Relacja

Polskie kino ma potencjał. Nie zmarnujmy go!

autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Polskie+kino+ma+potencja%C5%82.+Nie+zmarnujmy+go-123788
Festiwale takie jak ten w Gdyni czy Koszalinie mają tę zaletę, że jakkolwiek słabe byłyby na nich filmy, w danym roku dają okazję do syntetycznego spojrzenia na polskie kino. Co tegoroczny Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych Młodzi i Film mówi o kondycji młodego polskiego kina? Z pewnością pokazuje, że ma się ono bardzo dobrze. Dawno -  a może nawet nigdy -  nie było w Koszalinie tak mocnego zestawu pełnych metraży; obrazów, które mogłyby konkurować o laury najbardziej prestiżowych festiwali filmowych na całym świecie. 

Dylemat jury

Z drugiej strony, trudno po Koszalinie czuć entuzjazm. Wszystkie najlepsze pokazywane na Młodych i Film produkcje widzieliśmy już w zeszłym roku w Gdyni. Koszalin 2017 okazał się raczej podsumowaniem świetnego sezonu niż zapowiedzią kolejnego. Żaden z filmów, jakie miały w tym roku prapremierę w Koszalinie, nie grał nawet w tej samej lidze, co "Ostatnia rodzina", "Plac zabaw", "Królewicz olch" czy "Wszystkie nieprzespane noce". Ta czwórka zostawiła całą resztę pokazywanych na Młodych i Film produkcji daleko, daleko w tyle.

"Pac zabaw"

Taka sytuacja stawiała przed jury trudne zadanie. Czy nagrodzić filmy już docenione, czy nowe, ale wyraźnie od nich słabsze? Jurorzy wybrali sensowne rozwiązanie - główne laury festiwalu przyznano "Placowi zabaw" Bartosza M. Kowalskiego. Film należał do ścisłej czołówki zeszłorocznych produkcji, a przy tym nie został zauważony tak, jak na to zasługiwał. W Gdyni "przykrył" go trochę pojedynek "Wołynia" i "Ostatniej rodziny", jego kinowej premierze nie towarzyszyła należyta uwaga krytyki i publiczności. Koszalińska nagroda nie sprawi oczywiście, że film wróci na kinowe ekrany, ale stanowi ważny dla stawiającego pierwsze kroki w branży twórcy gest. 

Pokolenie nowej formy

Czy najlepsze koszalińskie debiuty coś łączy? Czy możemy mówić, o nowej pokoleniowej formacji polskiego kina? Na takie sformułowania jest jeszcze zdecydowanie zbyt wcześniej. "Wszystkie nieprzespane noce" i "Królewicz olch" to projekty i wrażliwości tak różne, że czasem trudno znaleźć dla nich jakikolwiek wspólny mianownik. Jeśli gdzieś go szukać, to w podejściu młodych reżyserów do filmowej formy. 

Filmy Czekaja, Kowalskiego, Marczaka i Matuszyńskiego to dzieła bardzo świadomych twórców. Oddziałują na widza nie tylko opowiadaną historią, dialogami czy konstrukcją bohaterów, ale także tymi wszystkimi formalnymi elementami, które polskie kino ostatnich dwóch dekad często zaniedbywało: obrazem, dźwiękiem, barwą, ruchami kamery, muzyką. Najciekawsze dziś w Polsce kino to film nastroju, afektu, fragmentu, nie narracji i anegdoty. 

We wszystkich filmach tych twórców znajdujemy fragmenty, jakie będziemy pamiętali jeszcze długo po seansie - przerażającą, nakręconą w jednym ujęciu scenę mordu z "Placu zabaw"; barokowe, oniryczne zakończenie "Królewicza Olch"; wybuchy złości i rozpaczy Tomka Beksińskiego z "Ostatniej rodziny"; czy impresyjne obrazy Warszawy na granicy świtu z filmu Marczaka

"Król Olch"

Za wyjątkiem "Królewicza Olch" wszystkie te obrazy wydają się także zainteresowane współczesną kulturą wizualną, z jakiej wyłania się kino - procesami rejestrowania doświadczenia i obiegu obrazów, wśród których obraz filmowy nie może już dłużej liczyć na szczególnie uprzywilejowaną pozycję. Jednocześnie to właśnie kino tak jak to w swoich dziełach robią Matuszyński i Kowalski - posiada moc, by masowo produkowane i konsumowane obrazy poddać refleksji; by spoglądając na nie z ukosa, pokazać widzowi to, czego na co dzień nie widzi na ekranie swojego smartphonea, telewizora czy kamery wideo.

Słabsze premiery

Za tą wielką czwórką w Koszalinie jechał przyzwoity peleton - na czele z "Kamperem", stanowiącym interesującą próbę adaptacji estetyki i tematyki kina sundancowego do sportretowania pokolenia wielkomiejskich trzydziestolatków. "Butterfly Kisses" i "Fale" stanowią bardzo różne, ale warte uwagi propozycje kina społecznego. Twórcy "Wyklętego" zniszczyli sobie przyzwoicie zapowiadającą się historię katastrofalnymi scenami współczesnymi, ale udało się im stworzyć film o żołnierzach wyklęty broniący się jako dzieło filmowe, czego nie dało się żadną miarą powiedzieć o "Historii Roja".
Niestety rozczarowywały obrazy, które w Koszalinie miały swoje prapremiery. Naśladujący estetykę kina Antonioniego obraz "Solace" synowsko-ojcowskiego duetu Wojtka i Wojtka Wojtczaka jra powszechnie uznany został za pomyłkę. "Kosmos" Marcin KamińskiMarcina Kamińskiego z kolei sprawia wrażenie zmarnowanej szansy. Reżyser miał świetny pomysł: czworo młodych ludzi, dwóch mężczyzn i dwie kobiety, jedzie do domku położonego w górach. W czasie wyjazdu narastają napięcia, na jaw wychodzą dawno skrywane sekrety. Buzuje pożądanie i męska rywalizacja. Narasta atmosfera niewypowiedzianego zagrożenia i przemocy.

Kamiński położył jednak ten temat, choć miał świetnego operatora i obsadę. Do intrygi niepotrzebnie dołożył wątek z plamami na słońcu, elementy science-fiction oraz wojenną traumę. Bez tych wszystkich tropów można było z figur, jakimi dysponował reżyser zrobić gęstą psychodramę w stylu najlepszych filmów Polańskiego. Niestety, mimo obiecujących początków i kilku świetnych scen, "Kosmos" rozchodzi się twórcom w rękach.

"Kosmos"

Sprawniej nad swoim dziełem bez wątpienia panuje Michał Krzywicki, twórca nagrodzonego przez publiczność "Diversion End". Film jest pastiszem konwencji kina neo-noir, gra z tropami i ikonami gatunku. Specyficzny efekt tworzy to, że film grany jest po angielsku przez polskich i zagranicznych aktorów - choć akcja rozgrywa się we współczesnej Warszawie, pokazanej od swojej brudnej, sypiącej się strony. 

Doceniam warsztatową sprawność reżysera, kilka sekwencji - na czele z zawiązaniem akcji - to naprawdę świetna filmowa robota. Ale cała ta zabawa kliszami donikąd nie zmierza i niczemu nie służy. Zakończenie rozczarowuje na każdym poziomie - rozchodzi się w nim intryga, zostajemy z potężnym poczuciem niedosytu, filmowego i myślowego niespełnienia. Koniec końców "Diversion End" sprawia wrażenie raczej zdradzającej niewątpliwy talent rozbudowanej etiudy niż gotowego filmu, nadającego się do gry w "dorosłej" lidze. 

Ze wszystkich koszalińskich prapremier najciekawsza była "Wieża" Karoliny Breguły. To kolejny eksperyment utalentowanej artystki wizualnej, do tej pory tworzącej głównie filmy galeryjne. Transfer z pola sztuki do filmu przyniósł bardzo świeży język filmowy, humor, ciekawe podejście do kinowych gatunków oraz refleksję na temat sposobów, w jakie zamieszkujemy w Polsce miejską przestrzeń.

Film Breguły był też niestety jedynym w konkursie pełnych metraży dziełem zrealizowanym przez kobietę. Problem zaniżonej reprezentacji kobiet w przemyśle filmowym ciągle odbija się czkawką polskiemu kinu. Dyskutowano o tym dwa lata temu w Koszalinie i rok temu w Gdyni - gdy do konkursu nie wszedł żaden podpisany przez kobietę film. Nie ma tu łatwych rozwiązań, szersze otwarcie branży na kobiety będzie pewnie długim i niełatwym procesem, ale by się dokonało, warto przypominać, że sytuacja, gdy na 12 debiutów 11 debiutantów to faceci, nie jest w porządku.

Zły krótki metraż

Najgorzej w Koszalinie wypadł konkurs krótkiego metrażu. Filmów było po prostu za dużo, nie tylko trudno było ogarnąć całość, ale usiłujący to zrobić widzowie mierzyć się musieli z całym zalewem dzieł po prostu złych. Z pewnością w przyszłych latach warto pomyśleć o ściślejszej selekcji.

Większość filmów krótkich pokazywana na festiwalu to produkcje szkół filmowych - dyplomy i filmy roczne. Niestety, nawet te, które powstają już poza szkołami filmowymi - np. w ramach programów Studia Munka - też są często "szkolne" w najgorszym sensie tego słowa. Bronią się jeszcze jako wprawki, ćwiczenia na temat, ale trudno traktować je poważnie jako skończone dzieła sztuki twórców, świadomych tego, co chcą powiedzieć.

Widać to szczególnie wyraźnie w obrazach próbujących podejmować tematykę społeczną, takich jak "Koniec widzenia" czy nagrodzone przez dziennikarzy "60 kilo niczego". Zamiast zmierzenia się przy pomocy obrazów ze współczesną polską rzeczywistością, mamy w nich paradę klisz, banałów, panikę moralną, przyprawiający o ból głowy brak umiejętności cieniowania i wychwytywania niuansów.

"60 kilo niczego"

Nie lepiej jest z dokumentami. Wszystkie wydają się odbite od jednej kliszy: obserwacyjnego dokumentu, jaki Kazimierz Karabasz uprawiał nad Wisłą już w czasach Gomułki. Czasem daje to nawet interesujące efekty - jak w filmie "Amerykański sen", przedstawiającym otyłego chłopca z głębokiej prowincji, marzącego o karierze w wrestlingu - ale naprawdę bardzo bym chciał zobaczyć kogoś, kto zerwie w końcu z tym uczonym we wszystkich chyba szkołach filmowych w Polsce schematem. 

Najlepiej wśród filmów krótkich wypadały animacje. Mnie najbardziej podobał się film "Cargo" Tomasza Bochniaka i Sławomira Shutego - czerpiąca z poetyki dziecięcego elementarza, przewrotna, śmieszno-smutna historia, przez surrealistyczną fabułę, metaforycznie ukazująca transformacje lat 90. z punktu widzenia krakowskiej Nowej Huty.

Debiut i co dalej

Koszalin zawsze też był okazją do spotkania z twórcami w mniej formalnych okolicznościach. Można było od nich usłyszeć, że o ile debiuty i drugie film mają dziś w Polsce sensowny system wsparcia, to od trzeciego filmu zaczynają się schody. Pod dobrym debiucie i drugim filmie łatwo wpaść w pokoleniową lukę i przez lata walczyć o sfinansowanie następnego projektu. Wśród twórców dało się także wyczuć niepokój co do tego, jak będzie wyglądała ich twórcza wolność w obecnym klimacie politycznym.

Warto zastanowić się, by pokolenie, które pokazało swoją siłę w Koszalinie, nie utknęło żadnej - pokoleniowej czy politycznej - dziurze. Jeśli do debiutów z tego roku dołożymy najlepsze z ostatnich lat - "Córki dancingu", "Hardkor disko" czy "W sypialni" - to zobaczymy, że młode polskie kino ma dziś niesamowity twórczy potencjał. Nie wiem, czy po 1989 roku kiedykolwiek był on tak silny. Trzeba zrobić wszystko, by teraz Smoczyńska, Skonieczny, Kowalski, Breguła, Czekaj regularnie kręcili filmy. Nie możemy sobie pozwolić, by za 10 lat najbardziej utalentowane pokolenie polskiego kina okazało się - przez biurokratyczne przeszkody czy polityczne naciski - zmarnowane.