Jeśli ludzie są sobie przeznaczeni...

...to nie ma bata, żeby nie byli razem. No i bywa tak w życiu. Tylko dlaczego miłość musi być
jednocześnie takim pięknem i cierpieniem? Nawet jeśli związek radzi sobie z problemami,
to sam fakt, że te problemy się pojawiają, choć staramy się by było zupełnie inaczej, jest
nieco dobijający. A od tego nie ma ucieczki. No chyba, że zostaniesz starym kawalerem. Cóż
taki nasz żywot. Słodki i gorzki równocześnie. Co do "Zakochanego bez pamięci":
nadspodziewanie znakomity. 9/10.

20
  • single 4 life !

  • Dobry - polecam, o ludziach "zakręconych"... i o przeznaczeniu

  • użytkownik usunięty

    Prawdopodobnie jedna z najbardziej zabawnych wypowiedzi w historii tego portalu. Tego się nie da czytać na trzeźwo.

  • Moim zdaniem ludzie nie doceniają tego filmu. Jest bardzo mądry, smutny i pogmatwany, momentami bardzo creepy. Poza tym Jim Carrey zagrał świetną, całkowicie poważną rolę. Zna ktoś fajne interpretacje?

  • Nie ma czegoś takiego jak przeznaczenie. Ludzie dobierają się pod siebie, po jakieś szczególne wymagania, a cała reszta to wyścig szczurów - kto pierwszy, ten lepszy. Reszta to już kwestia przywiązania i naszego myślenia, iluzji którą wykreowaliśmy w głowie. Przepraszam, jeśli sprowadziłem na ziemię. Jednakże to nie powinno umniejszać miłości, bo to wspaniała rzecz.

    • Zgadzam się z Tobą. Nie ma czegoś takiego jak przeznaczenie, ludzie nie są stworzeni do monogamii. Nie możemy być pewni, że tylko jedna osoba do nas pasuje, z prostego powodu - nie mamy pojęcia, czy na drugim końcu świata nie ma człowieka, do którego bardziej byśmy pasowali i vice versa. Nasuwa się więc pytanie po co w ogóle angażować się w jakiś związek, skoro nie mamy gwarancji, że przetrwa na zawsze. Moim zdaniem odpowiedzią jest doświadczenie. I po to, żeby poznawać życie. Dlatego to co napisałeś - kto pierwszy ten lepszy, jest cholernie prawdziwe. Na pierwszy rzut oka wygląda to na uproszenie, ale jeśli się bardziej zastanowić, to wcale nie. A co do filmu to ja niestety również nie wyciągnęłam z niego za wiele pozytywów, bardziej dostrzegam tragizm pod tą warstwą surrealizmu i czarnego humoru, a mianowicie, że proces wymazywania byłych partnerów z pamięci jak najbardziej funkcjonuje w wymiarze rzeczywistym. Ludzie zapominają o człowieku, który był swego czasu nierzadko najważniejszą osobą w jego życiu. I ja nie potrzebuję niczego więcej tak naprawdę, ten jeden przekaz, tak prosty, a zarazem wielki, w zupełności mi wystarczy żeby docenić ten film.

      • Ale ludzie czasem muszą zapomnieć (ja bym użyła konstrukcji "nie myśleć") o osobie z którą tworzyli związek, nie dlatego że nie mogą poradzić sobie z bólem bądź są na nią śmiertelnie obrażeni tylko z prostego powodu - chcą dalej żyć. Nie chcą marnować swojego czasu na rozpamiętywanie, na ciągłe, codzienne przechodzenie tych wszystkich słów, zdań, momentów w swojej głowie. Wszyscy potrzebujemy w życiu równowagi psychicznej dlatego po rozstaniu, na pewnym etapie musimy się "odciąć".

        • I tutaj muszę się przyczepić, bo jeżeli używasz określenia "nie myśleć" to zupełnie zmienia to postać rzeczy. Pomiędzy "wymazaniem" - chęcią zapomnienia o ówczesnym partnerze, a nie myśleniem o nim na co dzień, jest ogromna przepaść. To, że nie myślimy na co dzień o byłym partnerze jest jak najbardziej naturalne, powiedziałabym wręcz, że codzienne budzenie się z myślą o swoim byłym jest niezdrowe. Zdrowo jest zacząć życie na nowo, z czystą kartą, ale mój komentarz dotyczył chęci całkowitego zdeprecjonowania dawnego uczucia i chęci całkowitego zapomnienia o nim. Skrajne podejście, bez chęci wyciągnięcia jakichkolwiek wniosków czy ocalenia miłych wspomnień, zastanowienia się nad tym, co pozytywnego wniosła dana osoba do naszego życia. Film ukazuje ten proces w sposób zamierzenie absurdalny, surrealistyczny, ale smutne dla mnie jest to, że w prawdziwym życiu poznaje ludzi, którzy w dokładny taki sam, ekstremistyczny sposób wymazują w jednej sekundzie całą przeszłość, tak jakby w jednej chwili wszystkie te pozytywne chwile których dwie osoby doświadczyły przestały istnieć. Bezrefleksyjnie.
          Odcięcie się jest jak najbardziej zdrowe, ale dojrzałość polega na zrobieniu tego w odpowiednim momencie, nie tylko z uczuciem żalu i nienawiści, ale umiejętnością obiektywnej oceny zarówno strat ale i zysków, których zaczerpnęliśmy z danej relacji. A tego we współczesnym świecie wydaje mi się brakować.

          • Hmm no widzisz, tak naprawdę to wszystko to kwestia doświadczeń oraz tego jakich parterów wybieramy i jakimi ludźmi sami jesteśmy. Ja, dla przykładu, nie spotkałam się z czymś takim - mam szczęście (a może bardziej szczęście do dojrzałych partnerów) że relacje które są dla mnie przeszłością kończyłam w zgodzie i poszanowaniu siebie nawzajem. Nie mam poczucia że byli partnerzy traktują mnie jak ducha czy jak powietrze chociaż z żadnym z nich nie utrzymuję stosunków "przyjacielskich". Może to też kwestia długości związku? A może to przychodzi z wiekiem? A może po prostu niektórzy ludzie tacy są - wyciągają pewne wnioski w połowie życia i po kilkunastu relacjach które sami na własne życzenie zepsuli? A że współczesny świat jest jaki jest...tego nie zmienimy. Możemy ubolewać ale robić swoje i czekać na osoby co do których będzie wiadomo że nie rzucą nami za miesiąc jak zużytą szmatką ;)

  • Odkopuję-nie zgadzam się. Miłość to nieustanna praca dwóch osób, nie przeznaczenie. Bardziej skłaniam się ku energii którą każdy z nas posiada i tego że nasze energie po prostu się przyciągają. Ale nie są stałe. Nic nie jest stałe na świecie :)

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: