"Małe szczęścia" - komedia Vincentem Casselem już w kinach

Informacja nadesłana
https://www.filmweb.pl/news/%22Ma%C5%82e+szcz%C4%99%C5%9Bcia%22+-+komedia+Vincentem+Casselem+ju%C5%BC+w+kinach-139368
"Małe szczęścia" - komedia Vincentem Casselem już w kinach
Komedia Daniela Cohena z Bérénice Bejo i Vincentem Casselem w rolach głównych - "Małe szczęścia" - trafiła właśnie na polskie ekrany. Z okazji premiery rozmawiamy z odtwórcą jednej z głównych ról – Vincentem Casselem, znanym m.in. z filmów "Czarny łabędź" i "Nienawiść".


Od dawna przyjaźnisz się z Danielem Cohenem, reżyserem filmu "Małe szczęścia". Czy wpłynęło to na Twoją decyzję o wzięciu udziału w tym projekcie?



Vincent Cassel: Tak, istotnie, znamy się z Danielem od lat. Wiele razy proponował mi współpracę, jednak nigdy wcześniej nie doszła ona do skutku. Podczas czytania scenariusza tego filmu uznałem postać Marca za bardzo intrygującą, mimo że nie została stworzona typowo dla mnie. To był inny rejestr... Dlatego Daniel zaproponował mi tę rolę.

Co cię urzekło w tej postaci?



Postać Marca przywodzi mi na myśl stwierdzenie, z którym się zgadzam: kiedy przechodzisz przez trudny okres, a przyjaciel przychodzi Ci z pomocą, często odczuwa przy tym pewną satysfakcję. To go dowartościowuje... Trzeba jednak przyznać, że cieszenie się sukcesem bliskiej osoby (podczas, gdy sam go nie odnosisz), to temat o wiele bardziej skomplikowany do rozwikłania. Znam to uczucie od podszewki: niektórzy ludzie nie uznawali mojego sukcesu na początku mojej kariery i oddalili się ode mnie. Z drugiej jednak strony, ja sam musiałem wykonać ogromną pracę, by zaakceptować sukces moich przyjaciół i nie czuć się przy tym zagrożonym... To uczucie ma dwa bardzo ludzkie oblicza, dlatego zgłębienie tej kwestii jest dla mnie niezwykle interesujące. Myślę, że scenariusz przedstawia Marca jako nieco niemądrego męża, ale właśnie dzięki temu jest nam bliski! Po prostu nie kocha swojej żony na tyle, by zaakceptować kobietę, którą się staje. Uwielbiam postaci, które zmuszają mnie do obnażenia emocji, nawet jeśli są one nieprzyjemne.


Marc to człowiek, który na pierwszy rzut oka twardo stąpa po ziemi, jest "macho", ale w trakcie całej historii coś w nim pęknie...



Myślę, że ten schemat się powtarza, ponieważ dostrzegłem go również w odniesieniu do siebie...Wiesz, sądzę, że tym "samcom alfa" często brakuje wrażliwości i umiejętności zadawania pytań skierowanych do siebie...

Jak wyglądała współpraca z Bérénice Béjo, która w filmie gra Twoją żonę?



Szczerze mówiąc, mimo że nasze drogi skrzyżowały się już kilka razy, nie znałem Bérénice zbyt dobrze. Widziałem dużo jej filmów, chociaż szczególnie podobała mi się jej rola w "Artyście". Ten film jest urzekający, piękny, wzbudzający emocje... Ale wracając do pytania, podczas pracy na planie nie ma określonej metody współpracy. Wszyscy się poznają i starają się znaleźć wspólny grunt... Z Bérénice wszystko poszło płynnie i byłem zachwycony tą współpracą...To samo dotyczy François Damiens i Florence Foresti. François jest mi bliski od momentu współpracy przy filmie Romaina Gavrasa: "The World is Yours". A jeśli chodzi o Florence, to nie mogłem się doczekać aż ją poznam! Słyszałem wcześniej, że wspomina mnie w swoich wystąpieniach. Krótko mówiąc, ten casting sprawił, że naprawdę chciałem już zacząć tę przygodę. Po prostu nie mogłem odrzucić tej propozycji!



Czy poza kamerą byliście bardziej grupą przyjaciół czy aktorów realizujących określone zadania?



To kwestia podejścia...Grupa składa się z współpracujących ze sobą osób... Przy pracy nad filmem "Małe szczęścia" nikt nigdy nie próbował generować nieporozumień i czułem, że wszyscy byli szczęśliwi mogąc się dzielić tym doświadczeniem. Myślę, że jest to szczególnie widoczne w scenach, w których cała czwórka je wspólne posiłki. To były najlepsze sceny w filmie...Czułem prawdziwy podziw i głęboki szacunek dla pracy grających ze mną aktorów, ale autentycznym szczęściem była możliwość dzielenia się tym doświadczeniem pod przewodnictwem Daniela... Mam wrażenie, że film powstał w rodzinnej atmosferze i cieszę się, że mogłem tego doświadczyć w jego towarzystwie...

Zaprzyjaźnić się z kimś to jedno, a pracować z nim to drugie. Co sądzisz o Danielu w roli reżysera?



Daniela poznałem na planie jego reżyserskiego debiutu "Une vie de prince", w którym grał u boku Aure Atiki, François Levantala, czy Laurenta Labasse. To również moi przyjaciele...W trakcie kręcenia tego filmu naprawdę go poznałem. Pamiętam, że spodobał mi się jego sposób myślenia i szybko znaleźliśmy wspólny język. To genialny, prosty i wyrafinowany chłopak... Kiedy obejrzałem finalną wersję filmu pomyślałem też, że jest znakomitym aktorem. Przypominał mi artystów z dawnych lat, takich jak Carette, czy Jules Berry, którzy przy pozornie niewielkim zaangażowaniu, przekazują bardzo silne emocje... To tylko umocniło naszą przyjaźń. Możliwość obserwowania rozwoju na planie jego umiejętności aktorskich, sprawiła, że zupełnie inaczej spojrzałem na jego pracę. Chciałem, żeby podczas kręcenia "Małych szczęść" wszystko szło gładko...Na planie starałem się reprezentować empatyczne nastawienie, a także wspierać go w razie potrzeby...Choć jak się ostatecznie okazało, wcale tego nie potrzebował! Dodam jeszcze, że aby dobrze wcielić się w moją postać, zawsze podkradam coś reżyserowi. W tym filmie postać Marca zyskała okulary, różne wątpliwości i prostotę Daniela.


"Małe szczęścia" to komedia, nawet jeśli jej charakter jest czasem mroczny lub nawet okrutny... To gatunek, w którym rzadko można Cię zobaczyć, a jednak idealnie do Ciebie pasuje. Żałujesz, że częściej nie dostajesz propozycji by grać w tego rodzaju filmach?



Przede wszystkim to, że nie biorę udziału w takich produkcjach, nie oznacza, że nie otrzymuję propozycji! Nigdy nie żałowałem związanych z tym decyzji. Wiesz, starałem się obrać własną ścieżkę od samego początku i uważam, że z biegiem czasu filmy, które udało mi się zrobić, ukształtowały mnie. Są świadectwem mojego rozwoju... Gdybym przyznał, że żałuję zagrania w tych filmach, byłoby to równoznaczne z tym, że żałuję tego, kim jestem! A jest wręcz przeciwnie: z każdym kolejnym filmem wciąż poznaje siebie na nowo i mam nadzieję, że mam jeszcze przed sobą wspaniałą karierę. Prawdą jest, że każdy przyjęty lub odrzucony projekt wiąże się z kwestionowaniem chwili, uczuciem lęku, czy ambicją... Jednak, nie mam w zwyczaju patrzeć wstecz, oglądam moje filmy jedynie raz! Szczerze mówiąc, coraz trudniej jest mi nawet patrzeć na siebie na ekranie, coraz mniej mnie to interesuje. Lubię sam moment kręcenia filmu... Wcześniej musiałem zobaczyć siebie w danej roli, żeby ocenić, co mi się udało, a co nie. Dziś mnie to męczy... Jest tak wiele innych rzeczy do zobaczenia, przemyślenia! Kiedy film jest już gotowy, to koniec, ponieważ to od reżysera i jego wizji zależy ostateczny kształt filmu... Obecnie oglądam moje filmy niemal z grzeczności, zdecydowanie wolę zachować wspomnienia z ich powstawania.

Udostępnij: