Bartosz Czartoryski

Rozmawiamy z gwiazdami "Domu z papieru"

Wywiad
/fwm/article/Rozmawiamy+z+gwiazdami+%22Domu+z+papieru%22-137137
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Cyberpunk+1997-136933

Cyberpunk 1997

J.POPPodziel się

Jakub Popielecki pisze o Keanu Reevesie, cyberpunku i tym, że filmowa przyszłość pochodzi dziś zazwyczaj z przeszłości.

Jakub Popielecki pisze o Keanu Reevesie, cyberpunku i tym, że filmowa przyszłość pochodzi dziś zazwyczaj z przeszłości.

Gdyby cyberpunk miał twarz, byłaby to twarz Keanu Reevesa. Spytajcie mnie o cyberpunkową scenerię, powiem: jedźcie do Hongkongu. Spytajcie o soundtrack, powiem: włączcie Buriala. I jasne, pewnie można by dyskutować, czy bardziej na miejscu nie byłaby wycieczka do Tokio albo impreza do rytmu Juno Reactor. W przypadku Keanu dyskusja nie ma jednak sensu, zwłaszcza odkąd jego status został przypieczętowany angażem do gry o wszystko mówiącym tytule "Cyberpunk 2077". Twarz Keanu to twarz, z jaką wyobrażamy sobie jutro.

Efekt jest oczywiście wypadkową jego filmografii: to Reeves zagrał futurystycznego kuriera Johnny'ego Mnemonica z opowiadania Williama Gibsona, to Reeves wcielił się w Neo, Jezusa cyberprzestrzeni z "Matriksa" (1999). Zresztą nawet neonowa, wielkomiejska i multikulturowa estetyka serii o Johnie Wicku ma w sobie coś migotliwie cyberpunkowego. Powinowactwo sięga jednak głębiej niż aktorskie wybory Reevesa. Ktoś przecież zaproponował te role akurat jemu, ktoś przed wręczeniem mu scenariusza zobaczył te postacie w jego twarzy. Da się to zrozumieć: już jego delikatnie egzotyczna, odporna na ząb czasu uroda daje mu wygląd kogoś, kto przybył do nas z jakiegoś jutra.
 
Dlatego, niemal ćwierć wieku po premierze "Johnny'ego Mnemonica" (1995), Keanu wciąż jest naszym modelem człowieka przyszłości. Jest i nim pozostanie: zaraz puści oko do roli Mnemonica w "Cyberpunku 2077", a potem ponownie podąży za białym królikiem w nowej części "Matriksa". A jednak, z całym szacunkiem dla Keanu, jest to co najmniej dziwne, że naszego jutra wypatrujemy w jego wczoraj. Gdzieś między Johnnym a Neo. Plus minus – w 1997 roku.

Nie chodzi tylko o Reevesa, ale o generalny trend retro, jakim podąża zbiorowa wyobraźnia futurologiczna. Załóżmy, że kino jest jej lustrem, a jej najsilniejszą emanacją – hollywoodzkie fantastycznonaukowe blockbustery i rzućmy okiem na ostatnią dekadę. "Mad Max – na drodze gniewu" (2015), "Blade Runner 2049" (2017), "Prometeusz" (2012), "Terminator: Mroczne przeznaczenie" (2019) stanowią powrót do wizji wysnutych jeszcze w latach 70. i 80. "Ready Player One" (2018) to rzecz niby względnie nowa, ekranizacja książki z 2011 roku, ale zadłużona w "Zamieci" Neala Stephensona z 1992 roku i skąpana w nostalgii za tak zwanym Kinem Nowej Przygody z lat 80. "Na skraju jutra" (2014) łączy po prostu dwa najtisowe szlagiery: "Żołnierzy kosmosu" (1997) i "Dzień świstaka" (1993). "Ghost in the Shell" (2017) i "Alita: Battle Angel" (2019) są z kolei adaptacjami mang z – odpowiednio – lat 80. oraz 90. (ewentualnie – remake'ami anime z lat 90.). Wszystkie te przyszłości pochodzą więc z przeszłości. Istne days of future past.

(Żeby nie było: lubię większość tych filmów. Jestem też świadom, że w ostatniej dekadzie powstało trochę mniejszych, ambitnych i świeżych produkcji SF, choćby "Pod skórą", "Ex Machina", "Anihilacja" czy "Moon". Ale nie o to tu chodzi.)

Częścią problemu jest chyba fakt, że przekroczyliśmy magiczny próg roku dwutysięcznego i nie wyglądał on jak w kinie. Ikoniczny "listopad 2019" z "Łowcy androidów" (1982) przeminął przecież jakby nigdy nic, bez replikantów i testu Voigta-Kampfa. Historia tymczasem nie tyle się skończyła (jak prorokowali niektórzy), co zaczęła przyspieszać w stronę mrocznego trzeciego aktu zdominowanego przez generalny globalny niepokój. Skończyły się więc przyszłościowe wizje, bo – pisał o tym niedawno Paweł Mościcki w "Dwutygodniku" – gatunek science-fiction powoli przenosi się do działu "sprawy bieżące". Nie ma już frajdy z wyobrażania sobie mrocznego jutra, kiedy mroczne jutro czai się za rogiem.

Siłą rzeczy futurologia zrobiła więc zwrot wstecz – przynajmniej estetyczny. Akcja takiego "Blade Runnera 2049" rozgrywa się w nominalnej "przyszłości", ale to przecież jedynie nostalgiczna symulacja, ciąg dalszy przyszłości wymyślonej w 1982 roku. Dość powiedzieć, że miasto z filmu Denisa Villeneuve'a naszpikowane jest logotypami przebrzmiałych rynkowych potęg w rodzaju Atari czy Pan Am. Żeby było jeszcze śmieszniej, prawdziwy świat zdaje się podążać za ową fikcją. Oto Elon Musk, spośród wszystkich rzeczywistych ludzi chyba najbardziej podobny do granego przez Jareda Leto Niandera Wallace'a z "Blade Runnera 2049", projektuje w prawdziwym 2019 roku cybersamochód wyglądający jak pojazd, którym poruszał się po Los Angeles w fikcyjnym 2019 roku Rick Deckard z oryginalnego "Blade Runnera".


Tymczasem piosenkarka Grimes – zaplątana w temat przez koneksje z grą "Cyberpunk 2077" (gra tam jedną z postaci) i Elonem Muskiem (są parą) – wydała właśnie album, który na aktualne problemy proponuje lekarstwo nostalgicznej cytatologii. Rewelacyjnie zatytułowana płyta "Miss Anthropocene" ma ambicję opowiedzenia nam o mrocznym tu i teraz: dziewczyńskość, antropocen i mizantropia spotykają się w przepisanej na elektroniczne beaty i zautotuningowane wokale fantazji o "bogini kryzysu klimatycznego". Piosenkarka przechwytuje "gorące" formy podawcze: sztuczno-realistyczną estetykę "doliny niesamowitości" czy pulsującą w rytmie ADHD poetykę Tik Toka. Ale to wszystko tylko języki, w których artystka formułuje kolejne cytaty, tworząc coś na kształt kolażu swoich fascynacji. W teledysku do piosenki "Delete Forever" prezentuje się zatem w scenerii nawiązującej wprost do "Akiry" (1988) Katsuhiro Otomo. A cały album wieńczy nazwaną japońskim słowem piosenką "IDORU", która chyba nieprzypadkowo dzieli tytuł z powieścią Williama Gibsona wydaną w 1996.

Oczywiście Gibson jako pierwszy chętnie przyzna, że science-fiction tak naprawdę nigdy nie opowiada o przyszłości. Że wszelkie wizje "jutra" to tylko kostium dla opowieści o "dzisiaj". Dlatego jego "Neuromancer" – powieść uznawana za inaugurację cyberpunku – to nie tyle przepowiednia roku dwa-tysiące-trzydziestego-któregoś-tam, co raczej destylat swoich czasów. Ot, zeitgeist lat 80. przepisany na historyjkę o zblazowanych hakerach, zabójcach ninja i złych korporacjach. Efekt przepuszczenia kontrkulturowych inspiracji pisarza (Pynchon, Burroughs, Ballard) przez młynek ejtisowych trendów: Japonię, komputery, globalizację. Z przyszłością miało to tyle wspólnego, że wpływ Gibsona wybił na całego dopiero w kolejnej dekadzie: można więc powiedzieć, że był on wśród ludzi, którzy "wymyślili" lata 90. Kultowy "Neuromancer" nie doczekał się ekranizacji, ale tak rozmaite najtisowe artefakty jak – dajmy na to – kultura rave, album "Zooropa" grupy U2 czy "Hakerzy" (1995) z Angeliną Jolie wszystkie są gdzieś tam, jakoś tam cyberpunkowo-Gibsonowskie.

Co jednak ciekawe, Gibson z czasem zaczął doganiać jutro. A może to jutro stanęło w miejscu? "Neuromancer" był częścią publikowanej w latach 80. tzw. trylogii "Sprawl", której akcja rozgrywała się względnie daleko w przyszłości, w okolicach roku 2030. Ale kolejna trylogia pisarza – wydana w latach 90. "Bridge" – opowiadała już o czasach dużo bliższych: pierwszej dekadzie XXI wieku. W tychże latach dwutysięcznych Gibson opublikował zaś kolejną trylogię – "Blue Ant". To była już w zasadzie literatura współczesna, opisująca wprost epokę, w jakiej powstała, i niemalże pozbawiona elementów SF.

Oczywiście ten malejący dystans między czasem powstania a czasem akcji rezonuje ze słynną maksymą Gibsona, że "przyszłość już nadeszła, tylko jest nierównomiernie rozdystrybuowana". Bo wyobraźcie sobie, co powiedziałby mający do wyboru dwa programy telewizyjne Polak z 1989 roku, gdyby oznajmić mu, że za byle 30 lat dostanie gadżet umożliwiający kontakt z (powiedzmy) całym światem i zapewniający dostęp do (powiedzmy) całej wiedzy. Co tu dużo mówić: w pewnym sensie każdy jest dziś łowcą androidów – chyba że preferuje system operacyjny iOS.

Getty Images © Christopher Morris - Corbis


Sęk w tym, że wyścig Gibsona z historią nie skończył się w momencie zrównania. Jego najnowsza powieść, wydana w styczniu "Agency", została dosłownie prześcignięta przez życie. Pisarz zaczął pracę nad książką jeszcze przed zwycięstwem Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich 2016 roku i przed referendum brexitowym. W przypływie futurologicznego natchnienia/optymizmu/naiwniactwa opisał w niej świat, gdzie w Białym Domu urzęduje Hillary Clinton, a Wielka Brytania pozostała w Unii Europejskiej. Kiedy predykcja się nie sprawdziła, uznał, że musi przepisać tekst. I wyszła mu książka pięknie symbolizująca ucieczkę w przyszłość z przeszłości, o jakiej tu mowa.

"Agency" opowiada bowiem o ludziach z XXII wieku, którzy kontaktują się z mieszkańcami alternatywnego dzisiaj, w jakim Trump nie objął urzędu i brexit nie nastąpił. Losy tego świata wiszą jednak na włosku, a w intrygę zaplątany jest wzięty przedsiębiorca w typie (nomen omen) Elona Muska i jego była dziewczyna (niekoniecznie w typie Grimes). Wspólnymi siłami usiłują oni ocalić swoją wersję rzeczywistości przed mroczną przyszłością. Zatem, upraszczając: nawet Gibson, prorok cyberpunkowego jutra, robi dziś unik w stronę wyimaginowanego, bezpiecznego wczoraj. Takiego, gdzie prezydent jest milszy, świat postanowił się nie podzielić, a rychłą apokalipsę da się spokojnie odwołać.

Czy to już symptom czy jedynie zbieg okoliczności? Wszystko wskazuje przecież na to, że na naszych oczach dochodzi do frapującego przetasowania w hierarchii fantastyki. Science-fiction – odruchowo kojarzące się z postępem, awangardą – przepoczwarza się w ciepłą kołderkę retro-estetyki. Rolę papierka lakmusowego teraźniejszości przejmuje tymczasem fantasy. Czyli gatunek, który stereotypowo widzi się jako bardziej wsteczny, dziecinny, niezdrowo tęskniący za przeszłością.

O ironio: właśnie ta cecha czyni z fantasy konwencję adekwatną do opisu naszej, jakże roztęsknionej za przeszłością, codzienności. Kostium magii i miecza zazwyczaj kryje przecież opowieść o dojrzewaniu i o przemijaniu, lament nad końcem pewnego świata. Oto Frodo zostaje powiernikiem Pierścienia, porzuca idylliczne Shire i traci skąpaną w oparach fajkowego ziela niewinność. Oto Geralt gorzknieje na dobre i odchodzi w cień, przekazując wiedźmińską pochodnię Ciri. W fantasy – jak pisał Sapkowski – zawsze "coś się kończy". Może dlatego to właśnie fantasy okazuje się językiem trafniej opisującym nasz wkraczający w mrok, komplikujący się świat.

Wystarczy spojrzeć na seriale, prawdopodobnie najważniejszą formę, w jakiej opowiadamy sobie dziś historie. To nie "Westworld" ani "Altered Carbon", tylko "Gra o tron" i "Wiedźmin" zarządzają obecnie globalną wyobraźnią. Czy aby nie dlatego, że w serialowym science-fiction – podobnie jak w tym kinowym – czuć lekko zachowawczą nutę? "Westworld" odsyła przecież do jeszcze pre-cyberpunkowej wizji ze "Świata Dzikiego Zachodu" (1973). "Altered Carbon" odkurza zaś scenografię rodem z "Blade Runnera" i spektakl rodem z "Matriksa". Niby nie wszystko jest tam retro: w pierwszym czuć choćby ducha feminizmu, oba tematyzują aktualną kwestię nierówności społecznych.
Napięcia płciowe, klasowe i rasowe, strukturalna niesprawiedliwość, pytania o etykę i politykę? Jeśli chcesz teraz pogadać o tym z masami, lepiej, żebyś miał w zanadrzu jakiegoś smoka. Latające samochody i wirtualna rzeczywistość to zaś chwilowo rekwizyty retro-eskapizmu.
Jakub Popielecki

Tyle że produkcje fantasy wydają się przepracowywać podobne wątki dużo wdzięczniej. Tak wdzięcznie, że stają się potem globalnymi fenomenami: serwis HBO GO zawiesza się podczas premiery "Gry o tron", a Polak Sapkowski wędruje na szczyt listy bestsellerów Amazona. Cóż, może po prostu łatwiej nam przyjąć aktualne prawdy z psychologiczno-estetycznego dystansu – na przykład kiedy przystroić je w rycerską zbroję i elfie uszy. Napięcia płciowe, klasowe i rasowe, strukturalna niesprawiedliwość, pytania o etykę i politykę? Jeśli chcesz teraz pogadać o tym z masami, lepiej, żebyś miał w zanadrzu jakiegoś smoka. Latające samochody i wirtualna rzeczywistość to zaś chwilowo rekwizyty retro-eskapizmu. Takiego tam milutkiego powrotu do przyszłości.

Nie ma jednak tego złego. Może zatem nadszedł wreszcie czas na spóźnioną ekranizację "Neuromancera"? Próbowano wielokrotnie, swego czasu zadania miał podjąć się choćby Chris Cunningham. Teledyskowy wizjoner dostał nawet błogosławieństwo Williama Gibsona: pisarz mianował go jedynym reżyserem, który ma szansę zrobić ten film, jak należy. Mimo to do niczego nie doszło. Nie pomógł pewnie generalny zawód Gibsonowskim "Johnnym Mnemonikiem" (film się ani specjalnie nie sprzedał, ani specjalnie nie spodobał). Możliwe jednak, że przy okazji wymigano się z większej katastrofy. W końcu adaptacja tak wpływowej książki musiałaby stawić czoła nieuniknionemu paradoksowi: DNA "Neuromancera" jest dosłownie Wszędzie, więc jego filmowa wersja mogłaby niechcący wypaść niczym popłuczyny po Wszystkich Tych Rzeczach, które zainspirował właśnie "Neuromancer".

Ale zaraz zaraz, mamy przecież czas retro-futurystycznych powrotów, Keanu Reeves wciąż wygląda tak samo, a "Cyberpunk 2077" wyprzeda się zaraz jak świeże bułeczki. Czy filmowy "Neuromancer" nie byłby dziś całkiem na miejscu? Któż nie chciałby zapomnieć o niedolach współczesności, znieczulając się nostalgiczną wizją multikulturowej metropolii pełnej sexy lasek w lustrzankach i cynicznych kowbojów cyberprzestrzeni? Hej, nawet wiem, kto mógłby zagrać główną rolę.
25