Relacja

Wrażenia z gry "Hitman: Rozgrzeszenie"

Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/article/Wra%C5%BCenia+z+gry+%22Hitman%3A+Rozgrzeszenie%22-89636
Kilkugodzinny playtest nowego "Hitmana" może być ilustracją znanych słów Buddy. "Hitman: Rozgrzeszenie" nie jest tym, czym się wydaje. Nie jest też niczym innym.

Jakiś czas przed grywalną wersją w światku gier namieszał kontrowersyjny trailer z bandą zakonnic w lateksie. Media głównego nurtu skupiły się na seksizmie, gracze zaś zadrżeli, bo stylistyka trailera pokazywała komiksowość gry. Na szczęście już teraz mogę was uspokoić. To stary, dobry "Hitman", choć w świeżym, wyprasowanym garniturze.

Wersja gry, którą się bawiłem, to kilka pierwszych misji. Od razu zaznaczam – tak, prolog to swego rodzaju cezura opowieści o Agencie 47. Gdy obejrzałem film wprowadzający i przejąłem kontrolę nad naszym bohaterem, poczułem się nieco, jakbym grał w "Splinter Cell: Conviction". Nie mam na myśli zmiany rozgrywki, a raczej mocny zwrot fabularny. Plotki o tym, jakobyśmy mieli zlikwidować drugą najważniejszą po 47 postać, czyli Dianę Burnwood, stały się rzeczywistością. Nie jestem w tej chwili w stanie powiedzieć, jak wygląda cała oś fabularna, ale ogrywany przeze mnie fragment gry to historia rodem z "Leona zawodowca". Choć 47 już w pierwszej godzinie gry zabija swoją starą przyjaciółkę, w pakiecie dostaje tajemniczą nastolatkę, którą ma się opiekować. Zdradza nas także Agencja, ściga cała chicagowska policja, brakuje tylko psychopatycznego gliniarza o aparycji Gary'ego Oldmana. Czas zatem założyć rękawiczki i zagrać kilka gardłowych pasaży naszą garotą.

Mechanika gry zasadniczo pozostała ta sama. "Hitman: Rozgrzeszenie" to nadal skradanka pierwszej klasy, z mocnym akcentem na ciche zabójstwa, wtapianie się w tłum czy – w razie narobienia hałasu – spektakularne ucieczki. Podczas gry nie spotkałem w zasadzie żadnego denerwującego błędu poza jednym. "Rozgrzeszenie" oparte jest oczywiście na systemie checkpointów. Wyobraźmy sobie teraz, że odblokowujemy i nadpisujemy grę w danym punkcie kontrolnym. Ruszamy przed siebie, ale coś idzie nie tak. Ładujemy grę, czyli wracamy do ostatniego checkpointu. Tu napotykamy na cud. Oto bowiem przeciwnik, którego przed "reloadem" załatwiliśmy garotą, znów stoi i co gorsza, każe nam podnieść ręce do góry... Mam nadzieję, że w finalnym "Hitmanie" takie nielogiczności znikną, bo przekreślają sens istnienia checkpointów.

Gra ma aż pięć poziomów trudności. Każdy z nich jest dokładnie opisany, zarówno pod kątem ogólnego skalowania wyzwań, jak i zmian w mechanice czy interfejsie. Wystarczy powiedzieć, że najwyższy poziom trudności pozbawia nas wszystkich ułatwień rozgrywki. Wyłączony zostaje Instynkt, dzięki któremu udaje nam się wydostać z co gorętszych sytuacji. Nie ma miniradaru, który pokazuje pozycje wrogów. Ci są też bardziej wrażliwi na wszelkie zmiany w otoczeniu. Na koniec zaś – znika całkowicie tzw. HUD, czyli wszelkie metagrowe ułatwiacze, typu kropka celownika, wskaźniki przedmiotów i tym podobne sprawy.

 

Niezależnie jednak od wybranego poziomu trudności, prędzej czy później zabijemy pierwszego człowieka. I w tym zakresie "Hitman: Rozgrzeszenie" pokazuje pazur. Nawet w przypadku zwykłych strażników mamy kilka możliwych dróg do pozbawienia ich życia. A to wyrzucimy kogoś za okno, a to wypchniemy gapowatego strażnika za barierkę, by pocałował skały kilkaset metrów niżej, a to znowuż klasycznie zadusimy nieszczęśnika i szybko schowamy ciało w schowku na miotły. Ale takie małe przyjemności są niczym w porównaniu z głównym celem misji. Tu już możliwych dróg jest kilkanaście i co ciekawe, każda premiowana jest odpowiednim trofeum. Oznacza to w praktyce, wraz z systemem punktów rankingowych, przechodzenie tej samej misji kilkanaście razy. Albo ładowanie stanu gry sprzed zabójstwa.

A jak możemy zabić? Wachlarz narzędzi, dzięki którym dokonamy sprawnego mordu, jest naprawdę szeroki. Oto na przykład jesteśmy na targu w Chinatown, mamy załatwić pewnego lokalnego watażkę. Poza oczywistą sprawą, czyli strzelaniną, mamy wiele dróg do sprawdzenia. Jedną z głośniejszych jest podłożenie bomby w samochodzie naszego celu. Ale możemy też wkraść się do niedalekiego budynku i ustrzelić delikwenta z karabinu snajperskiego. W miarę finezyjne jest zepchnięcie owego watażki do kanału, gdy przechodzi obok odkrytej studzienki. Ot, cicho i szybko. Moim ulubionym sposobem jednak stało się fugu. Fugu to trująca ryba, która – źle przyrządzona – sprawia, że zawarta w jej tkankach tetrodotoksyna m.in. paraliżuje mięśnie oddechowe ofiary. Cóż więc robimy? Kradniemy nieco nieobrobionej fugu, następnie dostajemy się za pewien stragan, uciszamy kucharza, przebieramy się w jego strój i "przyprawiamy" jedzenie, które degustuje nasz cel. A potem spokojnie wychodzimy. Wirtuozeria pełną gębą!

Na koniec wypada wspomnieć o opcji Kontrakty. Pod tą nazwą kryje się rankingowa namiastka multiplayera. Tworzymy na dowolnej mapie kontrakt, czyli zaznaczamy kilka osób do zabicia. Następnie sami rozgrywamy misję. W zależności od tego, jak danych ludzi zlikwidujemy (i czym), tak samo musi zrobić osoba, której nadajemy nasz kontrakt. Tymi można się wymieniać, tworzyć rankingi wśród znajomych i tak dalej. Zabawa jest o tyle niecodzienna, że mamy tu do czynienia z pewną piaskownicą. Czym innym jest bowiem w miarę zdefiniowana przez twórców zawartość misji, a czym innym likwidacja jednego ze sklepikarzy.


Wizualnie "Hitman: Rozgrzeszenie" jest poprawny. Choć pierwsza misja nie urywa głowy, to już krążenie w tłumie wokół straganów Chinatown, czy ucieczka z budynku pełnego gliniarzy są już znacznie lepiej zrealizowane. Prawdziwe piękno "Hitman" pokazuje właśnie w takich zatłoczonych etapach. Świetnie zrealizowany jest tłum – to, jak się porusza, w jaki sposób wpadamy na ludzi. Animacje postaci, zarówno głównych, jak i statystów, są doskonałe.

"Hitman: Rozgrzeszenie" jest i nowy, i stary. Fabuła już na początku wykonuje ostry zwrot, ale przypomina klasyczne historie o zdradzonych przez mocodawców zabójcach. Mechanika ta sama, ale wszystko odbywa się bardziej gładko. Mimo uproszczeń na niższych poziomach trudności gra zachowuje ducha oryginału. W końcu robimy to, co zawsze – kierujemy najlepszym zabójcą na świecie.
Udostępnij: