejrzałem wczoraj, czyli "Iskra". Zrealizowany przez Arkadiusza Renca i Jędrzeja Taranka obraz zapowiadany jako produkcja muzyczna okazał się być przeciętnym, acz bez wątpienia oryginalnym obrazem adresowanym jednak do wąskiego grona odbiorców.

Bohaterem filmu jest młody człowiek, który przypadkowo poznaje piękną dziewczynę - listonoszkę. Młoda kobieta "wpada mu w oko" i od tej pory nie potrafi przestać o niej myśleć. Przywołuje jej podobiznę w myślach z niecierpliwością oczekując na kolejne spotkanie.



Kadr z filmu 'Iskra'


"Iskra" opowiada w sumie bardzo prostą historię. Mężczyzna spotyka kobietę, zakochuje się i tęskni. Robi to jednak w bardzo ciekawy i niezwykle oryginalny, jak na kino niezależne, sposób. Otóż bohaterowie porozumiewają się ze sobą nie za pomocą słów, ale wspólnie śpiewając pozbawione ich... piosenki. Wypełniona w dużej części niezłymi wokalizami "Iskra" na pewno "wpada w ucho", ale nie potrafi przekonać do siebie widza. Warto jednak odnotować w pamięci ten film będący kolejny dowodem na to, że polscy twórcy offowi rozwijają się i cały czas szukają nowych pomysłów i inspiracji. W przypadku "Iskry" cała para poszła w gwizdek, ale - muszę to przyznać - był to upadek z wysokiego konia. [MK]


Na uwagę zasługuje ciepły, zabawny film Rafała Kapelińskiego "Emilka płacze". Rzecz dzieje się w Katowicach okresie stanu wojennego. Dookoła polityczna zawierucha, a 18-letni bohater przeżywa wielką miłość. Emilka nie zwraca na niego uwagi, więc idąc za radą kumpla, postanawia zaprosić ją na kurs tańca.



Kadr z filmu 'Emilka płacze'


W czarno-białym obrazku Kapelińskiego w zasadzie nie ma polityki. Objawy kryzysu i skomplikowanej sytuacji politycznej pokazuje poprzez szczegóły. Na klatce funkcjonariusze pałują sąsiada, a bohater i jego ojciec noszą identyczne buty, takie sama ma również ojciec Emilki. Ale to tylko tło, bo młodzi bohaterowie skupieni są przede wszystkim na własnych uczuciach i emocjach. Całość potraktowana została z przymrużeniem oka, nie ma tu mowy o żadnych rozrachunkach z przeszłością. Żartobliwa, lekka konwencja sprawdza się w tym przypadku znakomicie. [DW]


Naszej przychylności nie zdobył również pokazywany w sekcji Panorama Polskiego Kina pełnometrażowy debiut Pawła Narożnika "Dzisiaj jest piątek". Mimo niezłych aktorów w obsadzie film raził swoją sztucznością i pretensjonalnością dialogów, a w miarę upływu czasu również swoją naiwnością i, niestety, banalnością.

Maniek jest trzydziestokilkuletnim pracownikiem agencji reklamowej. Ma narzeczoną Martę, atrakcyjną kochankę Helenę i dużo pieniędzy. Wydaje się, że powinien być człowiekiem szczęśliwym. Tak jednak nie jest. Maniek nie nawiedzi swojej pracy, a w związku z Martą nie czuje się wolny. Kiedy po kilkutygodniowym milczeniu odzywa się do niego Helena z propozycją randki za miastem Maniek bez wahania decyduje się z nią wyjechać.



Kadr z filmu 'Dzisiaj jest piątek'


Zdjęcia do "Dzisiaj jest piątek" powstawały w dwóch etapach od maja do czerwca 2003 roku oraz od sierpnia do listopada roku 2005. Nie wiem czym spowodowana była przerwa w pracach nad obrazem, ale prawda jest taka, że nie wyszła ona produkcji na dobre. W połowie seansu "Dzisiaj jest piątek" funduje bowiem widzom ogromną niespodziankę. Otóż z ekranu znika Małgorzata Kożuchowska, a odtwarzaną wcześniej przez nią postać w dalszej części odgrywa inna aktorka, Sylwia Gliwa, powodując konsternację publiczności usiłującej przez dłuższy czas zrozumieć, o co tak naprawdę chodzi.

Rozumiem, że ten karkołomny zabieg podyktowany był chęcią ukończenia filmu przez reżysera. Być może był to jedyny sposób, dzięki któremu mógł dopowiedzieć losy Mańka i Heleny. Sęk w tym, że po projekcji mam wrażenie, że nie było warto tego robić. Mimo sprawnej realizacji "Dzisiaj jest piątek" nie potrafi przekonać do siebie widzów. Snuta przez Pawła Narożnika opowieść razi swoją sztucznością. Bohaterowie snują się po ekranie tocząc pretensjonalne dialogi o niczym, konstruując zdania, które zdaniem autora scenariusza mają świadczyć o ich luzie, a jedynie wzbudzają wesołość publiczności. [MK]


Trzeci dzień tegorocznego festiwalu zakończyliśmy "Szatanem z 7 klasy" Kazimierza Tarnasa - nową ekranizacją jednej z najpopularniejszych powieści Kornela Makuszyńskiego. Niestety, również i tym razem spotkało nas srogie rozczarowanie.

Lata 30. XX wieku. W majątku Iwona Gąsowskiego pod Wilnem pojawia się Francuz, który koniecznie chce kupić zadłużoną posiadłość i chylący się ku upadkowi dom. Właściciel nie chce jej sprzedać, wtedy z domu giną stare drzwi. Najpierw jedne, potem drugie... Profesor gimnazjum, Piotr Gąsowski, historyk, prosi swego najbystrzejszego, znanego z detektywistycznych zdolności ucznia, Adama Cisowskiego, o pomoc w rozwiązaniu zagadki niezrozumiałych kradzieży w domu jego brata. A wszystkiemu winien odnaleziony w Paryżu w 1936 list Kamila de Berier, pułkownika armii napoleońskiej, który w czasie odwrotu spod Moskwy, tuż przed śmiercią, pozostawił wskazówki dotyczące ukrytego skarbu.



Kadr z filmu 'Szatan z 7 klasy'


Kazimierz Tarnas, który w swojej karierze zawodowej przez kilka lat pracował jako nauczyciel języka polskiego, nie kryje swojej fascynacji. Już wcześniej na duży i mały ekran z powodzeniem przenosił "Szaleństwa Panny Ewy", "Pannę z mokrą głową" oraz "Awanturę o Basię". Tym bardziej zaskakuje więc fakt, iż "Szatan z 7 klasy" okazał się produkcją mocno nieudaną.

Inspiratorką powstania filmu była - jak mówił na spotkaniu z dziennikarzami reżyser - Maria Kaniewska, autorka wcześniejszej ekranizacji powieści z 1960 roku. Kaniewska przez długi czas namawiała Tarnasa do realizacji nowej adaptacji, gdyż jak twierdziła - jej się już zestarzała i przestała być czytelna dla młodego widza. Ponadto autorce "Panienki z okienka" zawsze przeszkadzała świadomość, iż ze względów politycznych jej ekranizacja nie była zbyt wierna powieści Makuszyńskiego.

Po długim namyśle Tarnas zdecydował się na realizację filmu niezwykle wierną książkowemu pierwowzorowi. Akcja nowego "Szatana" rozgrywa się w latach 30. Ubiegłego wieku, a kwestie aktorów zostały stworzone z dialogów i opisów zawartych w powieści. Mimo tej pieczołowitości i przywiązania do detali film nie podbił serc widzów, których duża część zdecydowała się opuścić projekcję na długo przed jej końcem.



Bartosz Fajge i Kazimierz Tarnas


"Szatan z 7 klasy" jest produkcją zwyczajnie nieporadną. Nie znajdziemy w nim zapadających w pamięć kreacji aktorskich (za wyjątkiem Malajkata i Globisza), trzymającej w napięciu akcji, ani - o dziwo - dobrej rozrywki. Reżyser postanowił opowiedzieć historię przygód Adama Cisowskiego w formie musicalowej, zatem kilkakrotnie ekranowi bohaterowie przerywają swoje dotychczasowe czynności by wykonać song i kilka towarzyszących mu numerów tanecznych. Muzyka tych utworów jest taka, jak być powinna, czyli wpadająca w ucho, ale ich słowa wołają o pomstę do nieba. Całość sprawia wrażenie, jakby Kazimierz Tarnas chciał powtórzyć sukces "Akademii Pana Kleksa", która swoją popularność zawdzięczała w dużej mierze przebojowym piosenką. Zapomniał chyba jednak o tym, że tamtejsze kompozycje powstały do wspaniałych wierszy Jana Brzechwy, a ich współtwórcą był Krzysztof Gradowski, współautor wielkiego - bądź co bądź - przeboju "Mydełko Fa". :)

Nie wiadomo na razie, czy "Szatan z 7 klasy" trafi do kin. Na konferencji prasowej Kazimierz Tarnas przyznał, że choć film powstał na zamówienie TVP na razie nikt nie chce wyłożyć 240 000 złotych niezbędnych do transferu materiału nakręconego w technologii HD na taśmę 35 mm.

Połowa festiwalu już za nami i, co przyznaję ze smutkiem, jak do tej nie obejrzeliśmy jeszcze filmu, który mógłby konkurować z "Placem Zbawiciela" Krzysztofa Krauzego i Joanny Kos-Krauze. To właśnie ten tytuł pozostaje naszym faworytem do głównej nagrody, ale wszystko jeszcze może się zmienić. Przed nami wciąż dreszczowiec Grzegorza Lewandowskiego "Hiena", komedia Michała Kwiecińskiego "Statyści" oraz głośne "Z odzysku" Sławomira Fabickiego. Oczywiście w ciągu najbliższych dni nie zapomnimy również o kinie niezależnym. Niebawem w naszych relacjach przeczytacie między innymi o nowym filmie Dominika Matwiejczyka "Rzeźnia nr 1", dokumentalnej "Pajęczynie szczęścia" Piotra Kielara oraz "Szczęściarzach" Agnieszki Gomułki.



Informacje o festiwalu
Młodość i nowa nagroda na festiwalu filmów w Gdyni - dzień pierwszy
FPFF Gdynia: Polski western nie podbił serc widzów - dzień drugi
Kwieciński i Matwiejczyk niezawodni - dzień czwarty
Dobre kino w Gdyni na Festiwalu Polskich Filmów - dzień piąty
FPFF: "Emilka płacze" wygrywa Konkurs Kina Niezależnego
"Plac Zbawiciela" zdobywa Złote Lwy!
Jest lepiej niż gorzej - podsumowanie 31. FPFF
Udostępnij: