The Sheltering Sky

2 godz. 19 min.
7,2 4 489
ocen
7,2 10 4489
5 136
chce zobaczyć
6,0 6
ocen krytyków
{"rate":6.0,"count":6}
{"type":"film","id":8725,"links":[{"id":"filmWhereToWatchTv","href":"/film/The+Sheltering+Sky-1990-8725/tv","text":"W TV"}]}
powrót do forum filmu Pod osłoną nieba
  • Caligula ocenił(a) ten film na: 6

    niestety, film nie spełnił moich oczekiwań. przez pierwszą godzinę jest ciekawie, owszem, czuć ten klimat Północnej Afryki jako miejsca schronienia dla bohemy artystycznej z połowy wieku, Tanger to przecież miejsce w którym miejsce zagrazli chociażby Wiiliam S. Burroughs i Truman Capote. w drugiej połowie jednak obraz traci całkowicie tempo, by w końcu przerodzić się w turystyczny folder z zapiewającymi w tle Arabami. przykro mi, ale nigdy nie byłem fanem tego typu klimatów, nie interesują mnie drzący japę na pustyni dzikusi. i chyba dlatego Bertolucci mnie tym razem zawiódł. zdjęcia - tak, ładne, Malkovich jest, jest też Ryuichi Sakamoto który odpowiada choćby za genialną ścieżkę dźwiękową do "Wesołych Świąt płk. Lawrence". ale to właściwie wszystko, bo poza tym ciągnie się jedynie morze piaskowej, jednostajnej nudy. gdyby podtrzymać klimat z pierwszej połowy mogłoby z tego wyjść coś inspirującego. zamiast tego wyszły pseudomistyczne bajania i snujące się bez celu po pustyni dromadery.

  • Thommy ocenił(a) ten film na: 6

    Caligula Podpisuję się pod tym i pozdrawiam jednocześnie:)

  • sten44 ocenił(a) ten film na: 8

    Caligula dla mnie wręcz odwrotnie. pierwsza połowa owszem bardzo dobra, ale to w drugiej mamy to co najlepsze i najpiekniejsze, zarówno od strony fabularnej, czy też szerzej powiedzmy scenariuszowej, bo fabułą jak wiemy jest tu raczej powierzchowna, a scenariusz skupia się na wnętrzach raczej obojga małżonków, jak i zwłaszcza od strony wizualnej oraz oprawy muzycznej.

  • sten44 A dla mnie jednak druga część filmu słabsza. Mógł Bernardo nakręcić co najmniej bardzo dobry film, ale nie wyszło mu. Trzeba pochwalić znakomity duet Winger-Malkovich. Zagrali na najwyższym poziomie, zwłaszcza Malkovich mnie zachwycił w scenie, gdy jego bohater zmaga się z gorączką i na trąbce grają mu Arabowie, a on "chce słyszeć przez cały czas" muzykę. Improwizacja w najlepszym stylu, co zresztą widać. Ale Winger również fantastyczna, nie można powiedzieć złego słowa o jej grze.

    Niestety, gdy z ekranu na dobre znika Malkovich, coś niedobrego zaczyna się dziać z tym filmem. Nie przeszkadza mi, że Bertolucci w drugiej części pokazuje piękne widoczki pustyni, nie przeszkadza prawie całkowity brak dialogów (akurat to lubię). Przeszkadza mi natomiast, że Bertolucci stracił wyczucie. Dlaczego w scenach w których Winger wędruje przez pustynię z Arabami, reżyser nie sięgnął po mistrzowski motyw muzyczny skomponowany przez Sakamoto? Ten owszem, pojawia się, lecz dopiero w napisach końcowych, co uważam jest ogromnym błędem. Zamiast genialnego tematu Sakamoto, w scenach przemierzania pustyni mamy jakąś muzyczkę niebezpiecznie podobną do Bollywood. Sądziłem, że Bertolucci ma lepszy smak. Mamy również scenę w której Arab uwodzący Winger spada z wydmy, toczy się po piasku, następnie biega w kółko jak szalony i wymachuje rękami. WTF? Było tak artystycznie, tak pięknie w pierwszej połowie filmu, a tu nagle Bernardo staje się okropnie infantylny. Nie rozumiem. Drażnił mnie również narrator. Nie, głos ok, zresztą należący do samego pisarza. Ale dlaczego narrator został wykorzystany w tak małym stopniu? Na początku i na końcu, i koniec. W takim razie, równie dobrze mogło go nie być, bo niewiele wnosi do filmu. Tak więc uważam, że Bertolucci nie przemyślał tego filmu do końca. Niby taki wyrafinowany reżyser, ale drugą część sknocił. Ktoś powie, że to są tylko nic nie znaczące detale. A guzik. Detal ma znaczenie.

    Aha, jeszcze wracając do momentu w którym znika nam z ekranu Malkovich. Robi się bez niego nudno, nie? Albo więc trzeba było wprowadzić do gry postać Tunner'a (interesujący Campbell Scott) i nie zostawiać Winger na pustyni z Arabami, lub po prostu jeszcze inaczej: Malkovich nam umiera i the end. Koniec filmu i jesteśmy zadowoleni, że coś znakomitego udało się stworzyć włoskiemu reżyserowi. Wprawdzie "Pod osłoną nieba" warto obejrzeć, a nawet trzeba obejrzeć ze względu na role Winger i Malkovicha (plus Campbell Scott + ohydny Timothy Spall z mamusią - świetny wątek) oraz zdjęcia Storaro, ale nie można nie zauważyć, że druga połowa filmu jest wyraźnie słabsza.

  • La_Pier Ciekawe jest to, co napisałeś. Zdecydowanie zgadzam się z Twoją opinią dotyczącą podkładu muzycznego w scenie wędrówki przez pustynię. Ten znany wszystkim kinomanom, wspaniały motyw lepiej by się do tego nadawał. Podobnie jak Ty bardzo wysoko oceniam też poziom aktorstwa w tym filmie. Nie mogę jednak podpisać się pod pozostałymi z wyrażonych przez Ciebie opinii.
    Przede wszystkim nie bardzo rozumiem ten rzekomy podział filmu na dwie części, z których jedna jest lepsza, a druga gorsza. Moim zdaniem film posiada bardzo jednolitą i od początku do końca konsekwentnie utrzymaną stylistykę i konstrukcję fabularną. Nie dostrzegam w nim jakichś pęknięć czy nieoczekiwanego użycia elementów "z innej bajki". Film ma niewątpliwie swoją specyficzną atmosferę. W dużej mierze dzieje się tak oczywiście za sprawą nieprawdopodobnie pięknych obrazów malowanych światłem przez genialnego Storaro. Ale ma też wyraźny rytm. I to już jest zasługa Bertolucci'ego. Dlatego nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem, że "Bertolucci nie przemyślał tego filmu do końca". Myślę, że włoski reżyser miał bardzo wyraźną wizję swego filmu i że udało mu się urzeczywistnić ją na ekranie. Co wcale nie oznacza, że potrafiłby precyzyjnie odpowiedzieć na pytanie : po co zrobił ten film i co właściwie chciał za jego pomocą powiedzieć. I właśnie na tym polega też mój problem z tym filmem. Obejrzałem go dziś po raz czwarty i nadal ta zachwycająca mieszanina pięknych kadrów, poruszającej muzyki i niejednoznacznych zdań padających z ekranu wywołuje u mnie konsternację i uczucie jakiegoś niedosytu. Pamiętam, że po pierwszym obejrzeniu tego filmu byłem wściekły na Bertolucciego za to, że pokazał mi takie fascynujące "coś", nie wyjaśniając przy tym, o co w tym czymś chodzi. Na pewno nie jest to film psychologiczny, bo portrety psychologiczne bohaterów są skąpe i szkicowo zarysowane. Wszystko wskazuje na to, że mamy tu do czynienia ze specyficznym melodramatem. Melodramat ten jest specyficzny, ponieważ miłość, będąca głównym tematem filmów reprezentujących ten gatunek, jest tu przedstawiona co najmniej nietypowo. A może nie ma tu wcale miłości ? Może jest jedynie poszukiwanie jej ? Gdy Kit rozpacza przy umierającym mężu nie wiadomo czy powodem jej łez nie jest właśnie uświadomienie sobie, że nawet w obliczu śmierci nie jest zdolna do prawdziwej miłości. Pojawia się też pytanie : jaką właściwie rolę odgrywa w tej historii Tunner ? Nie ulega wątpliwości, że oboje odnoszą się do niego z pogardą i opędzają się od niego jak od natrętnej muchy. Kit stwierdza, że lubi go, ale mu nie ufa. Nie przeszkadza jej to jednak w tym, żeby pójść z nim do łóżka. Prawdziwym celem państwa Moresby jest zapewne ucieczka przed tym wszystkim co przez dziesięć lat trwania ich związku oddalało ich od siebie (działalność artystyczna i związane z nią kontakty towarzyskie) , znalezienie się tylko we dwoje gdzieś na końcu świata i zmierzenie się z pytaniem, które dręczy ich od dawna : co właściwie stanowi istotę łączącej ich więzi ? Fakt, że zabierają ze sobą Tunnera świadczy o tym, że jednocześnie boją się być ze sobą sam na sam. A może postać Tunnera jest metaforą tego wszystkiego co w męsko-damskich relacjach jest jedynie cyniczną grą prowadzoną pomiędzy dwiema samotnymi jednostkami,w której stawką jest zaspokojenie egoistycznych cielesnych żądz, w celu osiągnięcia seksualnej satysfakcji. Państwo Moresby pragną odrzucić na bok te pospolite zwierzęce instynkty i wznieść się na wyższy poziom, związany z bliżej nie określoną sferą duchową. Jednocześnie obawiają się, że gdy to uczynią, dostrzegą tylko przerażającą pustkę i zrozumieją, że miłość jest jedynie pięknym mitem, stworzonym przez ludzkość w celu ukrycia prawdy o beznadziejnej samotności każdej ludzkiej istoty. Port i Kit liczą na to, że w obcej, egzotycznej scenerii będzie im łatwiej dotrzeć do prawdy o ich związku. Podświadomie liczą na to, że coś się wydarzy. I coś się wydarza. Tym czymś jest banalna śmierć , która jak zawsze wkracza brutalnie i przekreśla wszystkie ludzkie plany. Śmierć Porta oznacza oczywiście kres ich związku i zakończenie ich wspólnego poszukiwania prawdziwej miłości, ale czy należy traktować ją z tego powodu jako symbol ich porażki ? Film nie daje jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Możemy się jedynie domyślać, co czuje Kit , gdy po jej mężu zostało już tylko wspomnienie. Może właśnie, paradoksalnie,dopiero ta śmierć uświadomiła jej, że była to jednak miłość ? Ta jedyna i prawdziwa. I że innej już nigdy nie będzie. Może więc czuje zarazem szczęście i ogromny ból ? A może jest tak samo jak przedtem zblazowana i czuje się wewnętrznie wydrążona ? Niesamowite zakończenie filmu, w którym pojawia się wątek jej dziwnego związku z tajemniczym Beduinem, jest tak naprawdę jednym wielkim znakiem zapytania.
    Podsumowując swoje rozważania muszę przyznać, że z każdym kolejnym "podejściem" do tego filmu, odczuwam coraz większą magiczną siłę, która jest w nim zawarta. Moja początkowa irytacja zamienia się stopniowo w narastającą fascynację. Bertolucci niczego nam nie ułatwia, nie wyjaśnia. I właśnie dlatego jest wybitnym artystą, w przeciwieństwie do tych, najbardziej nawet sprawnych hollywoodzkich rzemieślników, którzy nie mogą się powstrzymać przed prawieniem widzowi morałów i przed zastosowaniem nieodłącznego w tego typu produkcjach motywu dobroczynnego katharsis, które staje się elementem uwalniającym głównego bohatera od nękającego go problemu.
    Wielkość tego filmu polega więc na jego niejednoznacznym przesłaniu. Na tym, że każdy widz może odczytać go na swój sposób. Mam nadzieję, że gdy obejrzę "Pod osłoną nieba" raz jeszcze, uznam ten film za bezdyskusyjne arcydzieło :))

  • policmajster10 ocenił(a) ten film na: 9

    Caligula Jesteś za młody lub ze straconego pokolenia La Pier i Caligula