Gabriel Krawczyk

Retromania jest passé?

Hotspot
/fwm/article/Retromania+jest+pass%C3%A9-132293
Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Rozmawiamy+z+raperem+Sobot%C4%85-132211

Rozmawiamy z raperem Sobotą

Podziel się

Michał "Sobota" Sobolewski opowiada nam m.in. o współpracy z Patrykiem Vegą, tremie podczas kręcenia sceny erotycznej z Katarzyną Warnke oraz młodzieńczych punkowych wygłupach.

Niekwestionowany król Facebooka wśród polskich raperów, właściciel wytwórni i brandu odzieżowego, od niedawna także aktor. W rozmowie z Filmwebem Michał "Sobota" Sobolewski opowiada m.in. o współpracy z Patrykiem Vegą przy "Kobietach mafii 2", tremie podczas kręcenia sceny erotycznej z Katarzyną Warnke oraz młodzieńczych punkowych wygłupach. 


***

Sobota i Bonson w "Kobietach mafii 2", Kali w filmie biograficznym o Chadzie, Saful z Dixon 37 gwiazdą serialu "Ślepnąc od świateł". Polscy raperzy ruszają na podbój srebrnego ekranu?

Miejmy nadzieję. Bardzo fajnie, że zapraszają nas do filmów. Jesteśmy w większości naturalnymi, utalentowanymi aktorami. Dzięki temu możemy także zbliżyć się do mediów, które – nie ma co ukrywać – wciąż traktują nas po macoszemu. To daje szansę, by propagować szerzej swoją muzykę.

Na amerykańskim podwórku nie brakuje raperów, którzy świetnie poradzili sobie w świecie filmu: Will Smith, 2Pac, Eminem, Ludacris, RZA. Przykłady można by mnożyć. Polskie kino także zdało sobie wreszcie sprawę z boomu na hip hop? 

Ten boom był już kilka razy, pojawiał się i znikał. Myślę, że filmowcom chodzi raczej o to, że mogą zatrudnić nowe, świeże twarze: niewyuczone w szkołach aktorskich, z innym podejściem do pracy przed kamerą. To jest taka dobrej jakości glina, z której da się ulepić aktora. Oczywiście popularność raperów też ma tu znaczenie. Można ją wykorzystać, by przyciągnąć do kin więcej widzów. 

Planujesz uczynić kino drugim obok rapu filarem, na którym będziesz budował swoją karierę?

Nie chcę wróżyć z fusów, ale będę do tego dążył. Odnajduję się w tym środowisku bardzo dobrze, na planie filmowym czuję się jak ryba w wodzie. Odkryłem nową rzecz, którą chciałbym robić w życiu.  

Pamiętasz pierwsze spotkanie z Patrykiem Vegą?

Było dość stresujące...

Sobota się zestresował? Trudno w to uwierzyć. 

Od razu było widać, że w realizację "Kobiet mafii" włożono kupę pieniędzy. Na planie zdjęciowym wszyscy chodzili jak w zegareczku, każdy szczegół był dopięty na ostatni guzik. Byłem delikatnie przestraszony, czy ja się w tym w ogóle odnajdę. Bałem się, że zmarnuję czyjś czas. Zadbano jednak o to, żebym poczuł się komfortowo. Pozwolono mi być sobą. Poza tym wcześniej zdobyłem trochę doświadczenia w "Totemie". Ono okazało się dość ważne – pozwalało spokojniej podejść do nowego wyzwania. A teraz jestem w drugiej części, w której moja rola została rozbudowana. 

Twój bohater Kosa był jednym z niewielu mężczyzn, którzy w pierwszym filmie nie trafili, nomen omen, pod kosę. Ba, udało mu się nawet poderwać postać Katarzyny Warnke. Jak wspominasz kręcenie sceny miłosnej?

To był mój pierwszy dzień na planie. 

Scenę z panią Warnke nagraliśmy w 15 sekund za pierwszym podejściem. Nawet nie pamiętam, jak było. Start, stop, koniec.
Sobota
Rzucili cię na głęboką wodę. 

Tak jak mówiłem, miałem potworną tremę. Scenę z panią Warnke nagraliśmy w 15 sekund za pierwszym podejściem. Nawet nie pamiętam, jak było. Start, stop, koniec. 

Na ile doświadczenie wyniesione z planów teledysków pomogło przy pracy nad filmem?

Nic nie pomogło. Przekonałem się o tym, kręcąc "Totem". Dowiedziałem się wówczas, że kamera, która mnie kręci, robi to z bardzo bliskiego planu. Że mikrofon, który mam podpięty, rejestruje nawet, jak przełykam ślinę i łapię oddech. Jeśli zepsułem ujęcie, nie było opcji, żeby wmontować zamiast niego przejazd kamery po graffiti na murach albo rozwalonym śmietniku. Scena musi być od początku do końca zrobiona. Trzeba przestawić swoje myślenie. Nie jesteś tu po to, żeby kogoś zagrać. Masz kimś się stać. Aktorzy nie grają nikogo. Oni wcielają się w postacie, są nimi. Na tym polega aktorstwo filmowe. W teatrze jest inaczej – tam wyolbrzymiasz cechy bohatera.

Lubisz oglądać się na ekranie?

Lubię siebie w teledyskach. Występowanie w nich to część mojej pracy. Wiem, że wykonuję ją na najwyższym poziomie i w ogóle się nie stresuję. Oglądanie siebie na srebrnym ekranie to inne doświadczenie. Gdy 20 lat temu zaczynałem rapować, po nagraniu pierwszego wokalu byłem zdziwiony. W głośnikach brzmiał on zupełnie inaczej niż w mojej głowie. Krępowało mnie to, w ogóle mi się nie podobał. Zajęło mi chwilę, żeby się do niego przyzwyczaić. Teraz też będę pewnie potrzebował czasu, aby oswoić się  z widokiem siebie na ekranie.

Kiedy w twojej głowie po raz pierwszy zakiełkowała myśl o tym, by spróbować sił w aktorstwie?

Chyba większość dzieciaków marzy o tym, żeby zostać aktorem albo piosenkarzem. Ja też już za małolata fantazjowałem o życiu w show biznesie. Zakładaliśmy wtedy z kolegami pierwsze punkowe zespoły. Imponowało nam, że artysta może zawiadywać ze sceny morzem widzów. To jest niesamowity szamanizm. 

Nosiłeś ramoneskę?

Miałem buty koknejki, na ramoneskę nie było mnie stać. Żeby wyglądać jak porządny punk, trzeba było nie tylko kombinować, ale i mieć gruby portfel. Swoją drogą to całkiem zabawne. Przecież punk rock jest uważany za muzykę kontestacji, buntu przeciwko systemowi.

Grałeś na czymś?
 
Byłem wokalistą. Nazywaliśmy się Aviomarin. Na każdej próbie śpiewaliśmy w kółko jeden kawałek, a potem upijaliśmy się. Traktowaliśmy więc chyba naszą działalność artystyczną jako okazję do towarzyskiego spotkania. 

Zagraliście chociaż jeden koncert?

Nie udało się. Przejęliśmy za to od miasta bunkier, w którym udało się zorganizować kilka koncertów innych szczecińskich punkrockowych kapel. W środku zmontowaliśmy mały skate park. Mogliśmy tam robić hardcore'owe wygłupy, nie zatruwając przy okazji życia innym obywatelom. 


Dorobiliście się fanek?

Niczego się wówczas nie dorobiliśmy. No, może poza kacem.

Polski hip hop – zwłaszcza ten z lat 90. – oraz punk łączy chyba całkiem sporo. 

W obu przypadkach to była muzyka buntu i prawdy. Mam nadzieję, że jest nią także dzisiaj. Bo prawda zawsze będzie buntem. Tak samo jak zawsze znajdzie się jakaś grupa, dla której szczerość będzie niewygodna. Oczywiście to już nie są czasy PRL-u. Nie siedzi nam na plecach cenzura, która zmienia słowo "gandzia" na "Andzia". Nikt nie rozjeżdża czołgiem 10 tysięcy płyt winylowych. Artyści nie lądują w więzieniach. Muzyka może jednak uświadamiać słuchaczom, że życie nie musi się ograniczać do oglądania telewizji, jedzenia i spania. Że jest coś więcej.

Sobota kojarzy się jako facet, który niczego się nie boi i rzadko stresuje. Oczywiście to jest trochę poza i pancerz wykuty przez lata spędzone na scenie.
Sobota
OK, ale zgodzisz się chyba, że dopracowany, wyrazisty wizerunek jest istotną częścią składową sukcesu we współczesnym rapie.

Czasem jest wręcz tak, że sprzedaje się więcej wizerunku niż muzyki. Pamiętam, jak zajmowałem się jeszcze kulturystyką i moje zdjęcie z gołą klatą i sześciopakiem na brzuchu miało więcej "lajków" niż nowy kawałek. To był dość smutny moment. Dla muzyka to straszna potwarz. 

Na nowej płycie Taco Hemingwaya pojawia się taki wers: To wszystko na niby. Gdy wchodzimy do kabiny, nie wierz w nic. Ile w twoim scenicznym wizerunku jest "czystej brudnej prawdy", a ile kreacji?

Sobota kojarzy się jako facet, który niczego się nie boi i rzadko stresuje. Oczywiście to jest trochę poza i pancerz wykuty przez lata spędzone na scenie. Ale ten pancerz jest naturalny. Nie trzymam go w szafie po to, by wyjąć odpowiednim momencie. Po prostu mam w sobie dwie osoby. Michał chce domu w lesie, chce się przytulać i być kochanym. No i jest Sobota, który chce, żeby błyszczały mu w ryj flesze. Pragnie wyrzygać emocje do mikrofonu i wyżyć się na scenie. 

Nasz wspólny znajomy powiedział mi, że Sobota to w gruncie rzeczy "poczciwy miś obleczony górą mięśni". 

(Śmiech) Góra mięśni to chyba już mit i legenda. Rozumiem, że mój wizerunek może wydawać się szorstki i surowy. Prywatnie jestem chyba jednak całkiem miłym gościem.

Widziałeś "Ślepnąc od świateł"?

Tylko pierwsze dwa odcinki. Nie mamy teraz za bardzo czasu, otwieramy wytwórnię, wychodzi nowy mixtape. To, co widziałem, podobało mi się.

Skoro rozmawiamy o rozdźwięku między rzeczywistością a wykreowanym wizerunkiem, ciekawi mnie, czy pokazany w serialu patologiczny obraz środowiska hip-hopowego jest zgodny z rzeczywistością.

Mogę ci powiedzieć, że na pewno nie ma w nim idealnych mistrzów charakterów. To jest normalnie szemrane towarzystwo, bardzo często z ulicy, pełne przekrętasów. 

Zawitałeś do redakcji Filmwebu, więc muszę prześwietlić nieco twój gust filmowy. Jakie są twoje ulubione filmy?

"Potop", "Miś", czyli taka klasyka polskiego kina. Bardzo lubię także "Przekręt" i "Prawo Bronksu". Mi się w ogóle najbardziej podobają te filmy, które już kiedyś widziałem. 

Który aktor ci najbardziej imponuje?

Brad Pitt jest dla mnie mistrzem. Jest gościem, który zagra komedianta, romantycznego kochanka, świetnego chamskiego bandytę, agenta służb specjalnych, cudownego ojca. Oglądanie go jest bardzo inspirujące. 

A aktorka?

Agnieszka Dygant, z którą przeciąłem się na planie "Kobiet mafii", rozbraja mnie. Niania Frania i szefowa mafii w jednym – to jest, k..., akcja nieprzeciętna (śmiech).

"Kobiety mafii 2"
Wiesz, jaki wynik wyskakuje jako pierwszy, gdy wpisze się w Google "wywiad z Sobotą"? Rozmowa z 2010 roku zatytułowana "Media mają mnie w d...". Trochę się chyba od tego czasu zmieniło.

Zapracowałem na to.

Sobota nie jest robotem, błyskotką czy plakatem z gazety. To człowiek, który ma ręce, nogi, serce, duszę.
Sobota
W tamtym wywiadzie bez ogródek mówiłeś o ciemnych kartach swojego życiorysu: kryminalnej przeszłości, narkotykach. Z perspektywy czasu nie żałujesz, że za bardzo się otwierałeś się przed dziennikarzami? 

Nie żałuję. Dzięki temu ludzie wiedzą, że Sobota nie jest robotem, błyskotką czy plakatem z gazety. To człowiek, który ma ręce, nogi, serce, duszę. Jest takim samym kolesiem jak wszyscy inni. Nie zleciałem z nieba. Na wszystko ciężko zapracowałem. Pamiętam, spod którego kamienia wypełzłem. To ratuje mnie bardzo często w moich odlotach, kiedy myślę o sobie jak o jakimś Supermanie. Albo kiedy zaczynam narzekać, że moje życie jest ciężkie, bo akurat w danym dniu trzysta razy zaświecono mi fleszem w twarz. Przypominam sobie wtedy czasy, jak szlifowałem spawy w stoczni.

Pamiętasz swoje pierwsze zarobione pieniądze?

To zawsze były jakieś grosze. A jak już się udało zarobić większe pieniądze, to kosztowało to tyle stresu, że odreagowywanie go nie było warte zarobku.

Pierwsza bójka?

Boisko szkoły podstawowej. To była naprawdę gruba sytuacja: lała się krew, pękały siniaki pod oczami. Co zabawne, tydzień później zaprzyjaźniłem się na wiele lat z tym chłopakiem, z którym się pobiłem. 

Na podwórku trzeba było wywalczyć sobie szacunek?

Różnie. Byli starsi koledzy, którzy prowokowali sytuacje między młodszymi dzieciakami. Jeśli chciało się należeć do jakiejś grupy i imponować rówieśnikom, to szło się w pierwszym szeregu i się obrywało. Generalnie nie przypominam sobie jednak, żebym musiał walczyć na podwórku o chleb czy szacunek. Nie wiem, jak jest dzisiaj, ale kiedyś obowiązywała hierarchia, w której starsi byli wyżej.  
Dzisiaj dzieciaki wolą siedzieć przed komputerem, a ich nadopiekuńczy rodzice drżą na samą myśl, że pociecha mogłaby sobie choćby zedrzeć łokieć. 

To już chyba nagminne, że częściej niż o przemocy na podwórku słyszy się o nagonkach i szczuciu w Internecie. Jeśli można kogoś dotknąć w sieci do tego stopnia, że ta osoba odbiera sobie życie, to jest to megaprzemoc i trzeba o tym mówić. 

Czytasz komentarze na swój temat w Internecie?

Oczywiście. Choć robię to coraz rzadziej.

Nauczyłeś się dystansu?

Dawno temu. W pierwszym roku po wydaniu mixtape'u i albumu byłem osobą, którą bardzo łatwo można było dotknąć literkami przez Internet. Bolał mnie od tego brzuch. Byłem gotowy przejść przez ekran do tej osoby, by wymierzyć jej karę i zniszczyć wszystko, co kocha. Aż któregoś dnia dostałem maila z groźbami w stylu: jakbym miał karabin, to bym cię zastrzelił; jak się miniemy, będzie krwawo. To były czasy Naszej Klasy. Tam była taka witrynka, w której można było znaleźć przyjaciela po mailu. Kiedy skopiowałem do niej adres, z którego przyszła miła wiadomość, wyskoczył mi chłopak z Koszalina, młodszy ode mnie o siedem czy osiem lat. Zapytałem go więc grzecznie, czy to on mi groził. Zaczął się tłumaczyć cały w spazmach, że to nie on. Że nie zamknął laptopa, a maila wysłał młodszy brat. Wtedy zrozumiałem, że po drugiej stronie są totalnie nieszczęśliwi ludzie, których nigdy pewnie nawet nie minę na ulicy. To, co mówią i robią, nie ma najmniejszego wpływu na moje życie. Złapałem wyluzkę i mam ją do dzisiaj.


Jakiś czas temu Pezet powiedział w wywiadzie, że gdyby ktoś nagrał na niego diss [obraźliwą piosenkę przyp. red.], to nawet by na niego nie odpowiedział. A gdyby jeszcze adwersarz zaczął ubliżać jego rodzinie, to przekazałby sprawę adwokatowi. Postąpiłbyś dzisiaj podobnie?

Było trochę zaczepek pod moim adresem ze strony innych artystów, choć nie miały one formy muzycznych dissów. To były raczej komentarze i posty w mediach społecznościowych. Nie chciało mi się na nie odpowiadać, zwłaszcza że ich autorzy nie byli nikim ważnym. Krytykanci próbowali poprzez zaczepki zrobić sobie reklamę. Liczyli na to, że odpowiem. Co zabawne, te osoby w ogóle mnie nie znały i nie mogły nic krzywdzącego na mój temat powiedzieć. Gdyby zaczęła mnie zaczepiać jakaś ważna postać na scenie, pewnie wypadałoby zareagować. Generalnie nie mam wrogów, ponieważ nigdy nikomu nie patrzyłem na ręce, nie zaglądałem do portfela i nie rozliczałem nikogo z jego rapu. Jeśli czegoś nie lubię, to po prostu tego nie słucham i nie psuję sobie humoru. 

Obok Tedego, DonGuralesko czy VNM-a byłeś jednym z tych, którzy kładli fundamenty pod tzw. nową szkołę w polskim rapie. Co myślisz, gdy np. Young Multi apeluje do raperów-weteranów, by otworzyli głowy i dali szansę młodym? Konflikt pokoleń w polskim rapie to prawda czy mit?

Mamy 2019 rok. Artysta nie może już być tylko artystą. No chyba że chce mieszkać w śmietniku i cieszyć się ze swojej artystycznej duszy.
Sobota
W ogóle nie wiem, o co chodzi w tym konflikcie. Jestem bezkonfliktową osobą i się nie zagłębiam w te przepychanki. Nie interesuje mnie Young Multi i to, co on gada. Nie spędza mi to snu z powiek. Jeśli fani czują się dobrze, gdy muzyka Young Multiego leci z ich głośnika, to niech sobie leci. Na naszym rapowym podwórku jest miejsce także na nią. Nie odbierajmy słuchaczom przyjemności.

Bycie raperem to chyba nie jest zajęcie dla każdego. Klejenie zwrotek i nawijanie ich do beatów to zaledwie ułamek działalności. Do tego dochodzą koncerty, prowadzenie własnej wytwórni i interesu odzieżowego, faktury, podatki, płatności w terminie. W twoim przypadku także aktorstwo. Jak znajdujesz w tym wszystkim czas, by przysiąść nad kartką i napisać nowy tekst?

Mamy 2019 rok. Artysta nie może już być tylko artystą. No chyba że chce mieszkać w śmietniku i cieszyć się ze swojej artystycznej duszy. Kluczowe w tym wypadku jest wsparcie menedżera. To on pomaga ogarniać wspomniane przez ciebie rzeczy. Dzięki niemu koleś, który tak jak ja czasem zamienia się w biznesmena, ma oddech i może zajmować się także muzyką. 

Od kilku lat nie masz sobie równych wśród raperów, jeśli chodzi o liczbę fanów na Facebooku. Miałeś moment, gdy odbiła ci z tego powodu sodówka?

Ten "fejm", o którym mówisz, nie robi na mnie aż takiego wrażenia. Jeśli już coś zmienia mi perspektywę, to raczej nadmiar pieniędzy. Pamiętam też, że sodówa uderzyła mi do głowy, gdy napisałem płytę w dwa miesiące. Miałem wtedy taki lot, że uważałem się za boga rapu. Nieważne, jaki temat wymyśliłem, za 40 minut miałem napisane dwie zwrotki i refren. Dziennie mogłem trzaskać piosenkę albo dwie.

Kiedy nastąpiło zderzenie z rzeczywistością?

W pewnym momencie nastąpił blok twórczy. Potrafiłem siedzieć godzinami przed komputerem i nie byłem w stanie wypluć z siebie jednej wartościowej linijki. Cały ten balon, który w sobie sukcesywnie pompowałem, nagle zniknął.

Doszedłeś do takiego etapu w karierze, kiedy starasz się przekazać zdobyte przez lata doświadczenie młodemu narybkowi raperów. 

Mam za sobą kilkanaście lat na scenie, na koncie trzy złote płyty i jedną platynową. Byłbym fałszywie skromny, gdybym nie powiedział, że byłem najszybciej rozwijającym się raperem na polskiej scenie. Kiedy inni jechali na klasycznych beatach, ja kombinowałem z nowoczesnymi brzmieniami i techniką, śpiewałem, bawiłem się autotune'em. Pierwsze bragga w Polsce też były ode mnie, Tedego i DonGuralesko. Na każdej płycie starałem się robić krok naprzód w stosunku do poprzedniej. Poza tym uwielbiam nagrywać muzykę z innymi artystami. Widzę, że chcą czerpać z mojej wiedzy. Gdybym czuł, że przeszkadzam komuś w studiu, na pewno by mnie tam nie było. 



Michał "Sobota" Sobolewski (ur. w 1977 roku w Szczecinie) – raper, wydawca i przedsiębiorca. Zadebiutował w 2009 roku "Sobotażem", który osiągnął status Złotej Płyty. Jego kolejne albumy ("Gorączka sobotniej nocy", "Dziesięć przykazań", "Sobota")  również okazały się dużymi sukcesami komercyjnymi. Od 2017 roku Sobolewski rozwija karierę aktorską. Wystąpił w "Totemie" oraz dwóch częściach "Kobiet mafii".
30